Słodkawy zapach haszyszu. Słów kilka o spektaklu ,,Dłonie”

Więc było tak, że drzewa stały, ptaki świergotały, a helikoptery z komarami lądowały na mojej głowie średnio co pół minuty. Prawie, że nad wszystkimi unosił się słodkawy zapach haszyszu, aczkolwiek ja miałem w plecaku zwykły tytoń i wino, kupione w biedrze. Reżyser, znany i podziwiany w pewnych kręgach, maestro Dolaciński, ujawnił albo przypomniał zaraz na początku, że Teatr na Wietrze, to ma już siedem lat, co w Zoharze znaczyłoby wolność lub nawet więcej niż wolność. Nie mam pewności. Od samego początku było wiadomo, że nie będzie gadania, marudzenia, bajdurzenia i paplania. Od razu pomyślałem, że to koniec. W sensie, że Teatr Dolacińskiego to ogłosi, właśnie tego dnia, w sobotę, przy Kripplein Christi, że nastąpił kres tego misterium, religijnej pewności, że na początku było słowo. Otóż właśnie, że nie, na początku nie było słowa, brawo, raczej co innego.

Potem oklaski i chwilę później pojawili się aktorzy. Przyszli z różnych stron, od razu było widać, że to jakaś komuna hippisowska lub coś w tym stylu. Bo w ogóle Teatr na Wietrze jest z natury pacyfistyczny. Podczas spektaklu nikt nikogo nie zwalnia, nie wyrzuca za drzwi, nie patrzy spode łba, chyba, że dla potrzeb dramaturgii, nie drze ryja bez sensu, nie udaje kogoś kim nie jest. No takie typowe love and peace. Aż chciałoby się do nich przyłączyć, zasypiać z nimi pod gołym niebem, wybierać jedzenie ze śmietników i tego typu rzeczy. No i aktorzy, wszyscy, bez wyjątku, przylgnęli od razu do starych cegieł, unosząc ręce/dłonie w górę, w XXI wieku, w świecie, gdzie kiedyś taki gest kojarzył się jednoznacznie, a dzisiaj na szczęście ma zdecydowanie więcej znaczeń. Za tymi cegłami i kamieniami kryła się w tym samym czasie doskonała akustyka (tak mówił maestro przed i że mu się ona marzy).

Musiałem w międzyczasie zmienić pozycję, bo najpierw stałem w jednym miejscu, przyglądając się aktorom Teatru na Wietrze, a potem w drugim, nieopodal pierwszego. Helikoptery komarów za mną (komu krew, komu, bo idę do domu). Świat pod tym względem nie przestaje zadziwiać. Po prostu źle namierzyłem miejsce, przyszedłem pięć minut przed, żeby stanąć w odpowiednim kwadracie, porośniętym trawą, a i tak w trakcie, okazało się, że nie jest to właściwy punkt obserwacyjny. Niech nikt nie myśli, że Teatrowi na Wietrze można przyglądać się na pół gwizdka. Publiczność robiła aktorom zdjęcia.

Zaraz potem pomyślałem, że aktorzy szukają odpowiedzi już nie tam, dokąd wyciągali ręce, być może do nieba, tak tego Nieba, które, jak w filmie pornograficznym z wyłączoną ścieżką dźwiękową, perwersyjnie milczy, ale kierują się ku naturze, ziemi, którą zaczęli obmacywać, porzuciwszy wcześniej mury Kripplein Christi. Ale nie. Szukali odpowiedzi wszędzie. Tylko, że właśnie wszystko było zamknięte, jak we Wschowie po 22. Nawet w którymś momencie mogło się wydawać, że próbują się przedostać do nas, do gapiów, wtedy chyba zmieniłem miejsce (a może wcześniej jednak, trudno teraz to wszystko spamiętać), ale też nie było na to szansy. Robili to na różne sposoby, chociaż najbardziej przemówiła do mnie ekstatyczna chwilami gra młodego aktora Bruna Dębickiego. Kiedy prawie w dionizyjskim szale rzucał się na wszystkie strony. Nawet, muszę przyznać, jakoś mnie to wzruszyło, chociaż trudno mi jednoznacznie powiedzieć dlaczego. Może zobaczyłem w tych nieokiełznanych gestach, chaotycznych, ale niezwykle intensywnych i sugestywnych, jakiś własny stan duszy. I widząc to, jak w lustrze, musiałem pomyśleć, ale o sobie, a weź człowieku, w sensie, ty człowieku niewidoczny, co mieszkasz we mnie i głowę mi zawracasz, stójże, usiądźże, przestańże, wyhamuj. Coś w tym sensie. Dziękuję za to.

Dodaj komentarz