Słuchałem wczoraj rozmowy trojga panelistów (Magdalena Saryusz-Wolska, Andrzej Leder i Jan Sowa) o resentymencie w Europie Środkowej. I w pewnym momencie, tak w połowie tej dyskusji, kiedy bodajże Jan Sowa odwołał się do swoich badań (a może bardziej researchu?) na temat kolonialnych zapędów Rzeczpospolitej w XVI i XVII wieku wobec Ukrainy, kiedy ówcześni publicyści wprost pisali o tych terenach, że to polskie kolonie, Andrzej Leder przywołał wtedy Gombrowicza, mówiąc, że ten z kolei opisywał wewnętrzną kolonizację, czy rodzaj niewolnictwa na ziemiach polskich. Ale – zaznaczał Leder – chociaż sporo publikacji pojawia się na ten temat, to i tak są one omawiane w bardzo wąskim gronie. Ta tematyka nie przenika do powszechnej świadomości, czyli do mainstreamu. Nie wykracza poza sale seminaryjne. Nawet w którymś momencie powiedział – interesuje to tylko nas, troje panelistów i osobę prowadzącą plus niezbyt liczną grupę słuchaczy. I to wszystko.
To nie my
Ta rozmowa odbyła się 6 lat temu, ale nie to jest tematem tego wpisu. Nie będę tej dyskusji streszczał. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na fakt, że grupa badaczy tak postrzegała swoją rolę w powszechnym dyskursie. Że jest ona póki co na marginesie. I chociaż nie zajmowali się tym, dlaczego tak się dzieje, to doskonale o tym wiedzieli. Obowiązujący w Polsce dyskurs w tym obszarze jest zupełnie inny. Polska to przedmurze chrześcijaństwa, ciemiężony kraj przez zaborców, uciskany przez nich i mordowany. Jeżeli ktoś miał zapędy kolonizacyjne, jeżeli ktoś doprowadzał 80-90% społeczeństwa do życia na granicy biologicznego wyczerpania, to na pewno nie my, Polacy. To inni. My mieliśmy demokrację szlachecką, wolność religijną, Kresy i tego typu mity. Wszystko to nam zabrały złe i obce mocarstwa. Nie traktowaliśmy rdzennych mieszkańców Polesia, Poleszuków, jak podludzi, nie pisaliśmy o nich w rasistowskim duchu itd., itp.
Inwestycje za zamkniętymi drzwiami
Na tak uproszczonym schemacie widać wyraźnie, że jest coś takiego jak obowiązujący dyskurs. Że funkcjonuje on wszędzie i może dotyczyć wszystkiego, każdego zagadnienia, również spraw wschowskich. Samo pojęcie dyskursu (w ujęciu Michela Foucault) jest mi tutaj potrzebne, żeby zwrócić uwagę na informacje, jakie ostatnio docierają do mieszkańców. Szczególnie te, związane z inwestycjami.
Bo we Wschowie sprawa wszelkich inwestycji zawsze odbywała się za zamkniętymi drzwiami. Decydowało o tym kilka osób. Warto to kiedyś zbadać. Pewnie burmistrz, skarbnik i może zastępca burmistrza i jakaś grupa radnych (aczkolwiek pewnie bez większego wpływu na podejmowane decyzje). Trudno powiedzieć, czy duże inwestycje we Wschowie były wynikiem jakiejś strategii. Prawdę mówiąc – wątpię w to. Takie małe miasteczka z małymi budżetami, biedne i peryferyjne, nie mające na nic wpływu, mogły jedynie decydować w oparciu o fundusze zewnętrzne. I to one wyznaczały kierunek takim miasteczkom, jak Wschowa. Jak okazało się, że są pieniądze na rewitalizację, to się rewitalizowało. Jak były pieniądze na termomodernizacje – to się termomodernizowało. Być może w tej kadencji wygląda to nieco inaczej, bo mieszkańcy wiedzą, że są plany na rewitalizację parków, na przebudowę trzech ulic (w tym Westerplatte i Niepodległości), czy na nową siedzibę wschowskiego ratusza i spółki komunalnej. Ale – cóż – te plany powstały po wyborach. A przecież zupełnie co innego przedstawiano w trakcie kampanii wyborczej. Nie wiadomo też dlaczego właściwie te inwestycje, a nie inne. Nie ma tutaj żadnej spójnej opowieści o mieście. Żadnych dalekosiężnych planów. Wszystko wydaje się doraźne.
Bez konsultacji
Niemniej za każdym razem, każda decyzja o inwestycji takiej lub innej, sensownej lub wymuszonej (bo są pieniądze do wzięcia) brała się bez konsultacji z mieszkańcami. Zwracam na to uwagę, bo dzisiaj podnoszą się głosy, że ewentualna nowa siedziba ratusza i SK, powinna być skonsultowana z mieszkańcami. Że mieszkańcy powinni się wypowiedzieć. A prawda jest taka – że nikt nigdy mieszkańców o nic nie pytał. Wystarczyło mieć większość w Radzie Miejskiej i każda inwestycja była przepychana głosami kilkunastu osób. I dopiero wtedy odbywała się w mieście jakaś forma dyskursu. Najczęściej ton nadawała władza, mówiąc, że sięgamy po europejskie środki, albo, że bierzemy pieniądze, ale się nie zadłużamy, albo – jak teraz – że o miasto od zawsze nikt nie dbał i trzeba nadganiać zapóźnienia cywilizacyjne.
Dyskurs wykluczający
Nie będę omawiał tych dwóch pierwszych dyskursów, ale myślę, że warto kiedyś je opisać. Jesteśmy jednak w kadencji 2018-2023 i myślę, że warto obecnemu przekazowi bliżej się przyjrzeć. Wspominałem wcześniej, że będę się temu przyglądał przez pryzmat dyskursu w rozumieniu Michela Foucault. Nie dlatego, żeby błysnąć wiedzą o francuskim myślicielu, ale dlatego, że pokazał on, w jaki sposób dyskurs publiczny funkcjonuje. Że nie jest tylko tym, co mówi dana osoba, ale jest również tym, czego ta osoba nie mówi. Jest również tym, co ta osoba myśli. Na dyskurs nakłada się również to, kim jest osoba, która mówi oraz jaką ma władzę. A także ważne jest miejsce i czas, kiedy mówi. Tak rozumiany dyskurs obejmuje politykę, stosunki społeczne, ekonomię, strukturę władzy. I prawdę mówiąc nawet nie to, co powstaje na poziomie języka (wypowiedzi, tekstów, informacji) jest dyskursem, a raczej to, co dzieje się między polityką, stosunkami społecznymi, ekonomią i władzą. I dopiero to wszystko wzięte razem czyni – jakby to powiedzieć – pewną smołę, która oblepia wszystkich i za sprawą której – poniekąd wytresowani – wiemy, co powiedzieć, a czego nie powiedzieć, co pomyśleć itd., a także jest ta smoła samoistną formą, która ogranicza wolność słowa i myśli. Bo chociaż – wracając na lokalne podwórko – na różne sposoby ten dyskurs jest toczony, to tak naprawdę, najważniejsze jest to, kogo on wyklucza, jakie tematy pomija, wobec kogo stosuje przemoc (obecnie raczej symboliczną niż fizyczną).
CDN