Sex Education. Kilka uwag na temat… samorządu

Wiem, że to zabrzmi bluźnierczo, albo przesadnie, albo zostanie uznane za moją prywatną paranoję (trudno, niech i tak będzie), ale obejrzałem dwa sezony Sex Education i mam kilka spostrzeżeń na temat… samorządu. Wiem, ten fascynujący serial opowiada o czymś zgoła innym. I z całą odpowiedzialnością potwierdzam, że tak jest. Sex Education jest niewątpliwie o wszystkim, tylko nie o samorządzie. Na pewno jest o seksualności – w dużej mierze 16-latków. I o tym, że seksualność jest tak rozległą dziedziną życia, że być może nie starczy nam czasu, żeby wszystkie jej meandry poznać, zrozumieć i zaakceptować. Ale jednocześnie Sex Education jest – trudno, żeby było inaczej – o tym, że bez mądrej edukacji, nie sposób się nauczyć seksualności swojej i swoich partnerek/partnerów/żon/mężów.  A bez tego część naszego życia może okazać się niezwykle frustrująca. Jest to też serial o tym, że wiedzę, naukę na temat seksualności można pojmować na wiele sposobów. Nie ulega jednak wątpliwości, że albo będzie ona się składała z fejków, albo z autentycznych rzetelnych informacji, bazujących na współczesnych zdobyczach nauki. Czyli, że tak, jak nie sposób dzisiaj o kosmosie, nauczać z podręczników, które powstały 1500 lat temu, tak samo o seksualności nie sposób rozmawiać w oparciu o książki (święte lub nie-święte) sprzed 1500 lat. Jeżeli wiemy dzisiaj, że ziemia jest w ruchu (obrotowym wszakże, ale jak wiadomo, każdy ruch, to zdrowie) i nie jest płaska, to musimy też orientować się co to jest femidom.

Pierwszy odcinek serialu wprowadza nas we wszystko, co będzie nam towarzyszyć do samego końca. Syn dyrektora szkoły, niejaki Adam Groff, typowy nastolatek, nieco wyrośnięty, ze skłonnościami do zachowań przemocowych, ma problem z erekcją. Wspomaga się chemią, a dokładnie bierze pewnego dnia trzy tabletki viagry, żeby przekonać swoją partnerkę, że jego fallus działa sprawnie. W tym samym czasie, zamiast lekcji biologii, nauczyciel od wszystkiego, informuje uczniów, że w związku z epidemią wszy łonowych, będą zajęcia z wychowania seksualnego.  Uczniowie uczą się nakładać prezerwatywy na sztuczne penisy. W szkole pojawia się Otis, syn terapeutki i seksuolożki (w tej roli świetna Gillian Anderson), kolejny typowy nastolatek z tą różnicą, że w hierarchii szkolnej  jest dość nisko, w żaden sposób się nie wyróżnia, mało kto go kojarzy. Ma przyjaciela Erica, który z kolei jest gejem (rodzice wiedzą i akceptują). No i jest jeszcze Maeve, rebeliantka, czytająca Virginie Woolf i książki, o których się młodym 16-letnim filozofom nie śniło.

Okazuje się więc, że szkoła oferuje wychowanie seksualne, ale uczniowie niczego nie wynoszą z tych zajęć. Ciała 16-latków nieustannie eksplodują, ale ich świadomość za tymi eksplozjami nie nadąża. I wtedy rodzi się szatański plan, tzn., może nie aż taki, ale jednak. Przemocowy Adam przyznaje, że odgrywa role w swoim młodym życiu, które w żaden sposób mu nie odpowiadają. Innym razem Olivia przyznaje, że ma odruchy wymiotne podczas seksu oralnego. Otis ma na to odpowiedzi, raz lepsze, raz gorsze, a Meave uznaje, że można na tym zarobić (Meave mieszka na osiedlu takich baraków, przystosowanych do mieszkań i musi mieć na czynsz). W ten sposób powoli, stopniowo ustawia się kolejka do syna seksuolożki, który w miarę swoich możliwości, pomaga zrozumieć 16-latkom, że seksualność, to nie tylko wagina i penis. Że za waginą i penisem kryją się konkretne osoby. I że ich emocje, niezwykle skomplikowane, czasami wstydliwe, często wynikające z deficytu wiedzy, najczęściej z  braku szczerej rozmowy, decydują o tym, jak ich ciała reagują.

I gdzie tutaj samorząd? Już tłumaczę. Sex Education na którymś z planów swojej wybuchowej fabuły, zderza świat 16-latków, niezwykle płynny i nieprzewidywalny z bardzo uporządkowaną, hierarchiczną szkołą, w której dyrektor placówki, to człowiek wyjęty z jakiegoś bismarckowskiego szablonu i wyobrażenia o człowieku, który stoi na czele konkretnej społeczności (w tym wypadku szkolnej). Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że chaos, w jakim żyją ci młodzi ludzie, nie sposób zestawiać ze światem dorosłych. I to po części prawda. Ale na drugim biegunie, jeżeli uważnie się temu przyjrzymy, to dostrzeżemy, że dynamika świata 16-latków, to nic innego, jak opisywane we współczesnej literaturze, czasy w jakich żyjemy. Głównym ich paliwem jest nieustanna demaskacja, podejrzliwość, negacja, demitologizacja, destrukcja, dekonstrukcja, redefinicja itp. Jakkolwiek świat dorosłych nazwiemy – postmodernizmem, płynną ponowoczesnością –  niczym się on nie różni od świata, który przez jakiś czas staje się udziałem młodych osób, wchodzących w tak zwany okres dojrzewania.

Sex Education, pomimo tego, że zajmuje się przede wszystkim seksualnością młodych ludzi, ostrzega zarazem, że urząd sam w sobie nie jest gwarancją czegokolwiek. A im bardziej jest on schematyczny, nie nadążający za zmianami, jakim na co dzień poddawana jest społeczność szkolna, tym większe budują się między nimi mury i nieporozumienia. Celem urzędu (bismarckowskiego dyrektora Groffa) nie jest ingerować w tę doskonałą różnorodność, ale ją zaakceptować i pozwolić się jej rozwijać. Owszem, wyznaczając granice podmiotowości, tzn., że w żadnym z przejawów tej różnorodności, nie może zostać podeptana jednostka. I taki właśnie – idąc tym tropem – mógłby być samorząd. Tak rozumiem to, co dzieje się na jednym z odległych planów tego serialu. Nie trzeba zmieniać żadnej lokalnej społeczności. Bo zmiana jest we współczesnym świecie w nią wpisana.  Ona sama nieustannie podlega temu procesowi. Samorząd winien jedynie zadbać o to, by była ona widoczna, z jak największą liczbą uczestników, i by nieustannie miała ona okazję się uzewnętrzniać. Jeżeli to się uda, cała ta różnorodność, potencjał i wszelkiego rodzaju talenty i pasje ujawnią się w zespołowej grze. Czego przykładem jest rewelacyjna interpretacja szekspirowskiego ,,Romea i Julii” w wykonaniu uczniów szkoły w finale II sezonu.

Dodaj komentarz