Cisza, jak pod moimi wpisami na blogu

Nie będę ukrywał, że ustawiłem się w życiu. Jakiś czas temu. Za sprawą kilku prostych trików. Prawdę mówiąc, mógłbym webinaria na ten temat organizować i kosić bankroll, ale nie czas, żeby teraz się tym chwalić na lewo i prawo. W każdym razie z tego życiowego ustawienia dotarła ostatnio do mnie informacja, że do głównego konkursu filmowego w Wenecji, zakwalifikował się najnowszy film Jana P. Matuszyńskiego. Tego od ,,Ostatniej rodziny” i serialu ,,Król”. Tym razem Matuszyński wziął na warsztat książkę Cezarego Łazarewicza ,,Żeby nie było śladów”. No i sporo na ten temat pisano tu i tam. Mnie zaraz przypomniała się lektura tego reportażu i wróciły do mnie wszystkie obsesje z nim związane, z których część opisałem na tym blogu oraz emocje, jakie mi towarzyszyły przy okazji przyznania Łazarewiczowi nagrody Nike.

Premiera, 10 września, godz. 16:30

Więc było głośno o tym filmie, a potem ucichło. Przynajmniej przed 10 września wrzało, bo wtedy to, w piątek, film Matuszyńskiego pokazano na festiwalu, dokładnie o 16.30. Sprawdziłem wcześniej, że obraz ma 160 minut, więc pierwszych reakcji oczekiwałem w piątek przed 19:00. Takich prostych komunikatów, typu: zwycięstwo, arcydzieło, geniusz, Wenecja podbita lub coś w ten deseń. Byłem gotów też na odwrotny przekaz, że nie poszło, że słabo, że piękne dekoracje, piękna muzyka (jak to się zazwyczaj mówi, kiedy chce się powiedzieć, że film do bani). Nie przewidywałem, że zapadnie cisza, jak to ma miejsce najczęściej pod moimi artykułami na Nowych Opiniach. Jednym słowem jakoś źle skonfigurowałem swoją bańkę informacyjną i o tym mogłyby być właśnie moje ewentualne webinaria.

Na szczęście dzień później, czyli w sobotę ogłoszono werdykt i okazało się, że w żadnej kategorii ,,Żeby nie było śladów” nie otrzymało nagrody. Wiem, że to zabrzmi złowieszczo, ale odetchnąłem z ulgą. Bo naprawdę bym tego już nie wytrzymał, gdyby się okazało, że na podstawie książki, którą oceniam jak najgorzej, powstał film, który zrobił furorę w Europie. To by jednoznacznie znaczyło, że coś ze mną nie tak i to bardzo. A tak, to mogę sobie wciąż w swoich rojeniach o życiu, sztuce i miłości jakoś tam balansować między frustracją a zadośćuczynieniem.

Recenzje z Europy

Filmu nie widziałem rzecz jasna, bo w sumie nie o film tutaj rzecz się rozbija. Chociaż czytelnik może pomyśleć, że w sumie to sam nie wiem, o co mi chodzi. Ale zaraz i do tego brzegu dopłynę. Zanim jednak to zrobię, w kilku słowach streszczę, na co zwracają uwagę recenzenci w Europie. A piszą, że film jest trochę zmarnowaną szansą ze względu na nagromadzenie postaci i faktów, które dla kogoś spoza Polski, nie mają większego znaczenia. Że druga część filmu jest przez to zagmatwana i nieczytelna, że nie wykorzystano należycie śmierci Grzegorza Przemyka z rąk opresyjnych służb, które zamiast chronić obywatela, pozbawiły go życia. Zwraca się na to uwagę, że to jest wątek, który dzisiaj pod każdą szerokością geograficzną, byłby doskonale zrozumiany, budzi on wszędzie silne emocje, podobnie, jak fakt, że zdarzenia te próbuje się zamiatać pod dywan. Piszą więc autorzy tych recenzji, że zapewne w Polsce ten film będzie nieco inaczej odbierany, bo nagromadzenie historycznych postaci ma lokalny wymiar, podobnie, jak szczegółowo i z drobiazgami oddana Polska lat 80-tych. Poza Polską – ta lokalność nieco przeszkadza, a nawet przytłacza, a nie jest ona też na tyle uniwersalna, żeby mogła zainteresować kogoś z zewnątrz. Jednym słowem film może i dobry (na poziomie reżyserii, dekoracji, gry aktorskiej), ale ze zmarnowanym potencjałem fabularnym.

Kto by nie chciał zekranizować wybitnego reportażu

W ogóle – co to za historia? Że Jan P. Matuszyński wziął się za książkę Łazarewicza? Ktoś to może wie? Rozumie? Wiem, wiem – to wybitny reportaż. Kto by nie chciał zekranizować wybitnej, polskiej książki z nagrodą Nike, prawda? Głupio pytam, jeszcze mniej mądre stawiam pytania. Ale mnie w tym wyborze coś niepokoi. Może dlatego, że dla mnie ,,Żeby nie było śladów” jest niewykorzystaną i straconą szansą na opowieść o ówczesnej opozycji, która produkując swoje fejkowe newsy na temat tragicznej śmierci młodego chłopaka, wybierając się przy tym na wojnę ze zbrodniczym, jak się za chwilę okaże systemem, nie liczy się z żadnymi konsekwencjami. Nie potrafi przeliczyć potencjału swojej słabej i zupełnie nieprzygotowanej armii do takiego starcia. Radio Wolna Europa dwa dni po śmierci Grzegorza Przemyka grzmieć będzie na cały świat, że to nie mógł być tragiczny przypadek, dając do zrozumienia, że komunistyczna władza zabija dzieci polskim opozycjonistom (a to niestety był tragiczny przypadek, a sprawcy tego morderstwa kompletnie nie mieli wiedzy o jakichkolwiek związkach matki Przemyka z opozycją). Jest taki moment w reportażu Łazarewicza, kiedy ten cytuje pułkownika polskiego kontrwywiadu, dla którego rzeczą oczywistą było kilka dni po tych tragicznych wydarzeniach, że w komisariatach, pod każdą szerokością geograficzną, znajdą się sadyści, tacy, jak ci, którzy doprowadzili do śmierci maturzysty. I że powinni zostać ukarani, a sprawę powinien prowadzić prokurator, który znany był z sympatii do opozycji.

Bez mitu opozycji

Czytając tę książkę, odrzucając mitologizację świętej, polskiej opozycji, która zaprzęga do swojej chybionej narracji kościół, media, autorytety i społeczeństwo, można dostrzec coś, co zupełnie umyka Łazarewiczowi. A jest w tym coś z takich typowych polskich tragedii, coś z Powstania Warszawskiego, czyli takiej odwagi, która musi skończyć się ogromną katastrofą, jest w tym jakiś element antycznej tragedii, jakby ją ktoś rozpisał tuż przed wyjściem Grzegorza Przemyka z domu, tego fatalnego dla niego 12 maja 1983 roku. Owszem, być może opozycja w Polsce nie miała innego wyjścia i musiała wtedy wypuszczać w świat fejkowe newsy, dorabiając nieistniejące intencje opresyjnej władzy w tym konkretnym przypadku. Z tego reportażu Łazarewicza można wyciągnąć wniosek, że gdyby nie ta narracja o mordowaniu dzieci polskich opozycjonistów, dalsza historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Jeżeli tak – to książka Łazarewicza przechodzi obok tego obojętnie. Opozycja jest tam rozgrzeszona, a myślę sobie, że przydałaby się w tej historii reporterska ręka, która by ten mechanizm wydobyła na światło dzienne. I – to może zbyt śmiałe będzie – ale, tak można jedynie z sensem tę nieco jednostronną książkę zekranizować. Moim zdaniem rzecz jasna.

Wybrane recenzje:

  1. https://www.vogue.pl/a/recenzja-filmu-zeby-nie-bylo-sladow
  2. https://www.rp.pl/film/art18904251-wenecka-premiera-zeby-nie-bylo-sladow-wciaz-aktualna-historia-przemyka
  3. https://variety.com/2021/film/reviews/leave-no-traces-review-zeby-nie-bylo-sladow-1235059908/
  4. https://www.screendaily.com/reviews/leave-no-traces-venice-review/5163153.article

Pisałem o samej książce tutaj:

Dodaj komentarz