W maju tego roku minie 6 lat od momentu, kiedy w 2015 roku wiceburmistrz Miłosz Czopek ogłosił, że budynek po kinie Hel został sprzedany. Co stało się później – wszyscy wiemy. Jak wyglądały poszczególne wydarzenia, które doprowadziły do tego, że budynek został wpisany do rejestru zabytków – pokazałem wraz z dokumentacją we wtorkowym wpisie. Wynika z niego, że na dwa miesiące przed wnioskiem stowarzyszenia Czas Art. powstała niezależna opinia Narodowego Instytutu Dziedzictwa (NID), która mówiła, że budynek powinien zostać wpisany do rejestru zabytków. W połowie stycznia 2016 roku, czyli jeszcze przed wnioskiem stowarzyszenia, Lubuski Wojewódzki Konserwator Zabytków (LWKZ) informował nowego właściciela budynku o opinii NID i na tej podstawie wnosił o rezygnację z rozbiórki budynku. Zanim wszczęto postępowanie w sprawie wpisania budynku do rejestru zabytków (postępowanie to wszczęto 1 marca 2016), LWKZ w piśmie do Lubuskiego Urzędu Wojewódzkiego z 2 lutego 2016 roku, informował, że opinia NID kwalifikuje budynek do wpisania do rejestru zabytków, a to oznacza, przekonywał LWKZ, odmowę udzielenia zgody na rozbiórkę. Zwracam na to uwagę, że zdaniem LWKZ już sama opinia NID, która powstała 1 grudnia 2015 roku, oznaczała odmowę rozbiórki.
Przypominam o tym i pewnie w przyszłości zdarzy mi się to jeszcze nie raz, ale sposób w jaki poprzednia władza rozgrywała tę sprawę, a obecna to kontynuuje, wymaga tego, aby mieszkańcy wyrobili sobie opinię na podstawie dostępnych dokumentów, a nie tego, co mówią lokalni politycy lub co publikuje w tej kadencji lokalny portal i gazeta samorządowa (pisałem o tym – TUTAJ).
Dwie pieczenie na jednym ogniu
Zgodziłbym się z taką opinią, która jakiś czas temu pojawiła się w komentarzu na stronie Nowe Opinie, że warto zastanowić się co dalej. W sensie – jak rozwiązać problem z budynkiem kina Hel. Formalnie to jest obiekt prywatnej osoby. W pewnym sensie to jego problem, chociaż po latach jestem zdania, że nie jest to takie oczywiste. Jestem skłonny założyć, że w całej tej transakcji nie wzięto pod uwagę wszystkich zmiennych. I mogło się wydawać, tak samorządowi, jak i kupcowi, że skoro budynek, jak i teren, idą w prywatne ręce, to nie pojawi się na horyzoncie problem, który wstrzyma tam jakąkolwiek inwestycję. Z daleka wyglądało to tak, że uda się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Samorząd pozbawił się niszczejącego budynku, a inwestor widział w jego nabyciu biznesowy sens. Z emocji, jakie rozlały się na lokalnych portalach po tym, kiedy okazało się, że budynek może być wpisany do rejestru zabytków, zdecydowana większość mieszkańców, była – mówiąc delikatnie – zawiedziona tym faktem (wiem, to mało powiedziane, była wku…na). Czy gdyby Czas Art. nie złożył wniosku o wpisanie budynku do rejestru zabytków, LWKZ wydałby pozytywną opinię, zezwalając na rozbiórkę? Z dostępnej dokumentacji, wynika, że nie wydałby pozytywnej opinii. A sprawa pewnie zakończyłaby się podobnie – odmową.
Mnóstwo wątpliwości
Być może, gdyby nie to, że postanowiono winą za to całe zdarzenie obarczyć stowarzyszenie, dyskusja o tym, co dalej, potoczyłaby się w nieco innym kierunku. A tak, pojawiło się mnóstwo wątpliwości – czy inwestor miał pełną wiedzę, kupując ten obiekt, czy zadziałał tutaj efekt brawury inwestora, czy może była to brawura samorządu. Wyglądało to tak, jakby inwestor był pewien, że rozbiórka tego budynku, to bułka z masłem. Może po prostu uwierzono, że po tylu latach dewastującej się na naszych oczach nieruchomości, każdy uchyli nieba, aby prywatne pieniądze, zostały na tym terenie dobrze zainwestowane. W końcu to nie jest znowu takie powszechne, że znalazł się kupiec na ten obiekt. Bo co dzisiaj mamy z tego wszystkiego? Prywatny teren, który wygląda tak samo, jakby był samorządowy. Nic się tam nie zmienia i nie zapowiada się, żeby coś w tej sprawie drgnęło. Gmina pozbawiła się problemu, inwestor pieniędzy, a efekt żaden. Trudno znaleźć tutaj jakieś przyzwoite proporcje – nikt na tym nie zyskał, a inwestor stracił pieniądze.
Być może znaleziono by rozwiązanie
Myślę, że to wszystko mogło wyglądać inaczej. Gdyby wtedy, po piśmie z 18 stycznia, gdzie LWKZ informował inwestora, że powinien zmienić swoje plany inwestycyjne, gdyby wtedy ówczesny wiceburmistrz spotkał się z radnymi i powiedział im, że jest problem, być może znaleziono by rozwiązanie. Owszem, radni po dwóch latach, czyli w 2018, zdecydowali się większością głosów przyjąć uchwałę, która obligowała ich do zwrotu pieniędzy, ale śmiem twierdzić, że radni nie mieli wtedy pełnego wglądu w całą tę sytuację i raczej byli stawiani pod ścianą. Przekonywano ich, że to za sprawą mieszkańców tego miasta, pierwotna inwestycja jest niemożliwa. A przecież dokumenty tego nie potwierdzają. To znaczy nie potwierdzają tak jednoznacznej opinii. Bo sprawa okazuje się o wiele bardziej złożona i jej akcenty są inaczej rozłożone, niż to próbowano wtedy przedstawić.
Gdybym był burmistrzem
Gdybym był burmistrzem, tak, jak nim nigdy nie będę, spotkałbym się z inwestorem i wysłuchał jego relacji, chociaż dzisiaj być może jest to zdecydowanie trudniejsze, niż jeszcze kilka lat temu. Możliwe, że po takim spotkaniu, a może cyklu spotkań, z radnymi, a na pewno ze wschowskimi przedsiębiorcami, szukałbym rozwiązania. Może nawet na końcu wszyscy by stwierdzili, że jednak należałoby odkupić ten budynek od inwestora, przeznaczając na to pieniądze samorządowe. W żadnej samorządowej historii mnie osobiście nie przekonują argumenty, bazujące jedynie na literze prawa. Wiem, że formalnie, to dzisiaj budynek prywatnej osoby. Realnie jednak nic z tego nie wynika. I nie sądzę, żeby – jakkolwiek tego nie oceniać – wschowski samorząd mógł mieć poczucie, że zrobił wszystko, co miał do zrobienia. Wydaje mi się, że zamiast zabawy w czarny PR, mógł zająć się opracowaniem realnych rozwiązań.

Dodaj komentarz