,,King Richard: Zwycięska rodzina” jest chwilami tak dobrym filmem, jak wszystkie nasze wspomnienia, do których lubimy wracać, a które jednocześnie są naszą filmową wersją samych siebie na wypadek, gdyby ktoś chciał zrobić o nas film. Niemniej jest to też chwilami tak zły obraz, jak wszystkie nasze ukrywane i wstydliwe tajemnice, o których wolelibyśmy z nikim nie rozmawiać.
I pewnie dlatego mówi się o tej produkcji, że to tradycyjne kino w stylu ,,american dream”, chwilami zbyt powierzchowne, nie zawsze zrozumiałe/logiczne, ale posiadające w zanadrzu coś, czemu trudno się oprzeć, czyli happy end. Zakończenie, które nie jest zmyślone, ale oparte na biografii tytułowego Richarda Williamsa, jego żony Orecone i ich pięciu córek, z których dwie – Venus i Serena raz na zawsze zapisały się w historii tenisa ziemnego i odcisnęły na nim swoje piętno.
Ale to nie wszystko. Jest w tym filmie coś, co wydarza się poza nim, nad czym nikt nie ma kontroli. Ani producenci, ani umowy, jakie trzeba było podpisać z głównymi, żyjącymi bohaterami tego filmu, ani spece od PR, gdyby tacy byli. Każdy kto będzie chciał wiedzieć więcej o tej historii, niesiony jej optymistyczną i niezwykle sugestywną opowieścią o tym, jak można wbrew wszystkiemu wygrać/osiągnąć niebywały sukces, w każdej chwili może wpisać w przeglądarkę hasło – Richard Williams. No i wtedy będzie musiał przyznać, że autorzy filmu zgrabnie dobrali ramy czasowe tej historii, ale jednocześnie otworzyli przed nami coś na kształt testamentu, z którego będzie wynikać, że może i odziedziczyliśmy miliardy, ale jednocześnie trzeba je spłacić wierzycielom. Może nie wszystko, ale na pewno zdecydowaną większość tej sumy.
A pomimo tego, kiedy zbierzemy wszystkie informacje na temat głównego bohatera, którego gra Will Smith (mówi się, że to oscarowa rola, a przynajmniej mierzona w najważniejszą nagrodę amerykańskiej kinematografii), wyłonić się może (nie mówię, że musi) obraz człowieka, który nie da nam spokoju. Obraz to niezwykle współczesny. Nie tyle pyta nas o samego King Richarda, o to, co myślimy, jak go oceniamy, jakbyśmy postąpili na jego miejscu itp. Jego historia się wydarzyła, to się stało, jego marzenia o wielkiej karierze dwóch córek Venus i Sereny się dokonały/ziściły – co do tego nie ma wątpliwości, bez względu na to, jak bardzo to niejednoznaczna postać – czuła, irytująca, wizjonerska i wątpliwa.
Film pyta nas, widzów – i co teraz? Jak sobie z tym poradzimy? A szczególnie zadaje to pytanie, kiedy w jednej z kluczowych scen, decydujących o dalszej fabule, widz dowiaduje się ni z tego, ni z owego o sprawach, które mogą budzić spore wątpliwości, co do postaci głównego bohatera. Tym bardziej, kiedy zdajemy sobie sprawę, że historia oglądana na małym lub dużym ekranie, wydarzyła się naprawdę. ,,King Richard” jest tak pomyślany, że w jednej ze scen, kiedy tytułowy bohater trafia na zdecydowany i szczery sprzeciw swojej żony, mamy wrażenie, a właściwie przekonanie, graniczące z pewnością, że to, co oglądamy, drogę, jaką siedmioosobowa rodzina pokonała do tej pory, ma tak kruchą konstrukcję, że w każdej chwili może ona runąć.
I w tym upatruję geniusz tego filmu. To znaczy, że odczarowuje on amerykański sen, mówiąc – jest coś więcej ponad to, o czym opowiadamy i możecie to sprawdzić, bo zostawiliśmy ślady, które prowadzą do nieco innej historii. Ta, którą opowiadamy, jest niemalże prawdziwa, ale ta, którą przemilczamy, ma podobny ciężar gatunkowy. I dopiero one obie, te historie, opowiedziane i przemilczane, pozwolą cały ten film smakować i omijać jednocześnie jego. wątpliwą chwilami, dyskrecję.
____________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn