Przejrzałem chyba wszystko, co do tej pory napisano na temat Tomasza Lisa i jego roli naczelnego w ,,Newsweeku”. Nie badałem tego, o czym zaraz wtrącę, nie rozmawiałem ze znajomymi, ale mam taką intuicję, że każdy_a z mojego pokolenia (podkreślam – z mojego, a nie z pokolenia klimatycznych aktywistów_ek), kto jako tako, obronną ręką, wydostał_a się ze swojego domu rodzinnego, ten przysłowiowego naczelnego ‘N’ potrafi rozpoznać na odległość, po zapachu, charakterystycznych gestach, tonie głosu, uśmiechu, po tym i po owym. Nie, żeby zaraz nie było, nie mówię, że za sprawą czarów i zmysłów, magii i z zamkniętymi oczami trafia się celnie do tarczy. Nie w tym rzecz.

Pamiętam, że dawno temu, mogłem mieć 11 lub 12/13 lat, moja polonistka ze szkoły podstawowej (chyba najbardziej czuła nauczycielka tego przedmiotu z jaką kiedykolwiek miałem do czynienia na każdym poziomie mojej edukacji), zaproponowała, żebym został po lekcji i na przerwie zapytała mnie: jak to jest? Pytała mnie tak, bo chwilę wcześniej omawialiśmy prace klasowe, a moja pod pewnym względem nie była jednoznaczna. Nie pamiętam dokładnie, jakie były tematy. Zawsze ich było kilka. Jakkolwiek by nie brzmiały, pisałem o ojcu. Wtedy chyba nauczyłem się w ogóle pisać. To znaczy zrozumiałem na czym to polega. Bo wcześniej za nic nie mogłem znaleźć ostrego narzędzia, żeby pozbyć się więzów, które mnie obezwładniały do tego stopnia, że wydawało mi się, że nie da się ich w żaden sposób pozbyć, jakby mnie kto przykuł do żeliwnego kaloryfera i zostawił tam samemu sobie (tę czynność niestety wielokrotnie musiałem powtarzać).  To było dobre pytanie: jak to jest? Ale za nic nie potrafiłem profesorce od polskiego odpowiedzieć. Stałem, albo siedziałem, nie pamiętam, nikogo nie było już w pomieszczeniu poza nami, patrzyłem bezmyślnie w okno, a właściwie nie bezmyślnie, tylko nieprzygotowany, bezsilny, myślałem pewnie, że wystarczy napisać, tak, jak Szymon Jadczak w Wirtualnej Polsce, a sprawa ujrzy światło dzienne. Nie sądziłem, że ktokolwiek będzie mi zadawał pytania, w sumie nie wiem, co myślałem, raczej chyba tyle, na ile pamiętam, że chodzi o szczerość, kiedy się składa spisane litery w słowa, a słowa w zdania. Chyba tylko o to. Oczywiście nie były to czasy Jadczaka, WP i innych szalonych miejsc, które nagłaśniają różne sprawy, ale czy coś z tego miałoby później wyniknąć, to trudno jednoznacznie stwierdzić.

Oczywiście, to był mniej więcej ten sam czas, jak go zdefiniuje – po publikacji Jadczaka w WP – Jacek Żakowski, twierdząc, że „byliśmy twardzi, by bronić swojej niezależności. Rozmawialiśmy twardo, by bronić swoich racji. Z natury zawodu mogliśmy być albo łajdakami, albo buntownikami. Buntownicy nie nosili krawatów i nie mówili „ąę”. Myślę, że mniej więcej wtedy, czyli w czasach, o których z taką emfazą mówił Żakowski na falach tokfm, w roli szósto lub siódmoklasisty nie za bardzo wiedziałem, co mogę odpowiedzieć czułej polonistce na pytanie: jak to jest? Nie za bardzo zdawałem sobie sprawę, co mogę jeszcze zrobić, ponad to, co napisałem w wypracowaniu na zadany temat.

Ten mechanizm (tylko jaki, prawda?) widziałem później w wielu miejscach. Wiele osób mi o nim opowiadało, ale – umówmy się – były to osoby, z którymi byłem w bliskich, przyjacielskich relacjach. Nikt nie chodzi na co dzień po ulicach miast, miasteczek i wsi i nie opowiada o tym, co się dzieje w czterech ścianach tego lub innego pomieszczenia, w tym lub innym budynku. Nie wiem na czym to polega, ale o przemocy/nękaniu psychicznym, zwanym mobbingiem,  najczęściej mówi się ze łzami w oczach (zależy pewnie od osobowości) swoim najbliższym. W następnym dopiero kroku – ewentualnie – na terapii. Dlatego, kiedy WP napisała o mobbingu w ‘N’ nie czułem, że jakiś nieznany wielki, ciężki meteoryt spadł z nieba, tym razem na świat dziennikarstwa. I nie dlatego, że nie mam empatii dla poszkodowanych osób. Przeciwnie. Niemniej smoła znęcania, która rozlewa się nad dzieciakami (czasami w ramach tej samej grupy wiekowej), w rodzinach, nad partnerami, znajomymi, pracownikami, w sieci,  w tej lub innej formie, nie ma znamion potwora z Loch Ness, o którym każdy słyszał, ale prawie nikt nie widział. Gdyby wyszły jakieś papiery, że Jezus Chrystus mobbingował apostołów, pomyślałbym – no a dlaczego  by nie, mam 48 lat i nic mnie już chyba nie jest w stanie zaskoczyć.

Oczywiście powie ktoś, że zbyt dużo wątków w jednym worku i nie wiadomo do czego zmierzam. Tu dzieci, tu dorośli, tu chrześcijański celebryta. Czy chodzi mi o to, że każdej dzielnicy, ba, każdej ulicy, każdemu, większemu budynkowi, w którym schodzą się ludzie, by osiem lub więcej godzin złożyć na kapitalistycznym ołtarzu, by w każdym urzędzie, klubie sportowym, wszędzie tam, gdzie jeden człowiek spotyka drugiego człowieka, powinna im towarzyszyć czuła polonistka, z którą miałem lekcje języka polskiego w szkole podstawowej? Tak, tak myślę. W myśl zasady, gdzie dwóch lub trzech, tam pani profesor między nimi. Z krwi i kości, a nie ktoś wydumany. I nawet jeżeli brzmi to infantylnie, bo niezbyt realistycznie, to zdania nie zmienię. Ale chcę powiedzieć jeszcze coś innego. Na koniec.

Myślę często o tym 12/13-letnim chłopaku sprzed ponad trzech dekad. Chciałbym mu powiedzieć, że coś nam się obu udało, a wiele spraw niekoniecznie. Nadal i łatwiej jest temu starszemu mężczyźnie coś napisać, trudniej powiedzieć. Nic się nie zmieniło. I dobrze to nie wygląda. Po takim czasie coś w tej materii mogłoby się przecież zmienić. Bez czułej polonistki obaj nie zrobimy kroku naprzód. Będziemy tak tkwić jak truskawki, które tak się zawinęły jakoś nieszczęśliwie, że nikt ich nie zerwał w porę. Szkoda by było.

Foto wykorzystane w grafice: Markus Spiske z Pexels

___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________

Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn

Dodaj komentarz