Po seansie ,,Wszystkich naszych strachów” wracam często myślami do jednej z ostatnich scen ,,Bożego ciała” w reżyserii Jana Komasy, w której wykluczona wdowa (w tej roli Barbara Jonek) z małej, wiejskiej społeczności, stoi w przedsionku kościoła. Nie ma odwagi wejść do środka. W jej kierunku odwraca się kościelna, grana przez Aleksandrę Konieczną i daje znak głową, żeby wdowa tak nie stała, jak wyrzut sumienia. I, o dziwo, jej odosobnienie (o czym więcej za chwilę) ulega zmianie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wdowa idzie w kierunku ław kościelnych i siada w jednej z nich. Ilekroć widzę tę scenę przed oczami, myślę, że to jeden z bardziej niewiarygodnych momentów w polskim kinie. I nawet jeżeli przesadzam, bo nie mam takiego przygotowania teoretycznego, ani praktycznego (za mało filmów widziałem), to intuicyjnie odpycham od siebie ten obraz. Nie wierzę w niego. Nie mam zaufania. Nie wierzę w małe, lokalne społeczności. Nie wtedy, kiedy są rozdarte konfliktami. A ten, choć w mojej ocenie słabo umotywowany w ,,Bożym ciele” trwał dobry rok i nikomu nie przeszkadzało w tym czasie, kiedy kobieta/wdowa wyprowadziła się gdzieś na obrzeża, zaszyła się gdzieś na skraju wsi z prochami męża, których nie mogła godnie pochować na cmentarzu parafialnym.
Nie ufam temu gestowi
Gdyby trzeźwo oceniać tę sytuację, to należałoby powiedzieć, że mamy tam do czynienia ze skrajnym, nieludzkim traktowaniem tzw. bliźniego w atmosferze religijnej hucpy. Dlatego nie ufam temu gestowi, temu skinięciu głową kościelnej, które pozornie rozwiewa wątpliwości, unieważnia historię upokorzenia. Ale z drugiej strony mam takie podejrzenie, że to w sumie jest możliwe. Bo rzecz się dzieje w tej samej bańce kulturowej, religijnej, w ramach małej, wiejskiej wspólnoty. Tutaj nikt niczego nie podważa, nie kręci nosem, tutaj każdy nauczył się chodzić na palcach, nie chrząkać od czapy, nie mrużyć oczu, a jeżeli nawet, to przecież zaraz sam siebie ukarze, sam się strolluje, podda autocenzurze. W przeciwnym wypadku może jedynie liczyć, że powtórzy los wdowy. I chociaż jest to filmowa fikcja, to w moim przekonaniu idealnie oddaje atmosferę tzw. małych, polskich ojczyzn.
Struktura i hierarchiczność przemocy
W tej scenie wybrzmiewa jeszcze jedna, nie mniej istotna zasada, która wraca być może ze zdwojoną siłą we ,,Wszystkich naszych strachach” Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta. I jest nią struktura oraz hierarchiczność przemocy, wyrażanych tak, jakby dowolna, inna stylistyka była już niemożliwa. Wydaje się też, że pobrzmiewa ona w obu filmach w sposób niezamierzony. A jest to o tyle istotne, że oba obrazy w ostatnich latach są stawiane jako przykład szukania szczelin i wąskich przesmyków, które pozwalają o sprawach ważnych rozmawiać na nieco innych warunkach, niż to najczęściej wygląda. Jakby na tle ledwo rozpisanych tragedii, uznano, że chillout jest najlepszym projektem, jaki może nam się przytrafić. Poza spolaryzowanymi obozami i faktowymi nagłówkami, maniakalnie kreowanymi i tworzonymi przez popularne skądinąd stronnictwa, których niezmienne powodzenie w sondażach mogłoby zadziwiać, a przecież nie zadziwia. Gdyby dzisiaj żył Witold Gombrowicz, zapewne słowami ministra Pimko (niewątpliwie nauczyciel Pimko awansował od czasów ,,Ferdydurke” w zbiorowej wyobraźni/kaźni na ministra, nie mam tutaj żadnych wątpliwości), pytałby na koncie twitterowym o sporych zasięgach: Dlaczego w kraju wielkich poetów i papieża Polaka mieszka nieśmiertelna wojna i przemoc, które zachwyt wzbudzają?
Przemoc strukturalna, czyli problemy wdowy
Nie ma wątpliwości, że w ,,Bożym ciele” mamy do czynienia z przemocą strukturalną, wymierzoną we wdowę. Okrucieństwo mieszkańców wylewa się z ekranu aż miło. Wdowa jest upokarzana i dyskryminowana przez zakaz pochówku prochów męża. Stoi za tym przemoc psychiczna, niszczenie mienia (wulgarne napisy na elewacji), nękanie itp. Ci, którzy oglądali ten film, zapewne pamiętają te sceny. Robi się to w białych rękawiczkach, a miejscowy ksiądz ma nad tym jakieś swoje czuwanie, twierdząc, że wszystko będzie dobrze, ale trzeba poczekać, aż emocje opadną. Bo trzeba przypomnieć, że w tej wsi doszło do tragicznego wypadku, w którym zginęło siedmioro osób. Dorosły mężczyzna i sześcioro nastolatków, z których część była pod wpływem używek. Lokalna społeczność wydaje wyrok, obwiniając o wszystko mężczyznę, a cała ich niechęć i przemoc skupia się na bogu ducha winnej wdowie.
Dlaczego żona byłego alkoholika
Zastanawia mnie to skądinąd, że autorzy ,,Bożego ciała” wybrali figurę żony byłego alkoholika (z filmu dowiadujemy się, że nie pił od trzech lat). Dlaczego to nie mogła być żona wójta? Albo żona jakiegoś bogatego rolnika? I w sumie dlaczego to musiała być kobieta, a nie mężczyzna? Odpowiedź wydaje się oczywista. Film w ten sposób odtwarza logikę przemocy w ogóle i przede wszystkim w takich małych wspólnotach, w których przez pokolenia odradzają się relacje pańsko-chłopskie. Kogo ma się odwagę zgnoić, jeżeli nie potencjalnie najsłabsze ogniwo? Pan bił chłopa, chłop bił dzieci, a dzieci biły młodszych od siebie lub słabszych. I tak przez pokolenia. Psychologia przemocy w ,,Bożym ciele” działa na zasadzie odwróconej hierarchii. Nie będzie ona wymierzona w rodzinę wójta, gdyby to on brał udział w tragicznym wypadku, na pewno nie w zamożnego rolnika, na pewno nie w kogoś, kto jest dobrze ustawiony, kto ma wpływy, kto sobie lepiej radzi zawodowo, a tym samym i finansowo, być może nawet nie w mężczyznę, bo jeszcze by go poniosło i po prostu dałby sprawcom przemocy po mordzie i skończyłoby się rumakowanie itd., itp.
Nowa religijność, nowa duchowość, stara przemoc
Głośne i urocze westchnienia, które pojawiły się w mediach po premierze filmu, mówiące, że obraz ten nie traktuje polskiej wsi przedmiotowo, że w odróżnieniu od Małgorzaty Szumowskiej, nie powiela stereotypów na temat prowincji, wydają się z dzisiejszej perspektywy powierzchowne i szkodliwe. Szczególnie po lekturze takich książek, jak ,,Chamstwo” Kacpra Pobłockiego, ,,Ludowej historii Polski” Adama Leszczyńskiego, a także korespondujących z nimi nie wprost rzecz jasna ,,Lokalsów. Nieoficjalnej historii pewnego samorządu” Andrzej Andrysiaka. Leszczyński i Pobłocki wykazali, jak bardzo nasza historia jest pisana przemocą, Andrysiak zwrócił uwagę, że jeden z ważniejszych, współczesnych dokumentów, czyli ustawa o samorządzie odtwarza pańszczyźniany folwark z bezgraniczną rolą wójta/burmistrza/prezydenta i że to właśnie prowincja najbardziej na tym wdrukowanym przez wieki systemie przemocy cierpi dzisiaj i cierpiała wczoraj. Film Jana Komasy natomiast miał nam pokazać na tle historii młodego księdza/chłopaka z poprawczaka nową religijność, może nawet nową duchowość, a nawet coś więcej, co dzieje się ponad podziałami nienawidzących się obozów tożsamościowych i politycznych. A jednak de facto ,,Boże ciało” kapituluje wobec festiwalu przemocy. Odtwarza jej fatalne sensy i jedynie, co ma do zaoferowania, to pozorne gesty (pochówek prochów męża, gest kościelnej), ale są to tylko papierowe łódki, puszczane na jeziorze dla zabawy. Logika przemocy fizycznej, psychicznej i symbolicznej w tym wykreowanym świecie, ma się dobrze i świetnie oddaje to końcowa scena z kościelną.
Nie ma wstępu
Bo, kiedy w końcu wdowa po tragicznie zmarłym mężu, idzie wiejskimi ulicami z urną, w skromnej procesji/ceremonii pogrzebowej, kościelna nie bierze w tym udziału. Pozycja kościelnej w wiejskiej i religijnej hierarchii jest nie do podważenia. To kobieta druga po proboszczu w modelu religijnym, a trzecia po wójcie w modelu świeckim. Mogłoby się wydawać, że ten pochówek coś zmienił, odwrócił przekleństwo, zmienił coś w wiejskim powietrzu. Ale to nieprawda. Widzimy scenę, w której wdowa stoi w przedsionku kościoła i nie ma odwagi wejść do środka. Kościelna się odwraca i skinieniem głowy pozwala wdowie usiąść z innymi wiernymi. Ma się wrażenie, że wszystko wróciło na swoje tory. Ale jeżeli przyjrzeć się tej scenie przez pryzmat struktury przemocy, to dostrzeżemy, że jej znaczenie doskonale rozumie tak wdowa, jak i kościelna. Nie ma wstępu do budynku, póki hierarchiczny system represji nie wyda w sprawie wdowy odpowiedniego dekretu. Gdyby było inaczej i cała ta wspólnota nie byłaby utkana z przemocowych gestów, wdowa weszłaby do kościoła i uczestniczyła w nabożeństwie. Dałaby w ten sposób świadectwo, że terror psychiczny wybił sobie zęby i jest bezradny, nie ma już odpowiednich narzędzi do zadawania ran, a jego konstytucyjne organy poniosły spektakularną porażkę.
Nic nie przeminęło
Ale ,,Boże ciało” czy tego chce, czy nie, odtwarza wiejski/małomiasteczkowy system represji. Wdowa wie, że przemoc nie przeminęła, że nic się nie zmieniło, nadal musi czekać w przedsionku, jak kafkowski bohater, nie wiedząc, co ją właściwie czeka, jednocześnie doskonale rozpoznając już fundamenty, na których zbudowano jej niewiedzę, co do jej losu, własną bezradność, bo na nic nie ma wpływu, własną niemoc wobec logiki małej ojczyzny, w której przyszło jej żyć. Gest kościelnej nie jest wyrazem łaski, tylko nową przemocą, jej przedłużeniem, wariacją na jej temat. I gdyby autorzy tego filmu zamiast chilloutować na wysypisku terroru/przemocy, pokazali jego prawdziwą twarz, a nie wydumaną i życzeniową, wtedy kościelna powinna się odwrócić w kierunku wdowy i zdecydowanie pokazać jej, że nie ma dla wdowy miejsca, niech stoi, skoro musi, ale w przedsionku i ani kroku dalej. Byłoby to może gorzkie, ale prawdziwe, mocne, ale przynajmniej nie bajkowe, irytujące, ale przynajmniej nie tuszujące doświadczania osób, które na własnej skórze przeżyły różne odmiany przemocy. Ilekroć myślę o tym, że filmowa kościelna przywróciła wdowę do kościelnej wspólnoty, za każdym razem jestem przekonany, że to jedna z bardziej szkodliwych scen w polskim filmie, rozumiana na opak i demagogicznie. Ale mogę przesadzać rzecz jasna, bo nie mam odpowiedniego przygotowania teoretycznego i mało filmów widziałem w swoim niekrótkim życiu.
W ,,Bożym ciele”, a podobnie we ,,Wszystkich naszych strachach” autorzy niebezpiecznie flirtują z logiką przemocy. Niuansując motywy wiejskiej wspólnoty, ukazanej zresztą w sposób groteskowy (Boże ciało), czy zbyt powierzchownie traktując przyczyny tragedii nastolatki/lesbijki w małej wsi (Wszystkie nasze strachy), prawdę mówiąc nie mierzą się z jej smolistą, oblepiającą wszystkich przepaścią, nad którą stoją ich bohaterowie. Mierzą się z czymś innym, co jest mało ważne.
Podobne gesty dostrzegam w ,,Naszych wszystkich strachach”, ale o tym napiszę już w ostatniej, piątej części tego filmowego cyklu.
Pierwsza część, czyli garść wrażeń po filmie ,,Wszystkie nasze strachy” dostępna jest – TUTAJ
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
