Nie znam się na piłce, ale się wypowiem, bo piłkarska mitologia w tym kraju zatacza coraz szersze kręgi, a jej przejawy niczym się nie różnią od mitomańskich wierzeń polskich środowisk konserwatywnych. I jedno środowisko – piłkarskie i drugie – konserwatywne wbiło sobie do głowy, że jesteśmy wyjątkowi i mamy do odegrania w Europie, jak i w świecie wielką rolę. Nie ma różnicy między tymi środowiskami i może ktoś to kiedyś wykaże, że istnieje ogromna zależność między wzmożeniem wiary w polską reprezentację, a sondażami, w których partie konserwatywne zdecydowanie przodują. Gdyby spojrzeć na to szerzej, to przed 1989 rokiem, a więc kiedy niepodzielnie w kraju nad Wisła rządziła Polska Zjednoczona Partia Robotnicza – piłkarska reprezentacja osiągała najlepsze wyniki w całej swojej historii, zdobywając dwa brązowe medale na Mistrzostwa Świata w 1974 i 1982 roku. Po 1989 roku – nigdy nawet nie zbliżyła się do tego pułapu, odpadając na wszystkich dużych imprezach, póki one jeszcze dobrze się nie rozkręciły. Wyjątkiem są tutaj Mistrzostwa Europy we Francji w 2016 roku, do których za chwilę przejdziemy.
Dwa mecze przez 30 lat
Po 1989 roku, czyli przez ponad 30 lat trafił nam się jeden wybitny piłkarz – Robert Lewandowski. Zawsze mieliśmy bardzo dobrych bramkarzy. Pozostali gracze stanowili średnią europejską – solidni, grający na przyzwoitym, powtarzalnym, dobrym poziomie. To wszystko razem pozwalało nam wygrywać z reprezentacjami o podobnych możliwościach. Z lepszymi – przegrywaliśmy. Ewentualnie po meczach, gdzie piłkarze osiągali maksimum swoich możliwości – remisowaliśmy.
Wygrywamy ze średniakami, przegrywamy z najlepszymi
A jednak wymagania dziennikarzy sportowych oraz opinii publicznej, czyli tzw. kibiców są dzisiaj mniej więcej takie, jak marzenia polityków PiS o stawaniu z kolan w Unii Europejskiej. Zupełnie poza realnymi możliwościami polskich piłkarzy. Owszem mamy wybitnego Roberta Lewandowskiego, ale jego wybitność objawia się w Bayernie Monachium, a w reprezentacji najczęściej, kiedy gramy z drużynami o podobnych umiejętnościach. Że Robert Lewandowski nie wygra nam turnieju, przekonaliśmy się o tym w 2018 roku. Kiedy jego otoczenie było w szczytowej formie, byliśmy w stanie zagrać w ćwierćfinale.
Mecze przegrywają zawodnicy
Oczywiście na sukces składa się wiele elementów. Nie znam się na piłce aż tak, żeby je teraz wszystkie wymienić i każdemu z nich przyglądać się z osobna. Jednak część z nich, jak wizerunek trenera i reprezentacji w mediach, jak jego pomeczowe wypowiedzi – wydają mi się ostatnim elementem, który ma wpływ na to, co się dzieje na murawie stadionu. Nie mówię, że w ogóle nie ma to znaczenia, ale na pewno nie decyduje ani o formie piłkarzy, ani o ich koncentracji, ani o woli walki itp. A w dużej mierze to właśnie te elementy zdecydowały o tym, że mamy nowego trenera Paulo Sousę. Te najważniejsze cele zostały przecież osiągnięte. Awansowaliśmy na mistrzostwa Europy i utrzymaliśmy się w pierwszej lidze Ligi Narodów, co było możliwe, dzięki wygraniu dwóch meczów z najsłabszą drużyną w grupie.
Emocje internetu i analfabetyzm
I jeszcze jeden przykład z tej półki – Krzysztof Stanowski, czytający tę samą książkę Małgorzaty Domagalik, wyrywając na wizji kartki, wrzucając je do kosza. Albo Roman Kołtoń na swoim kanale, twierdzący, że książka Domagalik będzie miała wpływ na grę polskiej reprezentacji. Był o tym przekonany i dałby się za to pokroić.
Kliki, suby i zasięgi kontra staroświeckie przezwyczajenia
Podaję te przykłady, żeby pokazać w jaki sposób rozmawia się o piłce nożnej (między innymi), po drugie dlatego, że nawet jeżeli kanałów sportowych w Internecie jest więcej, to w żaden sposób nie przebiją one tych wymienionych wyżej, bo Internet rządzi się zupełnie innymi prawami. Tutaj nie tyle idzie o to, żeby sensownie rozmawiać (chociaż o to również), ale przede wszystkim, żeby były kliki, suby i zasięgi, bo za tym kryją się pieniądze i reklamodawcy. Nudą i merytorycznym gadaniem się tego nie osiągnie. Myślę, że właśnie w tej atmosferze dyrektor TVP Sport na swoim twitterze apelował w listopadzie 2020 roku do prezesa Bońka (apelował albo prosił, nie pamiętam już), żeby ten zwolnił Brzęczka. Że dziennikarze tak robią, to jeszcze zrozumiałe, ale żeby dyrektor kanału telewizyjnego? W Internecie i w towarzystwie kibiców, którzy hejtują książki, chociaż ich nie przeczytali, stanowi właściwie normę. Internet zresztą w przypadku Brzęczka oszalał. Trener stał się bohaterem memów, każda jego porażka z drużynami, które były poza naszym zasięgiem, prowadziła do emocjonalnej debaty, która kończyła się wnioskiem: Brzęczek musi odejść.
Zbigniew Boniek, czyli osoba, która zatrudniła Jerzego Brzęczka, również należy do tego świata, który powoli odchodzi w niepamięć. Kiedy pojawiał się w internetowych programach potrafił rozbrajać te wszystkie mity i niedorzeczności, jakie tam powstawały. Radził sobie o wiele lepiej niż Małgorzata Domagalik. W świecie piłkarskim zdominowanym przez mężczyzn traktowano go z większym szacunkiem.
W styczniu tego roku podjął decyzję o zmianie trenera, zatrudniając Portugalczyka Paulo Sousę. Historia polskiej reprezentacji, jej osiągnięcia po 1989 roku, nie tłumaczą w żaden sposób tej decyzji. Tłumaczą ją bardziej zmiany technologiczne, coraz większy wpływ Internetu, memów, niedouczonych kibiców, klików, subów i zasięgów, które mają wpływ na to, co myślą ich odbiorcy.

Dodaj komentarz