Byle jaka dziura na środku drogi

Motto:

Według Światowej Organizacji Zdrowia – co trzecia osoba do 2023 roku będzie miała jakiś rodzaj zaburzeń psychicznych.

(Armen Mekhakyan w rozmowie z Tomaszem Raczkiem – audycja w Halo Radio z 27 października 2019 roku)

Manuela Gretkowska w książce ,,My zdies emigranty” wspomina ,,Diabła” Andrzeja Żuławskiego. Oglądając ten film z 1972 roku wydawało się jasne, że Żuławski wyjedzie z Polski – pisze.

Gretkowska pisze o tym w książce wydanej w 1995 roku, a więc doskonale wie, że ,,Diabła” zatrzymała cenzura i film dopiero pojawił się na ekranach w 1988 roku, a on sam, Żuławski, rzeczywiście po tym, jak mu film wstrzymano, wyjechał do USA. Trudno powiedzieć, czy by się na to zdecydował, gdyby stało się inaczej. Myślę, że sam Żuławski nie znałby odpowiedzi, chociaż, jeżeli ktoś czytał wywiad rzekę z nim, wydaną przez Krytykę Polityczną, ten wie, że Żuławski znał odpowiedź na każde pytanie. Zatem i na to może by coś znalazł. Ale pomijając biografię reżysera i powody, dla których rzeczywiście opuścił kraj, ciekawe jest to, że Gretkowska oglądała film Żuławskiego, sama będąc wtedy poza granicami kraju i na podstawie tego, co w nim zobaczyła, w tym filmie, doszła do wniosku, że za tym obrazem stoi człowiek, który prędzej czy później musi opuścić Polskę.

Być może jest coś takiego w filmie, literaturze, malarstwie, w szeroko pojętej sztuce, co sprawia, że z powodu jakiejś intuicji, czegoś niekoniecznie łatwego do zdefiniowania, czego nie da się wskazać palcem, ani logicznie udowodnić – że to wszystko razem wzięte  sprawia, że się coś zrozumiało, do czegoś przekonało, co wykracza poza ramy treści, z którą mamy do czynienia. Ostatecznie Żuławski przecież nie wstawił do dialogów kwestii, zapowiadającej ewentualną emigrację.

W życiu tak chyba nie jest. Aż tak chyba nie jest, ale gdybym miał przyjrzeć się – dajmy na to – sobie, to wiem, że dawno temu, prawie ćwierć wieku wstecz, pracując w firmie, produkującej jogurty, wpadłem – czy to świadomie, czy nie, trudno powiedzieć – na dwie produkcje. Jedna filmowa, druga literacka. Był to film Gusa Van Santa ,,Buntownik z wyboru” o młodzieńcu, który pracował na budowie, chociaż nie musiał (aczkolwiek film popychał go w kierunku, przed którym się bronił) i książka Jacka Londona ,,Martin Eden”, która stanowi dopełnienie filmu Van Santa, bo opowiada o człowieku, który osiągnął to, przed czym bohater Van Santa się bronił, żeby zrozumieć, że to, do czego dążył i co kosztowało go sporo wyrzeczeń jest desperackim krokiem w kierunku autodestrukcji.

Szczególnie ten drugi wariant dzisiaj wydaje się archaiczny i naiwny, bo przed autodestrukcją chronią człowieka dzisiaj albo farmakologia (przypadek ,,Jokera” w reżyserii Todda Phillipsa), albo sport, albo joga, albo wędkarstwo, albo praca, albo zakupy, albo terapia, albo cokolwiek, co jest w stanie człowieka na tyle  zaabsorbować, że jest gotów wyrzec się lub zapomnieć, że coś tam głęboko w nim dawno już się rozsypało, nigdy jakoś szczególnie dobrze się nie prezentowało, zawsze wisiało na włosku i byle jaka dziura na środku drogi, prowadzącej dokądkolwiek, groziła zerwaniem tego czegoś ze smyczy.

I wydaje mi się, że o tym jest właśnie ,,Joker” Phillipsa, tzn., że wraca się  do stanu z ,,Martina Edena”, w którym nie działają środki przeciwbólowe, sport produkuje zbyt mało endorfin, w terapii nie znajduje się odpowiedzi, w pracy – satysfakcji, w zakupach – szczęścia, w lekach – zdrowia itd., itp. Wszystko to jest, ale nie spełnia już swojej roli albo zostało to odebrane, jak np., żeby przywołać lokalny kontekst, środki na sport. I co wtedy? O tym napiszę już wkrótce w recenzji ,,Jokera”.

Dodaj komentarz