1.
Obejrzeliśmy tydzień temu ,,Malcolm i Marie” w reżyserii Sama Levinsona. Film opowiada o młodym reżyserze i jego partnerce, która jest modelką i aktorką. Bardzo kameralny, czarno-biały. Przez 90 minut na ekranie są tylko oni. W ich domu. Rzecz się dzieje tuż po premierze najnowszego filmu reżysera. Oboje wracają z premiery i póki nie zasną, rozmawiają o swoim związku. Nie byłoby tej rozmowy, gdyby nie fakt, że tuż przed filmem reżyser dziękował wielu osobom, które miały wpływ na ten obraz, ale spośród wszystkich osób, nie wymienił swojej partnerki. Być może partnerka by to wybaczyła, ale po premierze, wiele osób zwróciło na to uwagę, mówiąc jej mniej lub bardziej przekonująco, żeby się tym nie przejmowała. Od tego zaniechania film Levinsona wychodzi. A sama opowieść jest próbą zwrócenia uwagi na to jak nasi partnerzy/partnerki wpływają na to kim jesteśmy, jakie sukcesy osiągamy, jak jesteśmy przez innych odbierani. Czy to, kim jesteśmy i co osiągamy w życiu jest tylko naszą zasługą, czy też jest to również wynik obecności w naszym życiu naszych partnerek/partnerów.
Można by to pytanie zadać nawet i tak, odwołując się np. do filmu ,,Wszyscy ludzie prezydenta” – czy wykrycie afery Watergate zawdzięczamy dziennikarzom Woodwardowi i Bernsteinowi z Washington Post, czy może ich skrywanemu przez 30 lat tajnemu źródłu, którym był ówczesny wiceszef FBI – Marek Felt. A idąc jeszcze dalej, czy sukces dziennikarski Woodwarda i Bernsteina wynikał z tego, że Marek Felt nie zgadzał się z nominacjami prezydenta Nixona na dyrektora FBI, które go skwapliwie omijały i dlatego postanowił informować dziennikarzy o szczegółach śledztwa.
A więc, gdyby to tak wszystko uogólnić, to film ,,Malcolm i Marie” zadaje pytanie – kto właściwie sprawia, że jesteśmy kim jesteśmy na zewnątrz, odbierani tak, a nie inaczej przez innych ludzi.
Aczkolwiek trzeba by powiedzieć, że ten film, owszem, jest o tym, o czym napisałem, ale warto zaznaczyć, że jednak bardziej opisuje tę sprawę z perspektywy feministycznej. Czyli, że ostrze krytyki wymierzone jest w reżysera, mężczyznę. I wydaje się, że słusznie.
2.
Różnie się o tym filmie mówi. Że pokazuje wydumane problemy uprzywilejowanych ludzi. Że to film zrobiony przez uprzywilejowane pokolenie, bo reżyser jest synem twórcy, który zrobił między innymi ,,Rain Mana”, czy ,,Good Morning Vietnam”, a rola męska przypadła synowi znanego wszystkim Danzela Washingtona. Czyli, że taki hollywoodzki film dla hollywoodzkich gwiazd/gwiazdeczek. Pisze się lub mówi, że ogląda się to wszystko, jak reklamę Diora. Że przerost formy, że to film o tym, że jedna osoba nie podziękowała drugiej osobie i robi się z tego dramę itp., itd. Że brakuje emocji (z czym się zgadzam), że temat kobiety i mężczyzny pokazano o wiele lepiej u Cassavetesa, Bergmana i innych reżyserów, zajmujących się tą tematyką. Że udaje dzieło, a jest wydmuszką.
3.
Mnie samemu niemal od początku ten film przypomniał artykuł Sławomira Sierakowskiego z 2014 roku o tym, że rozstał się z partnerką Cvetą Dimitrovą, znaną wszystkim i cenioną wtedy doktorantką w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, stypendystką Uniwersytetu Yale. Sierakowski wtedy przyznał, że Cveta była redaktorką każdego jego tekstu i pomagała przy autoryzacji każdego wywiadu.
Agnieszka Graff napisała w tamtym czasie, że tekst Sierakowskiego jest nadużyciem, ponieważ jego była partnerka nie wyraziła zgody na to, by taki tekst powstał. A w debacie o tym, jaką rolę pełnią kobiety i co na tym zyskują mężczyźni, liczy się również kto zabiera w tej sprawie głos. W tym przypadku Graff była zdania, że Sierakowski osiągnął odwrotny skutek.
Wracając do tamtego tekstu – Sierakowski przyznał też wtedy, że niektóre jego teksty, były w połowie autorstwa jego partnerki. A były to treści publikowane nie tylko w Polsce. Jednak na końcu podpisywał się pod nimi mężczyzna. Szef Krytyki Politycznej tłumaczył wtedy, że chce oddać sprawiedliwość Cvecie Dimitrovej. Pamiętam, że to wyznanie Sierakowskiego zrobiło na mnie wtedy duże wrażenie, aczkolwiek uwagi Agnieszki Graff były bardzo celne.
Film Levinsona jest właśnie o tym. W formie jest bardzo teatralny. W treści – trochę publicystyczny, odważny w dochodzeniu do czegoś nieuchwytnego w partnerskich/małżeńskich relacjach, ciekawy w takim braku kompromisu, szczególnie w bohaterce, docierania do tych kamyczków, które pod wieloma warstwami, bardzo uwierają.
Warto obejrzeć.