Jak rozwiązać problem ulicy Belgijskiej we Wschowie

Wschowianin, mieszkaniec ulicy Belgijskiej (Osiedle Europejskie) postanowił na swoim profilu facebookowym pokazać, jak jemu, jego rodzinie i zapewne jego sąsiadom żyje się podczas roztopów. A żyje się, mówiąc krótko, fatalnie.


Na załączonych filmikach i zdjęciach wiemy na pewno, że nie chcielibyśmy tam trafić po ciemku, wracając z potańcówki, balu noworocznego, czy jakiejkolwiek innej imprezy. Nie chcielibyśmy też, jak to bywa czasami na hollywoodzkich filmach, obudzić się w środku nocy w stroju wyjściowym w samym środku tego całego bałaganu.


To, co mieszkaniec zamieszcza na filmach i zdjęciach nie napawa optymizmem – wszędzie błoto, woda niemal po kolana, problemy z dojazdem do domu, nie ma jak wózkiem dziecięcym wyjechać, ani dojechać, komplet kaloszy dla całej rodziny to podstawowe minimum, jakie jest tam potrzebne, że o innych sprawach nie wspomnę.

Oczywiście nie jest to zasługa obecnego burmistrza i jego zastępców, bo problemy Osiedla Europejskiego w tym zakresie ciągną się od lat (będzie to jeden z tematów najbliższego odcinka Rozmów o Wschowie, premiera w najbliższą niedzielę).

Wspomniany mieszkaniec ironicznie w swoich wpisach i w materiałach filmowych przesyła pozdrowienia ze świetlnej stolicy województwa lubuskiego, a może nawet w przyszłości świetlnej stolicy Polski (bo i takie mamy ambicje). Pozdrawia stojąc po kostki w błocie i nie wiedząc, w którą stronę się ruszyć. Można by oczywiście na facobooku ogłosić jakiś konkurs, żeby poprzez głosowanie, z którego jesteśmy znani na całe województwo, pomóc mieszkańcom ulicy Belgijskiej, ale chyba to nie rozwiąże ich problemów, bo nie widzę, żeby na stronie facebookowej gminy, któryś z pracowników się do tego wyrywał.

Oczywiście, nie oszukujmy się, gdyby to były czasy burmistrza Krzysztofa Grabki, to mieszkaniec pozdrawiałby z miasta, które zostało okrzyknięte swego czasu prymusem innowacyjności, a za czasów burmistrz Danuty Patalas, ów mieszkaniec pozdrawiałby z polskiej stolicy reggae, do której na 2 edycję Burning Sun zjeżdżali się wszyscy mieszkańcy Polski, a obywatele USA, czytali o festiwalu w branżowych amerykańskich pismach.

Mnie jednak ta sytuacja przypomina Warszawę z XVIII wieku, która potrafiła takie problemy rozwiązywać, sprawiając, że drogi były przejezdne i jednocześnie – jak na tamte czasy – stając się przy tym (przy tej okazji podkreślam, a nie pomimo tej okazji) świetlną stolicą Polski.

Otóż, jak pisał Jarosław Rymkiewicz w książce ,,Wieszanie” – gnój domowy i uliczny wymieszany z błotem był zmorą osiemnastowiecznej Warszawy. Naprawdę. Problemem był brak toalet. W żaden sposób sobie z tym nie radzono. To był czas, kiedy wykopywano dziury w ziemi – wszędzie – na dziedzińcach, w ogrodach, pod schodami albo w sieni i tam załatwiono wszystkie niezbędne potrzeby. Oczywiście tam, gdzie było największe zagęszczenie zabudowań, tych dziur było co niemiara. Część nieczystości pojawiała się po prostu na ulicach, wymieszana z nieczystościami zwierzęcymi i błotem. Najgorzej było jesienią i zimą. Wtedy na ulicach widoczne były po prostu wielkie kupy gnoju. Czekano z tym do wiosny, a nawet czasami do lata. Były takie dni, że najzwyczajniej w świecie nie można było przejechać ulicami. Tyle było tego gnoju.

Kiedy jednak nadchodziła wiosna lub czasami dopiero lato, czyli kiedy ten gnój wymieszany z błotem wysechł, zabierano się do sprzątania. Zwożono wszystkie te wyschnięte nieczystości w jedno miejsce i budowano z nich wieżę. Ponoć, jak pisze Rymkiewicz, wieże te osiągały na początku XVIII wieku wysokość dwóch pięter. I co z tymi wieżami robiono? Ha. Tutaj właśnie mamy ten twist, ten suspens, czy jakby tego nie nazwać. Otóż te wieże podpalano i jak pisze autor ,,Wieszania” – ,,i coś w rodzaju potężnych pochodni z gnoju oświetlało w nocy Warszawę”.

Prawdę mówiąc chciałbym to widzieć. Niewątpliwie pod względem świetlnej stolicy ever – Warszawa wtedy wymiatała. A z drugiej strony rozwiązywała przecież problem z poruszaniem się po mieście.

Zatem skoro potrafiono w XVIII wieku rozwiązać problem z gnojem i błotem, to może i teraz to się uda. Jarosław Rymkiewicz sugeruje, że więcej takich opisów, ale i rozwiązań wielu problemów znajdziemy w książce Franciszka Giedroycia z 1912 roku ,,Warunki higieniczne Warszawy w wieku XVIII. Ulice i domy”. Zatem do boju bracia burmistrzowie wszystkich kadencji, łączcie siły i znajdźcie rozwiązanie. Trzymam za was kciuki. Wasz Rafał.

Dodaj komentarz