Czcij lub nie czcij swoich rodziców, czyli słów kilka o ,,Informacji zwrotnej” Jakuba Żulczyka

A, bo przeczytałem ,,Informację zwrotną” Jakuba Żulczyka. Książkę taką, wydaną w ubiegłym roku, kiedy to wszyscy mieli nazwisko pisarza na ustach, bo prokuratura pisarzem się zajęła, gdyż, co by nie mówić, właśnie w takim kraju żyjemy. W sensie, że nie tylko wydawnictwa, czytelnicy, ale również urzędy państwowe, które stoją na straży praworządności, pisarzami się interesują. Ostatecznie sąd stwierdził, że winy żadnej u pisarza Żulczyka nie znalazł i dzięki temu pisarz do dzisiaj chodzi, jak zdecydowana większość obywateli, tam gdzie chce, swobodnie i z podniesioną głową, jednakże dzieje się to wszystko w kraju niezbyt przychylnym, trudnym do życia i chwilami nawet nikomu niepotrzebnym.

Trzeba też wiedzieć, że podcasty pisarz nawet nagrywa, jeden z moich ulubionych zresztą, z jednym z cenionych przez mnie pisarzy, czyli Juliuszem Strachotą o wdzięcznej nazwie ,,Co ćpać po odwyku”. Świetny, żeby nie powiedzieć potrzebny. W sensie – podcast.

Kiedyś i owszem

Powiem też, że nie przepadam za powieściami. Kiedyś i owszem. Teraz, jakby mniej. Są to sprawy, których nie da się wyjaśnić w jednym lub dwóch akapitach. Może nawet jest to niemożliwe. Prędzej, myślę, trzeba tego doświadczyć. Nawet teraz, kiedy się rozglądam po pomieszczeniu, w którym stukam w klawiaturę i sprawdzam, jakie książki mnie otaczają, to nie ma wśród nich powieści. Nie ma prozy. Skończyła się. To znaczy przesadzam trochę, bo widzę, że pod Tadeuszem Kowalikiem, ukryły się dwie, no tak, powieści Zachara Prilepina, rosyjskiego pisarza, który wraz z napaścią Rosji na Ukrainę, został wpisany na czarną listę, bo należy niestety do pożytecznych idiotów Putina. Teraz sobie przypomniałem, że tego Prilepina tutaj przywlokłem, żeby upewnić się w sprawach, które mi wtedy chodziły po głowie, na początku tej zbrodniczej napaści na Ukrainę, bo – jakby nie było – nie znam lepszego, współczesnego rosyjskiego pisarza. Ale to też na osobną historię, więc wróćmy do Jakuba Żulczyka.

Zatem ,,Informacja zwrotna” jest najogólniej rzecz ujmując o życiu. Tak, jak każda proza tego pisarza i większości autorów, którzy mają ten przywilej lub przekleństwo, że coś piszą, a potem można to kupić w księgarni lub przez Internet. Jak się chce oczywiście, jak się ma taką potrzebę, oszczędności jakieś. Bo przymusu nie ma. Ewentualnie w bibliotece, tylko trzeba sobie kartę biblioteczną wyrobić, bo na piękne oczy nikt książek nie wypożycza, skończyło się.

Klękajcie narody, rozpadajcie się związki partnerskie

Więc jest o życiu nowa powieść Żulczyka, a dokładnie o życiu alkoholika Marcina Kani. Przy czym alkoholizm Marcina Kani, to klękajcie narody, upadajcie szczęśliwe krainy, rozpadajcie się związki partnerskie. Takie to jest picie. I tutaj nie ma żartów. Żeby jednak nie było tak krzywo, to poznajemy Kanię podczas spotkania grupy terapeutycznej. I tworzą ją byli alkoholicy. I dlatego podejrzewamy, że Marcin Kania też ma za sobą zapewne trudny i uciążliwy okres abstynencji. Zatem być może nie jest tak źle, chociaż dobrze też nie jest. No i dowiadujemy się, że zaginął syn Marcina Kani, dorosły już młody człowiek, bardzo zresztą, jak się potem dowiemy, zdolny, informatyk, który swoje wie, jak każdy kto nie boi się wiedzieć czegoś więcej niż tylko to, co teoretycznie musi wiedzieć (nie wiem, czy aby nie przekombinowałem teraz z tym wiedzieć – wiedzieć, raczej tak, prawda?).

W tle mamy jeszcze

I tak się zaczyna ta powieść. W tle mamy jeszcze warszawską aferę reprywatyzacyjną i wszystkie te historie, znane z telewizji, gazet i Internetu. Jeżeli ktoś nie wie o co chodzi, to wszystko znajdzie w sieci. Nie ma co się tutaj rozpisywać na ten temat. Wiedzą o tym lewacy, wiedzą o tym prawacy, no może nie za bardzo kojarzą sprawę liberałowie, znani ze swoich fascynacji ciepłą wodą w kranie, ale to już ich problem. To ich pan bóg, jeżeli wierzą w pana boga, rozliczy, bo ponoć ma takie uprawnienia. Tego akurat nikt wie, czy na pewno on te kompetencje posiada, ale są książki na ten temat, a właściwie jest jedna i tysiące komentarzy w postaci innych opracowań. Tak więc, gdyby ktoś chciał zostać w tych sprawach akurat specjalistą, to droga wolna. Jest co czytać. Nikt nie broni.

Wracając do powieści Jakuba Żulczyka, jak każdy zapewne się domyśla, jest to historia o mężczyźnie, mniej o kobietach, ma swoje zwroty akcji, swoje flashbacki, nieoczywistości, językowe tyrady, skróty myślowe, no jednym słowem jest tak napisana, że nikt nie powinien narzekać, kto lubi tzw. męską prozę, w której mężczyźni dużo gadają i rządzą całym światem, przynajmniej tak im się wydaje. Nie jest ani zbyt wymagająca, ani trudna, niezrozumiała lub cokolwiek z tych rzeczy – jest napisana tak, by nikt z jej lekturą nie miał większego kłopotu. Jak ktoś lubi być zaskakiwany, to będzie zaskakiwany i to do samego końca, do ostatniej strony. Nie żartuję.

Gdyby coś nie kliknęło

Nie mogę jednak powiedzieć, że to wszystko. W sensie, że tyle mam do powiedzenia, bo bym skłamał. Nie pisałbym pewnie, że przeczytałem nową powieść Żulczyka, gdyby coś mi nie kliknęło, a przyznać muszę, że kliknęło. Dokładnie dwa razy to się stało. Przy czym o jednym kliknięciu nie mogę napisać, bo zdradziłbym jeden z ważnych wątków, a nie chcę tutaj robić gnoju nikomu, kto nie lubi spoilerów. Więc o tym kliknięciu niestety ani słowa, a proszę mi wierzyć, wystarczyłoby ten wątek podjąć, jakkolwiek i szast-prast, mleko rozlane, czy jak to się mówi. W sensie – po robocie, stałoby się, tajemnica zostałaby już domyślona przez bystrego czytelnika tego lub owego.

Czcij lub nie czcij ojca swego i matkę swoją

Więc o tym drugim kliknięciu będzie, aczkolwiek nie w tym rzecz, które z nich jest ważniejsze. Oba są nie byle jakie, jakby ktoś chciał wiedzieć. Otóż Żulczyk w tej powieści rzuca na siebie, albo przeciwko sobie dwa pokolenia. Takich typowych dziadersów/boomerów, do których niewątpliwie należy główna postać tej książki, czyli Marcin Kania, naprzeciwko których stoi pokolenie ich dzieci, takich zdaje się młodych kobiet i mężczyzna przed trzydziestką.  Oni może nie są znowu tak inni, jakby chciało się mysleć, w sensie, to młodsze pokolenie, bo są rzuceni w ten sam zgniły świat, więc muszą sobie jakoś w nim radzić, raz lepiej, raz gorzej, ale to, co ich wyróżnia, to – jakby to powiedzieć – są bezlitośni wobec swoich ojców, matek, jednym słowem wobec starszego pokolenia, wobec dziaderstwa i boomerstwa. Tego, które im mówiło, co jest, a co nie jest ważne w życiu, a może bardziej tego, które tak, a nie inaczej umeblowało świat, podtrzymując jego zgniłość i smród niemal na każdym kroku. Więc oni, to młodsze pokolenie, wobec swoich ojców i matek są barbarzyńscy, ale w tym znaczeniu, jak je opisuje James C. Scott, wybitny amerykański antropolog w książce ,,Jak udomowiono człowieka. U początków historii pierwszych państw”. Widać to szczególnie w języku, którego używają, nie ma dla nich świętości. To nie są czasy, bo chyba moje pokolenie jeszcze to miało wpojone, takie bezkrytyczne myślenie o swoich rodzicach, dziadkach i wujkach na imieninach. Nie czytam za dużo współczesnej prozy, czytam inne rzeczy, więc nie wiem, nie mam porównania i nie kojarzę, czy tego typu obrazów jest więcej w polskiej literaturze, czy mniej. Jedno wiem na pewno, że jest to naprawdę przekonująco zilustrowane. I dla kogoś takiego, jak ja, wychowanego w bogoojczyźnianym, bezkrytycznym myśleniu o swoich przodkach, może to się wydawać wręcz rewolucyjne. Ale to nie jest rewolucyjne, a jedynie ewolucyjne i przynajmniej w tym sensie, dobrze o nas świadczy.

Zapewne też nie przypadkiem na okładce ,,Informacji zwrotnej” wykorzystano grafikę Wiesława Rosochy ,,Czcij ojca swego i matkę swoją”.  Czcij lub nie czcij, chciałoby się powiedzieć po lekturze nowej powieści Żulczyka.

___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________

Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn

Dodaj komentarz