Mam problem z tą książką. Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, o co chodzi. Czy Jacek Poniedziałek mnie irytuje, czy może bardziej jestem zniecierpliwiony swoimi reakcjami/myślami/skojarzeniami, które i tak wszystkie razem wzięte w garść, sprowadzają się pewnie do zazdrości. Cholera wie, naprawdę. Bezradny jestem, kiedy o niej myślę. Na ostatniej stronie okładki napisali, że to nie jest książka o chlaniu, ćpaniu i ruchaniu, tylko o czym innym. Mam wątpliwości. Myślę, że jest właśnie o chlaniu, ćpaniu i ruchaniu, zabawie, trochę o terapii, o tym, w jakim kraju żyjemy, nieco o rodzicach aktora, biedzie albo nędzy, o sukcesie zawodowym, o tym, co w Nowym Jorku, a co w Meksyku, lub Paryżu i Warszawie, o takich typowych zagwostkach każdego człowieka pod słońcem, że kiedyś matka to, ojciec kiedyś tamto, że coś można było, że czegoś jednak nie dało się rady, nie sprostało się czemuś, bo jest się tym, kim jest, najczęściej gnojem, na sobie skoncentrowanym, maksymalnie zresztą na sobie i na nikim innym, że się dojrzewa, przez całe życie, nawet w wieku 50 lat i więcej. O wstydzie i o tym, że wstydu nie ma i nie ma będzie, jakby pewnie powiedziała Magdalena Okraska.
Są jednak dwie, może trzy sceny (ale opiszę dwie), które zrobiły na mnie spore wrażenie. Myślę sobie o nich.
Pierwsza związana z Isabelle Huppert (m.in. ,,Pianistka” i ,,Elle”). Poniedziałek wspomina, jak teatr Warlikowskiego (chyba chodziło o Warlikowskiego, bo nie jest to powiedziane wprost) wystawiał coś w Paryżu. Po spektaklu bankiet. Na bankiecie Isabelle Huppert. Była obecna na przedstawieniu, więc na bankiecie również. Poniedziałek podszedł do niej i, jak pisze, zaczął oddawać jej hołdy rozmaite. Że wspaniała, że podziwia jej role, że jest taka i owaka, a Huppert stała, nic nie mówiła, uśmiechała się, jak pisze Poniedziałek, smutno, żaden mięsień jej nie drgnął, żadnego słowa o spektaklu, żadnego dziękuje lub pocałuj mnie w dupę nie wydusiła z siebie. Nic. I Poniedziałek w końcu powiedział, że na chwilę Isabelle opuści, tylko pójdzie po coś do picia. Oczywiście już tam nie wrócił. Dała mi lekcję – napisze o tym spotkaniu polski aktor. Ale nie taką lekcję, kto tutaj rządzi. Tylko lekcję szacunku do samego siebie. Bo Poniedziałek myślał, że jest miły, że tak trzeba, być może w Polsce to się sprawdza, nie wiem, nie znam się, ale widocznie gdzieś tam, w świecie Isabelle Huppert chodzi o coś więcej. Być może o partnerstwo, a nie o hołdy. Tak myślę. I ja, czytając tę książkę, miałem w sobie podobne emocje co do tych Paryżów, Meksyków, wyjazdów, wielkiego świata, Nowego Jorku, tego życia na zupełnie niedostępnym levelu, jakby życie to była jakaś gra, która toczy się tylko na jednym poziomie, pomimo wiedzy o tym, że są poziomy wyższe, na przykład drugi, trzeci, czwarty i piąty, a nie tylko pierwszy, pierwszy, pierwszy i pierwszy.
I druga scena z książki. Rzecz dotyczy Redbada Klynstry. Widziałem ich razem w dwóch przedstawieniach – w ,,Krumie” i ,,Burzy”, pewnie grali częściej ze sobą, na pewno się przez jakiś czas przyjaźnili, w sensie Poniedziałek i Klynstra. Akcja dzieje już w Polsce pod rządami PiS, od dawna wiadomo, że w spolaryzowanym kraju Klynstra stoi po stronie PiS. Redbad któregoś dnia tweetuje: ,,Czy w PL pedofile są częścią LGBT+, czy nie? Kto czuje się kompetentny odpowiedzieć?” Obaj za chwilę mają ponownie (po siedmiu zdaje się latach) zagrać na deskach teatru w ,,Krumie”. Warlikowski pyta Poniedziałka, jak to sobie Redbad wyobraża, że wyjdzie na scenę z pedofilem w teatrze pedofila? Wszystko to się dzieje w czasie, kiedy ,,Gazeta Polska” zaczyna swoją akcję ze strefami wolnymi od LGBT i nalepkami z tą treścią, co kojarzyło się jak najgorzej. A dla osób LGBT+ zaczął się w tym kraju czas mroku. Klynstra się reflektuje, esemesuje do Poniedziałka, tłumaczy, że jakby nie o to przecież chodzi, że nie jest homofobem, ma przyjaciół i takich, i takich, że nie jest za tym, by zaglądać ludziom do łóżka, ale nie jest też za tym, by osoby LGBT+ wychodziły na ulice, obnosząc się ze swoją seksualnością. Nie wiem, jak to się kończy między nimi, bo Jacek Poniedziałek nie serwuje czytelnikowi puenty, tzn. serwuje swoją, ale bez udziału Klynstry.
Niemniej po przeczytaniu książki zajrzałem do wywiadu w telewizji Republika z listopada 2013. Klynstra prowadził tam jakiś program, a zaproszonymi gośćmi byli Ewa Dałkowska (również zwolenniczka PiS – to nie jest zarzut, ale ma to znaczenie dla dalszej części tego tekstu) i Jacek Poniedziałek. Wszyscy z Nowego Teatru Warlikowskiego. Warto tej rozmowy posłuchać. Bo wyraźnie w trakcie tej rozmowy pobrzmiewają echa światopoglądowego sporu, który przez pewien czas jakoś tam grupę Warlikowskiego rozdzierał od środka. Chociaż wiadomo, że teatr Warlikowskiego był i jest lewacki na wszystkie możliwe sposoby. Warto też wiedzieć, że Ewa Dałkowska od katastrofy smoleńskiej nie świętuje swoich urodzin, bo wydarzyło się to właśnie w dniu jej urodzin. W każdym razie ta rozmowa między nimi uzmysłowiła mi, że to, co mamy w Polsce nie jest wynikiem tego, że jedni wierzą w Różowe Słoniki, a drudzy w Czarne Madonny. Tylko na czymś innym. Najprościej byłoby powiedzieć, że nie umiemy ze sobą rozmawiać. To prawda, ale bierze się to stąd, że czasami ten, kto wierzy w Różowe Słoniki ma taką osobowość, że nauczony jest długo gadać, przerywać pozostałym rozmówcom i nie dostrzegać, że obok siedzą osoby, które aż tak silnej osobowości nie mają, a też chciałyby coś powiedzieć, tylko nie mogą, bo nie mają tego czegoś, siły przebicia itp., itd. Zapewne działa to też w drugą stronę. I że rozmowa dzieje się wtedy, kiedy nie liczy się presja osobowości, wieku, doświadczenia, płci, pochodzenia, gadatliwości, słowotoku, urody, stanu portfela i czegokolwiek jeszcze. Rozmowa dzieje się wtedy, kiedy te wszystkie presje wymienione wcześniej, zostają zawieszone na czas rozmowy.
I to wszystko.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn

Dodaj komentarz