Wyobrażam sobie, że Czytelnik może uznać, że powoli robi się na tym blogu dość niebezpiecznie. Bo co to ma znaczyć, że autor o mało co, a nie został kolejnym do kolekcji typem, który w swoich wędrówkach zabrnął tak daleko, że opuścił świat racjonalizmu, solidną kartezjanską pochwałę myślenia, a zaczął przemierzać świat zabobonów, New Age’u, jakiś praktyk od czapy itp.
Rzeczywiście też bym o to sam siebie zapytał, gdyby nie to, że mam daleko posuniętą niechęć do tego co tak zwane racjonalne myślenie zdążyło wyprodukować od czasów Kartezjusza i wydaje mi się, że jeżeli jeszcze w świecie matematyki i fizyki i tzw. nauk ścisłych robimy jakieś postępy, jako ludzkość, to już ten sam umysł w żaden sposób nie radzi sobie na poziomie społecznym. A więc wszędzie tam, gdzie identycznie, jak w naukach ścisłych, istnieje model autorytetu, który tak, a nie inaczej porządkuje świat, w którym na co dzień bierzemy udział.
Weźmy na przykład taką szkołę. Nie znam zbyt wielu osób, które twierdziłyby, że czas spędzony w tej instytucji był czasem, do którego chciałoby się wrócić. Raczej odwrotnie – większość osób jakie znam, uważa, że to czas stracony. Sam tak zresztą uważam. Pomijam oczywiście te indywidualne przypadki, które były prymusami i zwycięsko przemierzały kolejne szkolne lata w chwale i podziwie (do tego jeszcze wrócę, ale póki co, niech to tak na razie zostanie). Stephen King miał powiedzieć o swojej szkole, że nie wspomina jej dobrze, a jeżeli ktoś o swoich doświadczeniach edukacyjnych myśli inaczej, to raczej jest to człowiek, którego trzeba omijać szerokim łukiem. Z kolei Jacek Kuroń zapytany o najgorsze miejsca, w których spędził swój czas, wymienił między innymi więzienie i szkołę, ale tylko do szkoły nie chciałby nigdy więcej wracać.
Więc gdyby w ten sposób zestawić racjonalną zdobycz, jaką jest szkoła i urągający zdrowemu rozsądkowi neoszamanizm, to okazałoby się, że w świecie złotego racjonalizmu – i jedna i druga koncepcja powinny wydać się podejrzane. Jednak w świecie trochę mniej sterroryzowanym przez kartezjański racjonalizm, może ten neoszamanizm by się ostał. Bo szkoła na pewno nie.
Uczepiłem się tej szkoły, bo od co najmniej roku chodzą za mną badania, które w latach 70-tych bodajże przeprowadził we Francji Pierre Bourdieu. Pewnie osoby, które zajmują się na co dzień edukacją, znają jej wyniki, ale dla tych, którzy o nich nie wiedzą, pozwolę sobie je przywołać w krótkich słowach.
Krótko mówiąc Bourdieu na twardych danych pokazał, że system oświaty odtwarza strukturę społeczną. Ci, którzy wygrywają w szkole to osoby nieprzypadkowe, czyli dzieci, których rodzice w tej, a nie innej strukturze społecznej wygrali, mają jakiś sukces itd., itp. W przeważającej części rodzice z wyższym wykształceniem będą miały dzieci z wyższym wykształceniem i na odwrót. Co oczywiście nie znaczy, że w tym systemie nie ma miejsca na wyjątki. One oczywiście istnieją, bo w przeciwnym wypadku uznano by, nie zaglądając pod podszewkę, że to system z gruntu niesprawiedliwy i wymagający natychmiastowej naprawy.
Mało tego Bourdieu wykazał, posługując się znanym sobie pojęciem przemocy symbolicznej, że szkoła jest tak pomyślana, że jej wymagania są dopasowane do sposobu myślenia, życia, działania tej klasy społecznej, która decyduje, ma wpływ na to, jak np. społeczność lokalna funkcjonuje, a w szerszym planie, że szkoła dopasowana jest do klasy rządzącej. Te dzieci, które wychowują się w takich rodzinach, nasiąkają pewnym określonym sposobem myślenia, które jest przez szkołę nagradzane. Natomiast w żaden sposób szkoła nie jest przygotowana na nagradzanie osób, które nasiąkają w rodzinach, które nie mogą poszczycić się ani takimi osiągnięciami, ani takimi wpływami. I koło się zamyka i następuje reprodukcja, tzn. system oświaty produkuje osoby do sukcesu w świecie, który ten system oświaty stworzył. Albo inaczej – klasa dominująca narzuca warunki, które trzeba spełnić, żeby odnieść w świecie przez nich skonstruowanym jakikolwiek sukces. Te warunki będą szybko rozpoznane przez tych uczniów, którzy pochodzą z takich domów, pozostali będą musieli się podporządkować. Dlatego, jeżeli ktoś by słusznie zwrócił uwagę, że przecież nie tylko uczniowie klasy dominującej w przyszłości będą odnosić sukcesy – to odpowiedź na to jest oczywista. Oczywiście, że nie. Koszt tego jest taki, że te dzieciaki (i tutaj wracam do fenomenu prymusów) muszą na poziomie szkoły dopasować się do systemu, który szkoła nagradza, ponieważ w swojej naturze nie jest ona zainteresowana tym, czym dzieciaki przesiąkły w rodzinach, które nie należą do klasy rządzącej.
Bourdieu przeprowadził badania i przedstawił twarde dane na temat francuskiej oświaty. Natomiast dzisiaj mało chyba kto ma wątpliwości, że jego badania nie tylko stały się przełomowe, ale dotyczą one systemu oświaty pod każdą szerokością geograficzną. Również w Polsce.
Tak gwoli dygresji – jeżeli ktoś z Czytelników pamięta może moje zastrzeżenia co do funkcjonowania we Wschowie budżetu obywatelskiego za czasów burmistrzów Danuty Patalas i Miłosza Czopka, to powinien dostrzec w nich podobne intuicje. Ten budżet w żaden sposób nie miał obywatelskiego charakteru. Był tak pomyślany, że wygrywały w nim osoby, instytucje, które miały jakąś tam pozycję w mieście. On uczył, ten budżet, że cokolwiek miasto nie wymyśli, jest skierowane do zwycięzców, do tych zwycięzców, które miasto w tamtym czasie definiowało w ten sposób. Przegrani zawsze będą przegrani – uczył tak zwany wschowski budżet obywatelski.
A co z tym wspólnego ma neoszamanizm? Ano tyle, że słuchałem kilka dni temu podcastu Tomasza Stawiszyńskiego ,,Skądinąd” i jego rozmowy z Piotrem Jóźwiakiem, który od ponad 20 lat zajmuje się takimi ,,podejrzanymi” dziedzinami, jak astrologia, Tarot, neoszamanizm, enneagram itp. Jeżeli ktoś miał okazję wcześniej zetknąć się ze Stawiszyńskim, to wie, że to człowiek twardo stąpający po ziemi, prowadzący między innymi ,,Godzinę filozofów” w TokFm, rozmawiając tam z przeróżnymi osobami, najczęściej równie twardo stąpających po ziemi – fizyków, socjologów, filozofów, psychologów, którzy z ogromną precyzją rozbierają świat na czynniki pierwsze. To jednak w żaden sposób nie przeszkadza Stawiszyńskiemu od czasu do czasu rozmawiać z ekscentrykami, bo tak też ich określa, ludźmi, którzy zajmując się pozornie nieracjonalnymi dziedzinami, potrafią w sposób konsekwentny, spójny i w tej nieracjonalności – racjonalny, opowiadać o tym, co ich od dziesięcioleci zajmuje. Oczywiście nie trzeba zostać neoszamanistą, żeby sobie tego z przyjemnością odsłuchać. Ale trzeba – wbrew pozorom – mieć odwagę w tym pozornym świecie kultu rozumu i na to, aby wsłuchać się w to, co – w tym konkretnym przypadku – Piotr Jóźwiak ma do przekazania. Neoszamanistą nie będę, ale zawsze to wielka przyjemność posłuchać kogoś, kto funkcjonuje na obrzeżach społeczeństwa i ma się naprawdę dobrze. I tego też Czytelnikowi życzę – życia na obrzeżach lub w szczelinach. Jak kto woli..
Ps. Do systemu oświaty będę jeszcze wracał.