Proszę sobie wyobrazić depresyjne miasteczko. Gdzieś na zachodzie Polski, na odludziu, na granicy trzech województw. W tym depresyjnym miasteczku spotyka się dwóch mężczyzn pod wielkim dachem nieba, bo nie ma w tym miasteczku siedziby, która by spełniała definicję siedziby. Jeden z nich jest starszy, a drugi młodszy. Taki mistrz i uczeń. Świeci słońce, ptaszki śpiewają, panowie się witają i rozmawiają.– Gloria Artis.
– Gloria Artis.
(pauza, niezręczna cisza)
– Gloria Artis
– Gloria Artis.
– Jest afera szefie.
– Melduj.
– Coś jest nie tak z 5 milionami dzieci w Polsce. Chyba są bezdomne.
– Bezdomne? To ja jestem bezdomny, ja, który stawiam sobie wymagania, którym nie mogę sprostać. Nie mam siedziby, czy to w końcu zrozumiesz? Sie – dzi – by!!!
– Sie – dzi – by
(pauza, niezręczna cisza)
– Gloria Artis
– Gloria Artis, czego?
– No właśnie chodzi o te dzieci
– Melduj, ale musisz wiedzieć, że byłem doradcą ministra.
– Gloria Artis
– Gloria Artis.
– Chodzi o to, że dzieci mieszkają w siedzibach, ale te siedziby nie są ich własnością.
– Jesteś pewien?
– Jak Glorii Artis.
– Rzecznik praw dziecka wie?
– Nie wie.
– Zwołaj na jutro konferencję w jakiejś siedzibie, która spełnia wymogi siedziby. Polska musi to usłyszeć. Ile mówisz?
– 5 milionów dzieci.
– I wszystkie bezdomne?
– Według pana najwyższych standardów szefie.
– Mówiłem, że nikt nie sprosta moim najwyższym standardom.
– To ja mówiłem, szefie.
– Ale teraz ja mówię.
– Tak jest.
– Idź zatem, działaj.
– Gloria Artis
– Gloria Artis.
Kurtyna.