Tak zwane święto konstytucji i cała otoczka wokół tego kojarzy mi się ze wspominaniem wielopiętrowej kamienicy, w której od pokoleń była bieda, przemoc fizyczna, seksualna i każda inna możliwa do wyobrażenia. Zdecydowana mniejszość w tej kamienicy nie pracowała, a pozostali, łącznie z dziećmi harowali na to, by kilku panów z wąsem mogli wygrzewać się na zielonej, pięknej, polskiej łące, pełnej kwiatów, pszczół je zapylających i bocianów, które przelatywały nad głowami domowników. I pewnego dnia największe nieroby w tej kamienicy, znani przemocowcy, mobbingowcy, ludzie niewykształceni i wyjątkowy odrażający skrzyknęli się ze swoimi ziomalami, bo zauważyli, że dzieją się takie rzeczy dookoła, że mogą w każdej chwili stracić to, co posiadali. I żeby przekonać tych, którzy zacierali ręce, licząc, że resztki tej wielopiętrowej kamienicy przejmą, a właściwie ziemię, na której kamienica ta stała, bo sama kamienica do niczego się już nie nadawała, jak również próbując przekonać tych, którzy się temu przyglądali z daleka, zaczęli przez kilka lat ze swoimi ziomkami spisywać coś, czego za bardzo nie rozumieli, ale wydawało im się to niezwykle potrzebne, nowoczesne i przekonujące. No coś takiego, że przemoc fizyczna, seksualna oraz każda inna możliwa do wyobrażenia jest chyba, ale chyba, prawdopodobnie nie w punkt.
Owszem, autorytety wszystkie im znane, ludzie kościoła, królowie, no i oni, tzw. szlachta (a wiadomo do dzisiaj, że szlachta nie pracuje), nie mieli do tej pory żadnych wątpliwości, że przemoc w każdym wymiarze wobec słabszych jest właściwa, ale teraz, w związku z tym, że ich kamienice czekała niepewna przyszłość, gotowi byli na piśmie poddać nieco w wątpliwość swój dotychczasowy sens życia. Niestety najbliższe otoczenie puknęło się palcem w głowę, widząc, że przemocowcy, mobbingowcy, ludzie niewykształceni i wyjątkowo odrażający zamiast wziąć się do pracy, debatują nad pismem, którego i tak nie rozumieją, więc im odebrali i to co jeszcze posiadali. I tak rozumiem mniej więcej to, co rok w rok jest świętowane w tym kraju. Owszem, myślę, że większość, zdecydowana większość ludzi ma to w pompie, niemniej jakaś garstka osób ma z tego jakąś dziką radość, że można znowu coś świętować. Można znowu machać przed kamerami flagą biało-czerwoną, można Polskę przez wszystkie możliwe deklinacje odmieniać, uśmiechając się przy tym i klaszcząc w dłonie.
Tak, wiem, to pismo, nad którym trzeba było debatować kilka dobrych lat, kiedy w tym czasie większość polskiego społeczeństwa harowała na debatujących panów, więc to pismo, zwane konstytucją było wielkim osiągnięciem na miarę Europy, a nawet świata. Mnie się to kojarzy z taką chrześcijańską, a właściwie katolicką narracją. Że człowiek, któremu przed śmiercią całe życie przelatuje przed oczami, jest gotów wyznać całe swoje przeklęte nic nie robienie, wyznać na głos całą swoją upadłość i zgniliznę i dopiero umrzeć. I wtedy być może wszystko zostanie mu darowane. I być może wielkie bóstwa chrześcijańskie, a właściwie katolickie oraz ich pomniejsi, rytualni pomocnicy, przyjmą ich na swoje boskie łono. I znowu będą mogli się wylegiwać na zielonej, pięknej, łące (nie będzie ona już polska, ale boska), pełnej kwiatów, pszczół je zapylających i bocianów, przelatujących nad głowami. I znowu będzie, jak dawniej.
I tak mniej więcej rzecz wygląda z tym, co ponoć jest tak chętnie i uroczyście świętowane 3 maja. Innymi słowy mówi się: patrzcie, nasi przodkowie doprowadzili ten kraj do ruiny, jak mówił kilka lat temu minister Sienkiewicz o tym samym kraju, tylko dwieście lat później, że mieliśmy do czynienia z czymś na kształt ,,ch.j, dupa i kamieni kupa”, ale w przedśmiertnych drgawkach ci nasi wielcy przodkowie zrobili coś wyjątkowego, zatem trzeba to świętować, bo to wielka rzecz, a my, Polacy, kiedy w przede dniu śmierci robimy coś wielkiego, to klękajcie narody (europejskie i pozostałe).
Mam też taki problem ze świętami narodowymi, że zawsze myślę o nich w jednoznaczny sposób. Że sankcjonują one współczesny porządek polityczny. Ten, który obecnie dominuje w kraju i w poszczególnych samorządach. Że nie chodzi tutaj o uniwersalne treści, ale doraźne, produkowane przez panującą na każdym poziomie klasę polityczną. A historia (bo rzadko jest to obiektywna dyscyplina nauki, patrz pisma: F. Nietzsche, M. Foucault, J.C. Scott, czy na polskim rynku – A. Leszczyński, M. Pobłocki) potrzebna jest jedynie do tego, by legalizować doczesny porządek i jego wątpliwe osiągnięcia. W każdym razie ilekroć tego typu uroczystości (świeckie lub religijne) zaczynają swoje harce, mam nieodparte wrażenie, jakby ktoś mnie przekonywał, że chłopak i dziewczyna to prawdziwa, polska rodzina (taki przykład to jest narodowej opowieści o rodzinie)*, a z drugiej strony, że lokalny demontaż samorządu oraz zabiegi PR, to jedyne, czego pożądają lokalne społeczności. I kiedy trwa w najlepsze ten święty taniec, w którym zlewa się konstytucja 3 maja ze współczesną doraźną polityką na poziomie ogólnopolskim i lokalnym, warto to mieć na uwadze. O nic innego nie chodzi w całym tym świętowaniu. Nie świętuje się tego, co było, ale to, co jest, a to, z czym mamy dzisiaj do czynienia, pod pozorem narodowych świąt, utrwala się jako niekwestionowany absolut.
* Polecam pod tym kątem dokumentalny film Pawła Łozińskiego ,,Film balkonowy” i wypowiedzi dwóch narodowych patriotów, a na ich tle – szczególnie – krótkie wspomnienie starszego pana, który w filmie jest w żałobie po swoim partnerze, z którym żył kilkadziesiąt lat, z którym przez ten cały czas mieszkał, ale o którym musiał mówić, że jest jego bratem, gdy ktoś wścibski pytał o jego męża/partnera.
Foto wykorzystane w grafice: Yogendra Singh z Pexels
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn