,,Własna rzeczywistość”, czyli dzieje nauczyciela od polskiego w liceum na prowincji lub ideał samorządowca

Witold Gombrowicz był podobnego zdania, co Aleksander Smolar. W ,,Dzienniku 1953-1956” przywołuje swoje rozmowy z przyjacielem i malarzem, Zygmuntem Grocholskim. Pisze o nim, a pośrednio o większości Polaków na emigracji, że ich polskość wobec Paryża była przygnieciona. Od razu ustawiali się w kolejce, żeby zażyć odpowiedniej dawki europejskiej duchowości, zachowując się jakby stali po świeże mięso przed wolnym weekendem, i już nic innego nie potrafili z siebie wydusić, jak tylko tyle, że muszą dogonić Europę. A Gombrowicz mówił do nich, że tak się nie da. Że po pierwsze wychowali się w kraju, gdzie obecność Europy, za którą tak gonią, ujawnia się na innych warunkach niż to ma miejsce na Zachodzie. Po drugie oni sami, Polacy, próbujący dogonić Europę, są innym typem Europejczyka. Gombrowicz twierdził, że specyficznym i odmiennym. I, można wnioskować, nie sposób tego ze sobą ożenić. Że trzeba tutaj szukać innej drogi, nie tak poddańczej, nie tak od razu, jakby to on powiedział, upupionej, nie tak zakompleksionej i nie w tak spektakularny, a przez to ośmieszający się sposób, porzucającej całą swoją specyfikę i odmienność.

Ale Gombrowicz na tym nie poprzestawał. W tym samym miejscu przywołuje jeszcze jedną rozmowę, tym razem z Januszem Eichlerem, przyjacielem i malarzem. Jest to jeden z tych typowych, gombrowiczowskich, ale w szerszej perspektywie, niezwykle uniwersalnych fragmentów, sięgających do miejsc, które on by zapewne nazwał ,,im mądrzej, tym głupiej”, a ja przy zachowaniu odpowiednich proporcji, nazwałbym na potrzeby lokalnej adaptacji – ,,im więcej, tym mniej”. Już to tłumaczę.

Otóż autor ,,Ferdydurke” pytał przyjaciela, czy naprawdę jesteśmy na to skazani, w takim sensie, że Polacy wiecznie będą naśladować Zachód? Na klęczkach w bezmyślnym zachwycie produkować będziecie nieśmiało zachodnie kopie? – Pytał. I mówi wreszcie, cytuję: ,,Przestańcie bać się własnych obrazów, przestańcie wielbić sztukę, potraktujcie ją po polsku, z góry, poddajcie ją sobie, a wówczas wyzwoli się w was oryginalność, otworzą się przed wami nowe drogi i pozyskacie to, co jest najcenniejsze, najpłodniejsze: własną rzeczywistość (W. Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Kraków 1989, s. 44).

Czy da się to przełożyć na lokalny język samorządu? Myślę, że tak, a właściwie jest taka pilna potrzeba wobec tego, co dzieje się we Wschowie od lat i dekad. Z przejmowaniem władzy we Wschowie jest podobnie, jak z pojawieniem się nowego nauczyciela języka polskiego w liceum. Z tą różnicą, że w tym pierwszym przypadku nie chodzi w ogóle o Wschowę, ale o tego, kto tę Wschowę przejął. Nawet jeżeli ma dobre intencje lub jakieś sensowne pomysły, to zawsze jest to realizowane wbrew temu, co Wschowa do tego momentu wypracowała. Bez zrozumienia miasta i jego mieszkańców i całej złożoności jaka z tego wynika. Macha się mieszkańcom przed nosem tym gombrowiczowskim zachodem w postaci przykładów Nowej Soli lub średnio bystrych polityków PO (przykłady można mnożyć) i do pewnego stopnia wymusza się na obserwatorach, by wraz z liderem wszyscy klęknęli przed nowymi bóstwami, bo lider też klęczy przed nimi, bo trzeba ich podziwiać, skoro lider podziwia, ślepo wielbić, skoro lider ślepo wielbi, gonić za nimi, skoro lider za nimi goni itd.

Ale weźmy ten drugi przykład, nauczyciela języka polskiego do którego może nie wprost, ale jednak, nawiązuje Gombrowicz. Wyobraźmy sobie, że nauczyciel ten zaczyna pracę na prowincji, powiedzmy w liceum (będzie mi łatwiej z oczywistych powodów tym przykładem operować, chociaż nigdy w tej roli nie miałem przyjemności). Czego ten nauczyciel nie doświadczył na studiach, to naprawdę czasami można sobie włosy z głowy powyrywać. Zetknął się ze świetnymi profesorami, specjalistami w swoich dziedzinach, słuchał ich wykładów przez pięć lat, brał udział w konferencjach, które mówiły o nowych, rewolucyjnych kierunkach w literaturze, pedagogice itd. Ze znajomymi być może zorganizował spotkanie na uczelni z przyszłą noblistką (znam takiego nauczyciela skądinąd, jest moim sąsiadem). Przeczytał być może całego Arystofanesa, nie mogąc wyjść z podziwu, z jaką swobodą operował on komizmem, groteską i wolnością obyczajową w czasach antycznych, co później kompletnie zniknęło z oficjalnej literatury na co najmniej 1500 lat. Być może w czasie studiów czytał po nocach Foucaulta i teraz, przekraczając progi liceum, wie, że ma jego całą spuściznę teoretyczną w jednym palcu. Być może miał zajęcia z wiedzy o kulturze i z rumieńcami ogląda raz w roku wszystkie działa Piera Paolo Pasoliniego, szczególnie ,,Salo, czyli 120 dni Sodomy”, luźną adaptację z 1975 roku powieści markiza de Sade’a ,,120 dni Sodomy czyli szkoła libertynizmu”. Och, można by powiedzieć, nauczycielu, co przekraczasz progi liceum na prowincji, po co ci to, na co, co z tego będziesz miał?

I idąc dalej tym tropem, czy ten nauczyciel języka polskiego będzie się mądrzył przed dzieciakami znajomością Foucaulta? Będzie zmuszał do oglądania Pasoliniego, kiedy będą omawiać nudnego Kochanowskiego lub jeszcze nudniejszego Reja? No każdy doskonale wie, że nie. Że nie w tym rzecz. Bo to wszystko co widział, czego doświadczył, czego wysłuchał, co go fascynowało, służy do czegoś innego, do stworzenia tej gombrowiczowskiej ,,własnej rzeczywistości”. Czyli znając Arystofanesa, będzie cenił wolność wypowiedzi, a uczniowie będą się czuli na lekcjach swobodnie. Znając Foucaulta będzie rozumiał strukturę władzy i będzie wyczulony na jej przejawy w społeczności uczniów. Znając Pasoliniego będzie rozumiał, że pojęcie granic jest bardzo umowne, dzięki czemu nigdy nie przyjdzie mu do głowy, by kogoś z góry przekreślić lub wykluczyć. I dopiero ta postawa stworzy uniwersalność, co będzie pierwszym krokiem do stworzenia ,,własnej rzeczywistości”. Czy będzie ona spektakularna? Trudno powiedzieć, bo jakby nie o fajerwerki w tym wszystkim chodzi.

O tym właśnie mówił Witold Gombrowicz. Nie chodzi o kopiowanie i gonitwę z wywieszonym językiem. Chodzi o coś zupełnie innego. I to coś innego jest do zrealizowania nie tylko na poziomie sztuki, nie tylko w murach szkoły, ale przede wszystkim na scenie samorządowej. Tak mówi Gombrowicz, nie przesadzam.

Foto wykorzystane w grafice: Mathias Reding z Pexels

___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________

Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn

Dodaj komentarz