Dyskurs cz. 3, czyli Wschowa 2023

W poprzednim wpisie wyskoczyłem z systemem folwarczno-pańszczyźnianym, twierdząc, że dominuje on we wschowskim samorządzie, a właściwie w takich małych gminach, jak ta wschowska. Nie tłumaczyłem tego szczególnie, a jedynie zwróciłem uwagę, że w sytuacji, kiedy peryferyjne miasteczko w peryferyjnym kraju, pozbawione jest silnych instytucji, silnych obywateli w przestrzeni publicznej, silnych mediów, to jedynym aktorem na tej samorządowej scenie pozostaje burmistrz i jego najbliższe otoczenie. A mówiąc prościej, jego rolę i znaczenie kształtuje dostęp do budżetu gminy. Jest to dostęp ograniczony rzecz jasna, ale nie aż tak, by ograniczał jego wpływy. Ostatecznie kim byłby główny bohater w tym dramacie, gdyby nie fakt, że do dyspozycji ma nie byle jaki budżet.

Zerwanie maski

Można oczywiście zdecydować się na pewną intelektualną zabawę i zastanowić się – kim byłby wójt/burmistrz/prezydent bez tego rodzaju udogodnień. Gdyby był takim społecznym liderem, jedynie opłacanym z publicznych pieniędzy, ale bez większego wpływu na budżet gminy/miasta. Czy potrafiłby bez tego złotego cielca, bazując jedynie na swojej charyzmie, umiejętności pracy w zespole, na swoim wizjonerstwie, przekonać najbliższe otoczenie, urzędników, Radę Miejską, w końcu mieszkańców do konkretnych działań. Wyobrażając sobie taki scenariusz, zrywając maskę z możliwości, jakie daje budżet gminy – kogo mielibyśmy po drugiej stronie? Jakiego człowieka? Jakiego burmistrza/wójta/prezydenta? Jakiego lidera?

Bez władzy, jaką daje budżet

Można by powiedzieć, że cała ta wyżej opisana sceneria jest zbyt abstrakcyjna, a opis społecznej tkanki gminy jest nieco absurdalny lub groteskowy. Pozornie. Ten prosty eksperyment pozwala odpowiedzieć na pytanie, czy bez władzy, jaką daje budżet, taki wójt/burmistrz rok lub dwa po zwycięskich wyborach, nadal wydaje się liderem, który ciągnie za sobą tłumy? Czy raczej ciągnie już tylko tych, dla których jest gwarancją określonych korzyści? Albo jeszcze inaczej – na jakich fundamentach jest budowana pozycja lidera samorządu? Na tym, że ma dostęp do budżetu gminy, czy na tym, że posiada mniej lub bardziej wybitne umiejętności przywódcze, rozumiejąc jednocześnie czym jest samorząd, czyli publiczna scena, na której, aby w miarę normalnie funkcjonowała, występują inni, silni liderzy w postaci instytucji, obywateli i mediów.

Autorytet narzucony siłą

Myślę, a właściwie jestem przekonany, że w takich gminach, jak Wschowa, za lidera w sferze samorządowej uznaje się tego, kto ma dostęp do budżetu. I – wyprzedzając puentę – to jest coś, co nazywam systemem folwarczno-pańszczyźnianym.  Autorytet (widać to w tej kadencji, ale pracowali na ten obraz wszyscy samorządowcy bez różnicy) jest narzucony siłą (bardziej rzecz jasna symboliczną niż realną, ale posiadającą realne skutki, czego przykładem są liczne odejścia ze wschowskiego magistratu, znany mi przynajmniej jeden wyrok sądu pracy, który – idąc tym tropem – zdecydowanie piętnuje budowanie w ten sposób autorytetu władzy, czy zabrane pieniądze organizacjom pozarządowym). A innych aktorów, którzy mogliby ten proces powstrzymać nie ma. Zatem mamy folwark, na którym urzęduje garstka osób, w świat wysyłane są zarządzenia i polecenia. Wszyscy je zgodnie wykonują. Dookoła kręcą się podejrzane osobniki, liczące, że coś im skapnie z pańskiego stołu, a ewentualni aktorzy o silnej pozycji zawodowej, intelektualnej, obywatelskiej, dawno zostali już wypchnięci na margines.

Krok w tył? Niemożliwe w systemie folwarczno-pańszczyźnianym

Myślę też, że ten scenariusz ma miejsce nie tylko w małych miasteczkach, ale pewnie też i średnich, chociaż ten model nie jest aż tak rzucający się w oczy. Czego przykładem może być sytuacja sprzed kilku miesięcy, dotycząca festiwalu Solanin w Nowej Soli. Pomimo tego, że prezydent, a wraz z nim komisja konkursowa nie przyznała żadnych środków w konkursie ofert, to jednak w wyniku innych, istniejących aktorów na scenie nowosolskiego samorządu, udało się tę sytuację skorygować. Warunkiem jednak zmiany decyzji prezydenta byli aktywni aktorzy na nowosolskiej scenie samorządowej oraz nieco dojrzalsza postawa włodarza, który potrafił zrobić krok w tył. Co – przyglądając się wschowskim realiom – nie zdarzyło się chyba nigdy, aby którykolwiek burmistrz wycofał się z decyji, pod wpływem innych samorządowych czynników.

Dosłownie się boją

Mam również przekonanie, graniczące z pewnością, że model folwarczno-pańszczyźniany jest czymś naturalnym dla małych miasteczek. Nikt nam tego nie narzucił z góry. Nie powiedział, że tak, a nie inaczej należy funkcjonować. Kiedy w ogólnopolskich mediach mówi się o tym, jak świetnie funkcjonują samorządy w Polsce, to proszę mi wierzyć – pod pewnymi względami nie myśli się w ten sposób o takich małych miasteczkach, jak Wschowa*. Gdzie wszystko jest w jednych rękach, gdzie osoby, które tworzą jakąś namiastkę społeczeństwa obywatelskiego (stowarzyszenia i kluby sportowe) boją się (dosłownie) publicznie zabierać głos w sprawach, dotyczących samorządu. Pamiętam jak za czasów burmistrzów Danuty Patalas i Miłosza Czopka miałem taką sytuację, że bodajże na blogu (bo nawet nie na zw.pl) wymieniłem jedno ze stowarzyszeń w jakimś kontekście i jej lider/liderka skontaktowali się ze mną, prosząc, bym nie używał w swoich tekstach nazwy ich organizacji. Zdaniem tej liderki, tego lidera ówczesna władza miałaby czarno na białym, że łączą nas jakieś dobre relacje i dla samego stowarzyszenia skończyłoby się to źle. Ktoś może uzna, że ów lider, owa liderka miała paranoję, ale ja z kolei uznaję, że to jest permanentny stan umysłu w takich miasteczkach.  Nie sądzę, żeby owi liderzy spotkali się z takimi wytycznymi. Nie. Oni czuli te wytyczne w powietrzu, w smole, która nas przenika, w dyskursie, który nami zarządza.

Projekt Wschowa 2023

W tytule tekstu, zamieściłem zwrot ,,Wschowa 2023”. Bo to jest jakiś projekt, z którym wkrótce zetkniemy się podczas zbliżającej się kampanii wyborczej. Nie sądzę, żeby coś się zmieniło w przyszłości, ale na pewno dużo będzie zależeć od tego – kto i o jakich kompetencjach będzie chciał zasiąść na fotelu burmistrza. Nie wierzę też, że mieszkańcy są gotowi wybrać kogoś, kto zaproponuje inne myślenie o samorządzie niż te, którego jesteśmy świadkami od 30 lat. Gdyby jednak ktoś taki się pojawił, byłby to cud, porównywalny z przemianą wody w wino na pewnym weselu, opisanym 2 tysiące lat temu. Wątpię, żeby ten cud miał się powtórzyć.

*żeby nie być gołosłownym, w najbliższym czasie przygotuję tekst z licznymi cytatami ogólnopolskich publicystów, wypowiadających się na temat samorządu w małych miasteczkach.

CDN

Dodaj komentarz