___________________________________________
Wychodzę z założenia, że ,,Psie pazury” to film niemal doskonały i kompletny. Między innymi dlatego, że prawdziwa opowieść pulsuje w tym dziele poza dekoracjami, które kunsztownie ustawia Jane Campion i poza powierzchownością wszystkich postaci, które pojawiają się na ekranie. Można zajrzeć pod podszewkę tego filmu, można też kategorycznie odrzucić ten zabieg. Ten pierwszy gest sprawi, że wracając myślami do ostatniego filmu Campion, za każdym razem znajdziemy nowe ścieżki, którymi nowozelandzka reżyserka będzie nas prowadzić, trzymając wysoko pochodnię, tak, żebyśmy nie stracili niczego ze smaków i kolorów, których na pierwszy rzut oka nie widać. Ten drugi gest może spowodować, że wzruszymy ramionami i pójdziemy dalej. Jeden i drugi jest uprawniony.
Dla mnie samego od pierwszego seansu, jednym z kluczy do otwarcia drzwi z tabliczką ,,Psie pazury” jest ,,Fortepian” tej samej reżyserki. Nie tłumaczy on wszystkiego broń boże, ale rzuca światło na pewne wątki, które bez filmu z 1993 roku, można pominąć i w rezultacie niekoniecznie dostrzec. Jane Campion wszystkimi swoimi filmami udowadniała, że w centrum jej zainteresowania jest kobieta w świecie zaplanowanym i konsekwentnie budowanym przez mężczyzn. W ,,Psich pazurach” mamy Rose, graną przez Kirsten Dunst, wdowę po lekarzu i pijaku, który popełnił samobójstwo. Wydaje się i zwracają na to uwagę krytycy filmowi, że tym razem kobieca rola w tym filmie nieco odbiega od tego, do czego zdążyła nas przyzwyczaić Jane Campion. Zupełnie się z tym nie zgadzam, ale żeby o tym opowiedzieć, muszę najpierw zestawić Annę z ,,Fortepianu” i Rose. Konieczne też będzie spojrzenie na główne postacie ,,Psich pazurów” z perspektywy wdowy po lekarzu. Nie zawsze będą oni dobrze się prezentować, ale bez tego zabiegu, trudniej będzie pojąć, jaką rolę pełni w tym filmie kobieta. Zatem jej mąż, George i jego brat Phil będą się tutaj prawie, że smażyć w piekle. Aczkolwiek – i w tym upatruję między innymi siłę tego filmu – nie są to jedyne, możliwe obrazy tych dwóch mężczyzn. Jest ich zdecydowanie więcej w ,,Psich pazurach” w zależności od tego, który z bohaterów na nich patrzy i jak budowane są między nimi relacje.
Anna (,,Fortepian”) i Rose (,,The Power of The Dog”)
Obie miały mężów, obie też miały dzieci z pierwszego małżeństwa. Anna – córkę Florę, Rose – syna Petera, dużo starszego od Flory. Obie grają na fortepianie, ale nie sposób porównywać tych umiejętności. Anna jest wirtuozką, gra tak, że jej muzyka wywołuje emocje, trudno być na to obojętnym, nawet jeżeli jedna z kobiet po wysłuchaniu jej gry stwierdzi, że ta muzyka jest dziwna/obca/niezrozumiała, jak i sama Anna, która niewątpliwie gra wbrew lokalnym przyzwyczajeniom. Zamiast prosto i szczerze – jak mówi w ,,Fortepianie” jedna z kobiet, muzyka Anny przenika człowieka, a zdaniem filmowej recenzentki, to nie jest miłe uczucie.
Rose również gra na fortepianie, ale daleko jej do umiejętności Anny. Owszem, czyta z nut i potrafi je zagrać, a przynajmniej do pewnego momentu. Jednak dźwięki, które do nas docierają z ekranu podczas prób i – powiedzmy – domowej premiery w związku z wizytą gubernatora i jego żony, są wyraźnie dźwiękami, wychodzącym spod palców kogoś, kto się dopiero uczy. Można by powiedzieć, że na tym etapie, kiedy poznajemy Rose, mogłaby zagrać coś prostego i szczerego, ale jak widać w ,,The Power of The Dog” – nawet to sprawia jej ogromne trudności.
Wszyscy dźwigamy fortepian
Myślę jednak, że te podobieństwa nie są przypadkowe. Ten sporych rozmiarów instrument w obu filmach ma istotne znaczenie. Jeżeli w ,,Fortepianie” jego rola jest bezsporna i na tysiące sposobów omówiona, to w ,,The Power of The Dog” ma się wrażenie, że poczciwy i zawsze z sercem na dłoni George Burbank (w tej roli Jesse Plemons), mąż Rose, dowiedziawszy się, że gdzieś u wybrzeży Nowej Zelandii, zatonął fortepian, którego Anna z ,,Fortepianu” kazała wyrzucić do oceanu, postanowił go stamtąd wyłowić dla swojej żony, Rose (i gubernatora rzecz jasna, bo gubernator lubi melodie, dobywające się z tego instrumentu). Kiedy w pewnym momencie kamera pokazuje, ubłocone buty pracowników rancza, dźwigających fortepian w kałuży błota, można odnieść wrażenie, że jesteśmy w XIX-wiecznej Nowej Zelandii, przez chwilę tracąc orientację dla kogo ten ciężki przedmiot jest przeznaczony. Kto będzie z niego korzystał – Ada, czy Rose?
A nawet – tak na marginesie – można by się pokusić i wyciągnąć z tej sceny, nawiązującej do filmu Campion z 1993 roku, krótką historię usankcjonowanego wyzysku. Od kolonializmu (w ,,Fortepianie” dźwigają instrument rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, w ,,The Power of The Dog” – pracownicy rancza, kowboje) do dojrzewającego jak ser, kapitalizmu, w którym rdzenni mieszkańcy zastąpieni są nową siłą pracującą, a wybiegając przyszłość, widzimy tam właściwie siebie, przyszłych pracowników korporacji, firm transportowych, urzędników itp. Wszyscy, zdaje się mówić Campion, zaprzęgnięci zostaliśmy do pracy na rzecz jedynego i dobrze się sprawdzającego, przynoszącego dochody, męskiego świata wyzysku. Wszyscy dźwigamy fortepian.
Wracając do wątku – kiedy patrzy się na George’a ma się pewność, że zawsze i w każdej sytuacji będzie to poczciwy i szlachetny mężczyzna o gołębim sercu. Nawet jeżeli u jego boku, jego ukochana żona, dzięki której ponoć przestał być w końcu samotnym człowiekiem, właśnie wpadła w pułapkę, która prawdopodobnie zakończy się padaczką alkoholową i nieodwracalnymi zmianami wątrobowymi, a na końcu – w szybkim tempie – udarem mózgu. Niemniej, cokolwiek by się dookoła nie działo, George będzie człowiekiem może niezbyt bystrym, ale za to ciepłym, miłym, kochającym i empatycznym. Bez nuty ironii. Któż by nie chciał George’a za męża, partnera i przyjaciela? Można się przy nim tak słodko wykrwawić i zejść z tego świata, patrząc w jego gołębie oczy. Anioł, nie człowiek.
Zmiana akcentów – moc biografii
Dlatego Jane Campion w ,,The Power of The Dog” w odróżnieniu od ,,Fortepianu”, który, jak widać można w niektórych partiach filmu traktować jako punkt odniesienia, zmienia akcenty. Żeby je zrozumieć, warto zwrócić uwagę na jej dotychczasowy dorobek filmowy i jej osobiste doświadczenie, o którym często wspomina w wywiadach. Reżyserka jest pierwszą kobietą, która zdobyła Złotą Palmę w Cannes, ale trzeba wiedzieć, że zbiegło się to z jej osobistą tragedią. Kiedy przyjechała w maju 1993 roku na festiwal, była w końcowej fazie ciąży. Wzięła udział w premierze swojego filmu, udzieliła trochę wywiadów, ale jej stan się pogarszał i musiała wrócić do Sydney. Tam dowiedziała się, że zdobyła główną nagrodę. Chwilę później urodziła syna Jaspera, który zmarł po 11 dniach. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że pierwsza kobieta ze Złotą Palmą, straciła tego dnia wszystko, co do tej pory miało dla niej znaczenie. I jak jeszcze mówiła do niedawna, blizny po tym tragicznym doświadczeniu nosi w sobie do dzisiaj, a śmierć syna raz na zawsze zmieniła jej życie.
Echa tego doświadczenia znajdziemy w jej twórczości. A chyba najpełniejszą jej formę w serialu ,,Tajemnice Laketop”, gdzie poznajemy detektyw Robin Griffin (w tej roli Elisabeth Moss), która nosi w sobie podwójną traumę. Zbiorowy gwałt w 16 roku życia, w wyniku którego zachodzi w ciążę (nie ma mowy o aborcji, jak dowiadujemy się w jednym z odcinków, bo filmowa matka nastoletniej Robin jest katoliczką), a dwa dni po urodzeniu córki, dziecko zostaje oddane do adopcji. Kiedy więc poznajemy detektywkę Griffin, wiemy, że nigdy więcej nie widziała swojego dziecka, a demony z przeszłości w postaci mężczyzn, których nie spotkała za to żadna kara, unoszą się nad jej życiem jak sępy. Ale Campion, mówiąc za Olgą Tokarczuk, jest czułą orędowniczką kobiet. I detektywka Robin w 2 sezonie spotyka po 17 latach swoją córkę, którą – uwaga – gra Alice Englert, córka Jane Campion (Alice urodziła się w 1994 roku, rok po śmierci syna reżyserki). Jest to tak niezwykle symboliczny gest, intymny, osobisty i niezwykle wzruszający. Miałbym ochotę postawić tezę, że światowe kino nigdzie nie jest w tej materii tak czułe, empatyczne, przyjacielskie i miłosne, a jednocześnie odważne, jak w filmach Jane Campion. W tych obrazach, które widziałem (Fortepian, Święty Dym, Tatuaż, serial Tajemnice Laketop, sezon 1 i 2 oraz The Power of The Dog, chociaż tutaj nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka) kobiecy świat działa na swoich prawach obok męskiego. Są to narracje, opowieści (kobieca i męska), które często się zderzają, uwierają, walczą ze sobą, ale w filmach nowozelandzkiej reżyserki nigdy, ale to nigdy kobieta nie rezygnuje z siebie, swojej wrażliwości, seksualności, swoich planów i decyzji na rzecz męskiego świata. I co ważne – jej bohaterki są wierne kobiecej konstytucji, nie przyjmują męskich wzorów, nawet wtedy, kiedy zdobyły już przewagę nad mężczyzną i mogłyby ostatecznie ród męski sprofanować i upokorzyć. Czego rewelacyjnym przykładem są ostatnie minuty ,,Świętego dymu” z 1999 roku i gest Ruth, zagranej przez Kate Winslet wobec PJ Watersa (w tej roli Harvey Keitel). Och, co to za scena tak na marginesie.
Córki i synowie, czyli potomstwo
W ,,Fortepianie” córka Anny jest jej głosem, jednym z wielu – obok tytułowego fortepianu, notatnika, na którym zapisuje krótkie informacje, obok języka migowego, którego zresztą nikt nie rozumie poza Florą. Flora jednak w filmie Jane Campion z 1993 roku nie zawsze współgra z Anną. Nie zawsze jest jej orędowniczką, czasami zdarza się, że jest jej antagonistką, co zresztą krytyka feministyczna wyrzucała Campion, pisząc, że w jej filmie kobieta zdradza kobietę, co nie jest zbyt dobrym wzorcem w świecie zdominowanym przez mężczyzn.
W ,,The Power of The Dog” krytyka filmowa podejmuje wątek Rose, twierdząc, że nie jest to bohaterka znana z filmów Jane Campion. To kobieta od pewnego momentu kompletnie zagubiona, zdominowana, uciekająca przed werbalną agresją i cynizmem Phila, głównego bohatera filmu. Do tego stopnia Rose jest zdominowana, przestraszona i stłamszona, że ostatecznie wpędza się w autodestrukcyjną spiralę, która wręcz eliminuje ją z życia rodzinnego. Campion – piszą krytycy – tym razem porzuca świat widziany i konstruowany przez kobietę na rzecz męskiego świata. Otóż jest to obserwacja naznaczona poważnym błędem. Film – nie będzie to żadnym spoilerem – zaczyna się od słów, które słyszymy z offu. Wypowiada je syn Rose, Peter, który mówi: ,,Po śmierci ojca, pragnąłem tylko szczęścia matki. Bo kim bym był, gdybym nie pomógł własnej matce”. Świat, w którym znalazła się Rose, rozdzierany jest przez pozornie dwa przeciwstawne męskie bieguny. Z jednej strony George, mężczyzna o gołębim sercu, przy boku którego można sobie podciąć żyły. Z drugiej zaś Phil (świetna rola Benedicta Cumberbatcha), brat Georga, którego arogancja, cynizm i błyskotliwość umysłu (skończył filologię klasyczną na Yale) mogą jedynie pomóc przy zakładaniu sobie pętli na szyję.
Dość tego wyzysku
Jednym słowem Rose nie ma sprzymierzeńców, nawet, jeżeli pozornie jej mąż George jest typem człowieka, o którym z pełną odpowiedzialności można powiedzieć, że to postać, którą można śmiało przyłożyć do rany.
Rose jest, krótko mówiąc, rzucona psom na pożarcie, gdyby nie jeden, ważny szczegół. Otóż Jane Campion przeciwstawia tej męskiej i dumnej budowli – siłę macierzyństwa. Jeżeli dostrzega się w ,,The Power of The Dog” antywestern, to Jane Campion właśnie na oczach wszystkich kastruje ten gatunek, mówiąc – zabieram wam potomstwo. Nie ma w tym męskim gatunku ani grama wartości, którą można by nieść następnym pokoleniom. Peter, syn Rose, wchodzi w ten świat i go od środka dekonstruuje, stając po stronie zupełnie innych wartości. Podobny gest wykonuje na poziomie fabuły, będąc naturalnym, bo wynikającym z więzów krwi, przedłużeniem mniej lub bardziej uświadomionej woli Rose, jej podświadomością, jej ,,białymi” rękawiczkami. Niemal wszyscy bohaterowie ,,The Power of The Dog” tkwią nieco w chocholim tańcu, sennym marzeniu, w mocy psa, które to czynniki powodują ich realną niemoc. Wszyscy poza Peterem, synem Rose. Ich biografie, życie, historia są na wyczerpaniu, wszystkich to dotyka bez wyjątku, poza Rose, która ma przy sobie syna, Petera.
Kobieca moc macierzyństwa tym samym triumfuje, przypominając jednocześnie matkom/kobietom, aby nie rezygnowały z tej siły na rzecz męskich ambicji, które chętnie macierzyńską moc kobiety, wykorzystują do budowania swojej męskiej, wrogiej, zantagonizowanej wizji świata. Nie – mówi Jane Campion – dość tego wyzysku. Macierzyńska moc kobiety niech służy lepszej sprawie.
Foto wykorzystane w grafice: screeny z filmu – od lewej Kirsten Dunst w roli Rose w ,,The Power of The Dog”, z prawej Holly Hunter w roli Ady w ,,Fortepianie”
____________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn