Nie ma chyba niczego bardziej nudnego w upalny dzień, jak przewidywalna sesja Rady Miejskiej. Można było wczoraj (czwartek, 17 czerwca) postawić z zamkniętymi oczami u bukmachera na to, że burmistrz zdobędzie wotum i absolutorium. Jeżeli tylko znalazłby się taki bukmacher, który przyjmowałby tego typu zakłady. Byłby to jednak prosty zakład i zbyt dużo by się na tym nie zarobiło. Ale gdyby skomplikować przyjmowanie zakładów, wskazując na inne możliwości, byłoby o wiele ciekawiej. Na przykład – czy ktoś z radnych opozycji poprze burmistrza w głosowaniu nad wotum zaufania po tak zwanej debacie nad raportem o stanie gminy. Albo czy ktoś z radnych koalicji nie poprze burmistrza w głosowaniu. Tak, to byłoby coś. Gdyby w ten sposób spojrzeć na tę sesję, mielibyśmy nieco inne możliwości interpretacyjne, żeby przyjrzeć się temu, co wczoraj się wydarzyło podczas prawie 7-godzinnych obrad radnych.
Dlaczego warto by w ten sposób przyjrzeć się tym głosowaniom? Odpowiedź wydaje się prosta. Bo skoro od miesięcy wiadomo, że większościowa koalicja bez względu na wszystko będzie na tak, to powstaje pytanie, czy w trakcie debaty wywiąże się na tyle ciekawa dyskusja, użyte zostaną na tyle błyskotliwe argumenty, burmistrz wzniesie się na wyżyny swoich możliwości, a wspierający go radni będą trzymać ten poziom, że na końcu radni opozycji (niektórzy, nie mówię, że wszyscy) dadzą się przekonać. Uznając, że jednak coś w tym jest. W tym raporcie, w logicznych argumentach, w trosce o gminę itd., itp.
Jest jednak warunek, który warto mieć na uwadze. W dodatku taki, który zapewne nie przewidziałby nawet zakład bukmacherski. Bo kiedy stawia się zakłady w przypadku meczów, to dla każdego średnio rozgarniętego hazardzisty rzeczą naturalną jest, że zakład ma sens wtedy, kiedy odbywa się mecz. Podobnie z wczorajszą sesją – można by obstawiać warianty z radnymi opozycji, którzy zostaną przekonani w trakcie debaty, ale warunkiem jest, że w ogóle odbędzie się debata. A taka na sesji Rady Miejskiej się nie odbyła. To znaczy jej zalążki miały miejsce na początku, ale przerwał ją burmistrz, nieoczekiwanie wyznaczając jej ramy. Stwierdził on (nieco złośliwie zapewne), że debata jest wtedy, kiedy radni zadają pytania, używając w swoich wypowiedziach zaimka ,,ile” oraz spójnika ,,czy”. Oczywiście burmistrz ograniczył się do tych dwóch wymaganych jego zdaniem przypadków (zaimka i spójnika), ale zakładam, że mógłby jeszcze kilka takich przykładów podać. Zatem radni mieli zadawać pytania, a wskazane osoby – odpowiadać. Nie powinni jednak – perorował burmistrz – stawiać tez i dzielić się swoimi opiniami. Bo na tezy i opinie, które nie zawierają zaimka lub spójnika (i innych tego typu części mowy) nikt nie będzie odpowiadał.
Problem polega właśnie na tym, że debata polega między innymi na wyrażaniu swoich opinii i stawianiu tez przez jednych uczestników, przy jednoczesnym i ewentualnym obalaniu tych tez i używaniu kontrargumentów przez uczestników, z innym spojrzeniem na daną sprawę. Zdaję sobie sprawę, że wbrew pozorom wcale nie jest to takie łatwe. Bo to wymaga nieco samodzielności, czujności (bo trzeba słuchać wszystkiego i w odpowiednim momencie reagować), ale ma tę zaletę, że taka debata nie jest w żaden sposób sterowana, jest spontaniczna, ma cechy dyskusji i jest otwarta na pojawianie się nowych wątków, wątpliwości, kontekstów itp., itd.
Trudno powiedzieć dlaczego radni zgodzili się na debatę, której ramy narzucił burmistrz, pozbawiając tym samym (nie po raz pierwszy) suwerenności organu, jaką jest Rada Miejska. Bez względu już na to, kto ma w niej większość. Ta tak zwana debata od samego początku skazana była też na niepowodzenie. Nie tylko dlatego, że Rada pozwoliła sobie narzucić wątpliwą definicję burmistrza, ale również dlatego, że radni koalicji w pierwszej fazie dyskusji, nie zamierzali brać w niej udziału. Nie obalali tez, jakie się pojawiały, ani nie mieli przygotowanych kontrargumentów. A w wyznaczonej przez burmistrza formie – nie mieli pytań.
Zatem trudno powiedzieć, że w ogóle debata się odbyła. A pomimo tego – w przypadku koalicji, radna Jolanta Pawłowska wstrzymała się od głosu nad wotum zaufania, a radny opozycji Wiesław Widera, poparł burmistrza w tym głosowaniu. Okazuje się więc, że nie trzeba debaty, żeby przekonać przynajmniej jedną osobę z opozycji do siebie, jak i nie trzeba debaty, żeby zasiać wątpliwości w jednej radnej z koalicji rządzącej. W sumie – wynika z tego, że im bardziej jest wszystko postawione na głowie, zawsze znajdzie się ktoś, kto właśnie taką metodę uzna za właściwą i przekonującą. Jednym słowem – autonomia Rady Miejskiej po raz kolejny została nadwerężona, ale nikomu to nie przeszkadza i wszyscy się na to godzą.
Bardzo kiepska postawa burmistrza, lekceważący i arogancki ton głosu ale został dobrze wypunktowany przez radnych opozycji. Mam nadzieje ze więcej osób zobaczy ta sesje i przekona się jakiego mamy włodarza. Wydawane są pieniądze na jego wizerunek, czy jego postępowanie jest poważne? Zero pozyskanych pieniędzy na inwestycje drogowe, ale bramki, pieniądze dla znajomych na stworzenie dokumentu który nic nie wnosi, nowe loga, gazetka propagandowa, doradcy, dyrektorzy, kierownicy, cateringi, programy, gadżety, laptop i telefon za kupę pieniędzy. Lans na najwyższym poziomie
PolubieniePolubienie