Piekło kobiet

W październiku 2017 roku we Wschowie zbierano podpisy pod projektem obywatelskim Barbary Nowackiej ,,Ratujmy kobiety”. Podpisało się pod nim we Wschowie około 100 osób – tak przynajmniej donosiło wtedy radio Elka. Miałem tę przyjemność podpisać się pod tym projektem.

Pamiętam, że wtedy, kiedy podpisałem się pod tym projektem, jeden z moich konserwatywnych znajomych, pytał mnie, czy jestem za zabijaniem dzieci. Pomijam już ciężar gatunkowy tego pytania i pewnego rodzaju szantaż emocjonalny. Ale też mam swoje lata i doskonale wiem, że spieranie się o to nie ma sensu. Trzeba szukać kompromisu, żeby ani jedna, ani druga strona (konserwatywna i liberalno-lewicowa) nie czuła się tym kompromisem skrzywdzona.

Nie pamiętam, co na to pytanie dokładnie odpowiedziałem. Na pewno jednak mówiłem wtedy mniej więcej tyle, że nie jestem naiwny i przy tym układzie sił w parlamencie ten projekt nie ma szans. Jednak, jak rozumiałem wtedy tę sytuację, ten projekt się pojawił, ponieważ po drugiej stronie barykady, Kaja Godek zbierała podpisy pod drugim obywatelskim projektem ,,Zatrzymaj aborcję”. I w mojej ocenie podpisy pod liberalizującymi zapisami były prawdę mówiąc grą o zachowanie kompromisu aborcyjnego. Jeżeli ktoś wtedy był zdania, że pomysły na liberalizację przepisów mają szansę w Sejmie, to był fantastą i kimś, kto nie rozumie sytuacji politycznej w Polsce po 2015 roku. Barbara Nowacka po prostu rozumiała, że czasy są trudne i jeżeli gdzieś na horyzoncie pojawi się pomysł na zaostrzanie przepisów, to trzeba przypominać rządzącym, że Polska to nie tylko Kaja Godek i jej wyznawcy.

Te dwa projekty obywatelskie spotkały się w Sejmie 10 stycznia 2018 roku. I naprawdę proszę sobie przypomnieć, jak wtedy zachowała się opozycja.

To ważne, ponieważ ten sam projekt z 2018 roku Kai Godek wrócił do Sejmu w kwietniu 2020 roku. Projekt Barbary Nowackiej przepadł wtedy w Sejmie i nie został skierowany do prac komisji, ponieważ posłowie PO oraz Nowoczesnej zlekceważyli sobie głosowanie. Jeżeli ktoś pamięta tamtą historię, to przypomnę, że projekt Nowackiej przepadł 8 głosami. 59 posłów PiS głosowało za przyjęciem tego projektu i odesłaniem do prac komisji sejmowych. W tym między innymi Jarosław Kaczyński. Natomiast wtedy nie dosyć, że 29 posłów PO nie pojawiło się na głosowaniu, to jeszcze trzech posłów było za odrzuceniem tego projektu. Z Nowoczesnej wtedy 10 posłów nie głosowało. Nie trudno policzyć, że gdyby się wtedy wszyscy pojawili w Sejmie, to ten projekt miał szansę, podobnie, jak projekt Kai Godek, być dalej procedowany.

Oczywiście, że najprawdopodobniej zaginąłby w pracach komisji, podobnie zresztą, jak stało się z projektem zaostrzającym prawo aborcyjne, ale gdyby to jednak opozycja wygrała wybory w 2019 roku, to mieliby gotowy dokument do ponownego rozpatrzenia w Sejmie, ponieważ projekty obywatelskie w odróżnieniu od pozostałych, nie są wygaszane wraz z kadencją Sejmu. Zatem opozycja, nie dosyć, że miała gdzieś obywatelski projekt wywodzący się z ruchów opozycyjnych, to jeszcze w żaden sposób nie myślała kilka ruchów do przodu. Po prostu posłom się nie chciało i tyle, żeby poprzeć obywatelską inicjatywę. Ciekawe, że posłom PiS chciało się poprzeć podobną inicjatywę, tylko o zupełnie innej wymowie, Kai Godek. Różnica chyba między jednymi posłami, a drugimi jest widoczna, prawda?

Ale pójdźmy dalej, bo to przecież nie koniec tej historii.

Trzeba też wiedzieć, że w tym 2017 roku, kiedy na horyzoncie aktywnie działała Kaja Godek, posłowie, podobnie, jak dzisiaj, złożyli wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niekonstytucyjności przepisów dotyczących aborcji ze względu na ciężkie wady płodu. Czy ktoś się tym zajął w TK? Nie. Wniosek wygasł wraz z końcem kadencji Sejmu. Innymi słowy – przynajmniej w kadencji 2015-2019 nie było woli politycznej do zaostrzania przepisów aborcyjnych. PiS mógł to zrobić, bo wtedy, kiedy po raz pierwszy wpłynął taki wniosek do TK, prezes Julia Przyłębska stała na czele Trybunału, podobnie, jak dzisiaj, ale PiS tego nie zrobił. I jeżeli czytelnik rozejrzy się w wypowiedziach posłów PiS z tamtego czasu, to przekona się, że przyjęto, że wojna ideologiczna nie jest nikomu potrzebna, a kompromis aborcyjny jest wystarczający i takie też opinie panowały wśród większości posłów PiS.

Jednak coś się zmieniło od nowej kadencji Sejmu, czyli od 2019 roku. Po pierwsze posłowie PIS nie mają większości bez partii Gowina (ale to chyba nie problem), ale przede wszystkim bez radykałów z partii Zbigniewa Ziobro. Po drugie w Sejmie pojawiło się radykalne, prawe skrzydło pod nazwą Konfederacja. I jeżeli ktoś przygląda się temu, co mówią posłowie Konfederacji, to doskonale się orientuje, że to panowie, którzy pod przykrywką tych wszystkich wolnościowych programów, mają poukrywane skrajnie radykalne poglądy, w których nie ma miejsca w tym kraju dla kompromisu aborcyjnego, uchodźców, mniejszości, również seksualnych. A jeżeli jest dla nich miejsce, to tylko jako społeczność drugiej kategorii. Kiedy czytam dzisiaj pod wpisem Krzysztofa Bosaka, zadowolonego z decyzji Trybunału Konstytucyjnego, wpisy osób, które przyznają, że głosowali na niego ze względu na jego przekonania ekonomiczne, ale po tym, jak się cieszy z decyzji TK, już więcej na tego pana nie zagłosuję, to myślę, że to są jakieś wolne żarty, bo przecież wystarczy trochę poszukać, poczytać, żeby wiedzieć jakim krajem byłaby Polska, gdyby do władzy doszli ludzie pokroju Bosaka. Aczkolwiek w mojej ocenie obecność Konfederacji w Sejmie i niezły wynik Bosaka w wyborach prezydenckich, ma wpływ na radykalne skrzydło Zjednoczonej Prawicy. Tym bardziej, że Kaja Godek – warto o tym pamiętać – pierwotnie szła do wyborów Parlamentu Europejskiego w 2019 roku z listy Konfederacji. Nie dogadali się, o coś się pospierali i Kaja Godek zrezygnowała ze startu z ich list. Co nie zmienia faktu, że to właśnie radykalne skrzydło prawicy zaczyna rozdawać karty.

Ale, że zbliża się piekło, było widoczne od pewnego czasu. Kiedy w kwietniu tego roku projekt obywatelski Kai Godek wrócił do Sejmu można było to jeszcze rozumieć, jako pewną zagrywkę PiS przed wyborami prezydenckimi. Można było, owszem, ale po to jest chyba opozycja w Sejmie, żeby takie rzeczy nagłaśniać, bić na alarm i – jakkolwiek to nie zabrzmi – już wtedy namawiać Polaków do interwencji, do protestów itp. Coś tam może i gadali, ale bez przekonania. A topór już wisiał.  Kiedy po wyborach prezydenckich uaktywnili się radykałowie od Zbigniewa Ziobro (Konwencja Stambulska, brutalne ataki na aktywistów LGBT), a projekt obywatelski Kai Godek leżał na stole, można było się spodziewać, że do głosu dochodzą radykałowie i trzeba mieć na to scenariusz. Od tego chyba są posłowie opozycji, no bo od czego innego? Kiedy Zjednoczona Prawica chwiała się w posadach, można było rozważać kilka scenariuszy – radykał Ziobro wyleci z rządu, rozpisane zostaną nowe wybory, ale może również i ten, że radykał Ziobro zostanie w rządzie i coś dla siebie wywalczy – czyli dalszą radykalizację życia społecznego. Z tego co pamiętam Borys Budka, w sensie, opozycja, uznała, że będzie wnioskować o wotum nieufności dla rządu Morawieckiego. No naprawdę geniusze strategii.

Dzisiaj mamy to, co mamy. Opozycja jest w rozsypce. Reaguje po czasie, po wszystkim, kiedy już klamka zapadnie. W siłę rosną Konfederacja i radykalne skrzydło PiS. Słabnie to umiarkowane skrzydło partii rządzącej (chociaż wiadomo, że nawet jeżeli jest umiarkowane, to nawet w takiej formie i tak wydaje się radykalne z punktu widzenia liberalno-lewicowej strony). Ale problemem – wbrew pozorom – jest obecność Konfederacji w Sejmie. I póki ona jest, PiS będzie się radykalizował. A opozycja? Trudno powiedzieć. To może zabrzmi kuriozalnie, ale jeżeli nie będzie w stanie wygrać w następnych wyborach z PiS, to musi się postarać, żeby przynajmniej Konfederacja nie weszła do Sejmu.

Dodaj komentarz