Samorządowy apartheid, czyli wyzwania współczesności

We współczesnym myśleniu o polityce, a więc i tej lokalnej również, jak również o tym, jakie relacje łączą ludzi i co z tego wynika, dominuje przekonanie, że to jednostka jest dzisiaj większą wartością niż wspólnota, i to wspólnota musi się ograniczać, aby jednostka czuła się w niej komfortowo. Najkrócej rzecz ujmując bierze się to stąd, że tak zwana ponowoczesna świadomość doszła do przekonania, że nie ma już na świecie takiej idei, myśli, takiej religii, takiego zbioru wartości, które by dominowały nad innymi, wokół których mogłaby powstać jakaś większość, narzucająca innym mniejszościom swoją wolę lub zbiór przekonań. Czyli nie ma już tak, że to jednostka (mniejszość) musi się ograniczać ze swoją wewnętrzną swobodą na rzecz dobra wspólnoty, ale – jak napisałem wcześniej – to wspólnota musi być wyczulona na wolność jednostki (mniejszości) i robić wszystko, aby w jej granicach, w granicach wspólnoty, każdy bez wyjątku czuł się swobodnie.

Żeby to przełożyć na nieco mniej teoretyczny obraz, weźmy znany przykład, podany przez niemieckiego filozofa Odo Marquarda. Pisał on tak – ,,Jeżeli – w odniesieniu do świętego tekstu – dwaj interpretatorzy kontrowersyjnie twierdzą: Ja mam rację, moje rozumienie tekstu jest prawdą, i to wręcz – nieodzowną do zbawienia prawdą, taką, a nie inną: to może dojść do bijatyki”. Gdyby jednak interpretatorzy doszli do wniosku, że ,,można ten tekst rozumieć inaczej i – jeżeli to nie wystarczy – jeszcze inaczej i kolejny raz inaczej”, wtedy otwierają się możliwości pertraktacji. I jeżeli ten moduł zostanie wybrany, wtedy można podejrzewać, że do bijatyki nie dojdzie, bo idąc za przykładem Marquarda – ,,kto pertraktuje, raczej przestaje zabijać”. Innymi słowy – postawa wykluczająca skłania do zabijania, postawa pertraktująca skłania ku tekstowi, do takiego odczytania tekstu, który pozwoli wszystkim czuć się komfortowo, do zakreślenia takich granic, które nikogo z uczestników dialogu nie pozbawią podmiotowości, jaka by ona nie była, nie zostawiając nikogo na zewnątrz.

Czym więc dla lokalnej społeczności byłby taki ,,święty tekst”, wokół którego albo zachowamy się archaicznie i będziemy zabijać w imię jego prawdy, albo zachowamy się współcześnie, rozmawiając o tym, jak go rozumiemy, szanując różne opinie i starając się, aby wszystkie one były pełnoprawne i uwzględnione w praktycznym działaniu? Cały sens w tym, że takiego tekstu nie ma, są tylko dokumenty, które wyznaczają obszar, w którym ten tekst powstaje. Te dokumenty są prawdę mówiąc nudne, jak na przykład ustawa o samorządzie gminnym, ale to one wyznaczają granice, w jakich powstaje ten przykładowy ,,święty tekst”. A tym tekstem są interpretacje tej ustawy, praktyki, manifesty wyborcze, dyskusje, jakie odbywają się w przestrzeni publicznej (newsy na lokalnych portalach, wpisy mieszkańców na facebooku, dotyczące jakiejś sytuacji lokalnej), relacje, jakie powstają między ludźmi w ramach tak zarysowanej przestrzeni publicznej. Dla lokalnej społeczności, to jest właśnie ten ,,święty tekst”. W praktyce to na przykład spory o budżet obywatelski, o zasadność wydatkowania środków publicznych na ten lub inny cel, to są napięcia, jakie powstają w ramach relacji burmistrz – urzędnicy, czy napięcia, jakich byliśmy świadkami w ostatnim czasie. To są wreszcie różne grupy o różnych sympatiach politycznych, o różnych światopoglądach, o różnej wrażliwości, o różnych doświadczeniach, o różnym wykształceniu, słuchający różnej muzyki, czytający inne książki, wegetarianie i mięsożercy, miłośnicy zwierząt i miłośnicy jednośladów itd., itp. I w tej ogromnej przestrzeni – albo zabijamy się o rzekomą ,,prawdę”, którą posiada jedna grupa lub jeden człowiek, albo szanujemy się nawzajem w ramach różnorodności, zarysowanej wyżej.

Dlatego o współczesności mówi się, że jest płynna, a nawet niesie ze sobą niepewność. Dzieje się tak, ponieważ nie ma już tego jednego, jedynego uczestnika (grupy uczestników), który dysponuje prawdą. Tak zwana prawda jest jak rozbite lustro. Kiedyś człowiek przeglądał się w nim, będąc mężczyzną, katolikiem (lub innego wyznania), białym, heteroseksualnym, bogatym, zdrowym, młodym, posiadającym większość w sejmie lub samorządzie itd., itp. i widział tam swoje odbicie. Dzisiaj, we współczesnym świecie, nie ma lustra, w którym można się przejrzeć. A jeżeli ktoś takie lustro w swoim otoczeniu dostrzega, to znaczy, że cofnął się co najmniej o sto lat. A nawet więcej – dzisiaj, kiedy ktoś twierdzi, że widzi w lustrze swoje odbicie, najprawdopodobniej jest na drodze do osiągnięcia jakiejś odmiany autorytaryzmu. Jest na drodze, która prowadzi do przekonywania wszystkich dookoła, że to, w jaki sposób postrzega świat jest jedynym i właściwym rozwiązaniem.

Dlatego też, kiedy w Polsce prezydent mówi, że LGBTQ to nie ludzie, tylko ideologia, a w jakichś samorządach ustanawia się strefy wolne od LGBTQ lub wtedy, kiedy ogranicza się prawa kobiet – w krajach Unii Europejskiej, jak i za Oceanem postrzega się nas, jak dzikusów. Jak wspólnotę ludzi, która myśli, że posiadła jakąś wiedzę tajemną, która daje jej prawo narzucać innym swój światopogląd, czy system wierzeń. Otóż tak świat cywilizacji zachodniej nie działa. I myślę, że każdy kto spędził trochę czasu w zachodniej Europie, doskonale sobie zdaje sprawę, w jaki sposób pilnuje się tam szacunku do każdego człowieka bez względu na płeć, kolor skóry, wyznanie i tożsamość seksualną.

Nie chcę jednak wyważać otwartych drzwi, więc wrócę do lokalnej społeczności. Nie inaczej jest w małych samorządach, tylko, że sprawy, którymi się one zajmują nie są tak nośne i spektakularne.  We Wschowie nikt się nie spiera (chociaż się zdarza, czego przykładem jest wschowski Strajk Kobiet) o wielkie idee. Tutaj to się trochę inaczej odbywa, ale mechanizm jest ten sam. Jeżeli wobec rządzącej większości występuje ktoś, kto jest w mniejszości, kto nie ma władzy, kto podważa wiele decyzji samorządowych, kto jest w sporze z burmistrzem i koalicją rządzącą, to ten ktoś lub ta grupa osób spełniają definicję Żyda, Geja, obywatela o innym kolorze skóry, innowiercę, kobietę, którą pozbawia się praw decydowania o sobie, uchodźcę itd., itp. I jeżeli lokalny samorząd z kimś takim walczy, to w szerszej perspektywie niczym się nie różni od postawy antysemityzmu, od homofobii, od apartheidu lub przemocy domowej.

Dodaj komentarz