78 lat temu Wielkanoc przypadała na dzień 25 kwietnia. Tego dnia, w 1943 roku, 32-letni Czesław Miłosz, wsiadł do warszawskiego tramwaju, żeby odwiedzić innego pisarza – Jerzego Andrzejewskiego. Tramwaj przejeżdżał przez plac Krasińskich, zrobił się tam jakiś zator i przez dłuższą chwilę Miłosz przyglądał się czynnej karuzeli, zamontowanej na tym placu ponad tydzień temu. Był tam gwar, obok stała katarynka, było słychać śmiech i widać zabawę. Miłosz pewnie nigdy by na tę karuzelę nie zwrócił uwagi, gdyby nie fakt, że sąsiadowała ona z murem największego w Europie żydowskiego getta, gdzie od 6 dni trwało powstanie. Kiedy tę karuzelę, która okazała się nie lada atrakcją w Warszawie, zamontowano, nikt nie spodziewał się, że za chwilę, w sąsiednich murach będą ginąć Żydzi. Nie było ich już wtedy za murami getta zbyt wielu. Kiedy je utworzono, zamknięta tam społeczność liczyła 450 tysięcy. Co najmniej 300 tysięcy z nich wywieziono rok przed powstaniem do obozu zagłady w Treblince.
Najprawdopodobniej w Wielkanoc, a może kilka dni później, Miłosz napisze ,,Campo di Fiori”. Ten tekst nazwano później pierwszym, literackim, polskim świadectwem na istnienie Holokaustu. Ale wiele lat później, w USA, gdzie przez jakiś czas mieszkał Czesław Miłosz – tego wiersza na spotkaniach autorskich nie czytał, ponieważ panowało tam przekonanie, że wszyscy Polacy są antysemitami. Wszyscy bez wyjątku. I zdaniem Miłosza ten i inne wiersze o podobnej tematyce byłyby na spotkaniach autorskich odbierane jednoznacznie. Karuzela, gapie, zabawa, a za murem mordowani Żydzi – takie rzeczy tylko w Polsce. Oczywiście Miłosz nie stawiał w ,,Campo di Fiori” takiej diagnozy, chociaż sam przyznawał, że to wiersz publicystyczny, który wiele spraw upraszcza, a wraz z tym daje możliwość interpretowania go w sposób nie zawsze zgodny z jego intencjami. Poza tym miał Miłosz z tym tekstem problem, bo przez swoje uproszczenie, aż się prosił, żeby skwitować tę jego poezję w jednym zdaniu: jedni umierają, drudzy żyją, a poeta jest zadowolony z siebie bo napisał o tym dobry wiersz.
50 lat od tej tragicznej Wielkanocy, poeta spotkał się z Markiem Edelmanem, Jerzym Turowiczem i Janem Błońskim w bibliotece wydawnictwa Znak. Nagrano wtedy rozmowę, którą opublikowano 12 lat później w ,,Tygodniku Powszechnym”, a więc dopiero w 2005. Miłosz podczas tej rozmowy, opowiadał właśnie, że Amerykanie widzą w Polakach antysemitów, a jego samego zastanawia, dlaczego wciąż w Polsce lat 90-tych zdarzają się antysemickie wypowiedzi i zachowania, pomimo tego, że w tym kraju już nie ma Żydów. Jak możliwy jest antysemityzm bez Żydów – pytał Miłosz i dodawał, że nie może tego zrozumieć.
Nie będzie więc żadnym zaskoczeniem, że podobnie, jak Miłosz w latach 90-tych nie rozumiał w Polsce antysemityzmu bez Żydów, 50 lat wcześniej w chrześcijańską Wielkanoc, mieszkańcy getta, nie rozumieli, jak za ich murami może w najlepsze hulać karuzela, jak może grać katarynka, jak można się śmiać i bawić, kiedy płonęły im domy i kiedy ginęli od niemieckich kul. Oczywiście – przynajmniej tak to relacjonował Marek Edelman, uczestnik tego powstania – Żydzi zdawali sobie sprawę, że zamknięci w getcie, stali się dla wszystkich podludźmi. Na murach, kiedy getto zamykano, widniały napisy: Żydzi, wszy, tyfus plamisty. Kto by się w takich okolicznościach nimi przejmował. Rzecz jasna ta historia nie jest tak oczywista, jak ją tutaj opisuję lub jak ją opisał Miłosz, bo sprawy wyglądały dużo bardziej skomplikowanie. Nie zmienia to jednak faktu, że nazistowska propaganda najpierw zrównała ludzi z wszami i tyfusem i byli oni też tak traktowani, a potem ci sami naziści zaczęli eksterminację na niespotykaną dotąd skalę. I wbrew pozorom – jakkolwiek wymowa Campo di Fiori była publicystyczna, uproszczona i do pewnego stopnia (jak przyznawał sam Miłosz) – niemoralna, kiedy ostatecznie ten wiersz dotarł do Żydów kilka miesięcy później – mieli oni przynajmniej tę pewność, że ktoś o nich pamięta, ktoś ich zauważył, ktoś to opisał.
Dla mnie samego, 78 lat od tamtej Wielkanocy, 4 kwietnia 2021 roku we Wschowie – widzę publicystycznie rzecz jasna, upraszczając, a może nawet dokonując mało moralnej analogii, że nic się nie zmieniło, że nadal można uprawiać tę samą propagandę, dokładając sporo starań, by najpierw jednego z nas oczernić, a potem wyrzucić poza nawias. To w niczym nie przeszkadza, żeby sobie w tym czasie składać świąteczne życzenia na przykład o miłości do drugiego człowieka. To w niczym nie przeszkadza, żeby pisać o nowym, pięknym prezbiterium w pobliskim kościele, żeby pokazywać zdjęcia pięknie przystrojonych domów, smakowitych pieczeni lub wcześniej dużego zająca, który na mieście rozdaje dzieciom cukierki.
Myślę też, że nie jest przypadkiem, że ten wiersz przez długi czas datowany był tylko na 1943 rok. Bez dopisku – Wielkanoc. Dzisiaj, kiedy licealiści biorą podręcznik do języka polskiego, natkną się na Campo di Fiori podpisane – Warszawa – Wielkanoc,1943. Ten zapis obowiązuje od 1984 roku. Zresztą Campo di Fiori, publicystyczny wiersz Czesława Miłosza funkcjonował przez wiele lat w co najmniej dwóch wersjach. Do tego stopnia, że sam autor nie zdawał sobie sprawy, że w wyniku swoich poprawek – czytelnik może trafić na łagodniejszą i radykalniejszą wersję. Do samego końca nie mógł się zdecydować, która z nich powinna obowiązywać, a właściwie które zapisy poszczególnych wersów powinny być tymi właściwymi, kanonicznymi. Raz mówił, że woli tę radykalniejszą formę, ale ostatecznie – powszechnie znana jest ta druga. Prawdę mówiąc w tym przypadku i być może zawsze, kiedy do głosu dochodzą publicystyczne tony – nie ma jednego obowiązującego wariantu. Najlepiej poznać wszystkie możliwe. Samoświadomy autor zawsze będzie się wahał, chociaż odbiorca będzie wymagał uświęconych, kanonicznych tekstów. A takie – mówiąc szczerze – nie istnieją.

Dodaj komentarz