Deszcz pada, wiatr wyje, niebo ołowieje, jednym słowem – znowu trzeba nałożyć na stopy pełne buty, zamiast sandałów. Mam z tym kłopot, nawet zmartwienie, podobne do innych zmartwień, które zdarzają się ludziom w moim wieku. Okazuje się bowiem, że sandały noszą już tylko ludzie mojego pokolenia. Czyli, jak można by z tego wnioskować – tacy niezbyt rozgarnięci podstarzali panowie, co to muszą swoimi odkrytymi stopami wywijać na lewo i prawo, szczególnie wtedy, kiedy opuszczą swoje miejsce zamieszkania. Wtedy to już jest w ogóle skandal estetyczny i brak wyczucia tego, co dobre, smaczne i akceptowalne. Usłyszałem to niedawno od osoby, która zapewne do dzisiaj jest przekonana, że łączą nas więzi rodzinne i to w sposób niewiarygodnie absolutny. Potem, podobną opinię wygłosił jeden z moich bliskich znajomych, znaczy mężczyzna. Musiałem w związku z tym przeprowadzić śledztwo, ponieważ czułem na końcu języka znajomy smak zbliżającej się wielkiej krucjaty. Uznałem więc, że dobrze będzie, jeżeli się wszyscy w najbliższym otoczeniu policzymy. W sensie, że jak już dojdzie do prześladowań na tle sandałowym, to na czyje wsparcie ewentualnie można liczyć w tym świecie niepewnym i wątłym z braku jakichkolwiek wartości.
Pokolenia X, Y, Z
Zanim poszczególne wątki drobiazgowo omówię, muszę koniecznie dodać, że w tym pierwszym przypadku, kiedym to usłyszał te inwektywy o moim pokoleniu, słowa te padały z ust reprezentantki pokolenia Z. Dla niezorientowanych dodam ino, że to osoby, o których zwykło się mówić, że urodziły się w latach 1997-2012. Więc można sobie mniej więcej w głowie wyobrazić z kim mamy do czynienia. Z kolei mój bliski znajomy, to pokolenie X (urodzeni w latach 1965-1980), czyli jeszcze nie rocznikowy dziaders, ale za to z formacji, uwiecznianej w kulturze jako ktoś zagubiony i bez określonego celu. W tym sensie (niestety) mnie też trzeba zaliczyć do tej linii osób urodzonych w tym czasie. Badania natomiast – uwaga – przeprowadziłem na jednej osobie z pokolenia Y (urodzeni w latach 1981-1996). Tutaj – po przeprowadzonym śledztwie – muszę powiedzieć, że to bardzo sympatyczne pokolenie, nawet się tego nie spodziewałem, że tacy otwarci i w ogóle, a nie to co reszta xd.
Pokolenie Z o sandałach
Wcześniej napisałem, że drobiazgowo sprawę tę omówię, ale bez przesady. Otóż w przypadku pokolenia Z, wypowiedź na temat bogu ducha winnych sandałów na stopach niewinnych, brzmiała dokładnie tak: a, to ty jesteś z tego pokolenia, co to sandały nosi?
Zostało to wypowiedziane w większym gronie, gdzieś tak około godziny może 23:00 w plenerze. Było nas czworo, ale jedynie ja, reprezentowałem siebie i podobnych do mnie, którzy o tej porze mają na stopach sandały. Pozostali nie. Pełne buty różne takie, ciężkie, nie powiem, nie wyobrażam sobie ich, żebym miał z nimi coś wspólnego przez większość upalnych dni, jakie nas wszystkich przecież doświadczyły tego pięknego i bezchmurnego lata. Oczywiście należy tego rodzaju uwagi zaliczyć do typowych zaczepek ad personam, z których widocznie słynie pokolenie Z w odróżnieniu od mojego, które słynie z niczego, jak to się już wcześniej powiedziało. Był to piękny, gwiaździsty wieczór, jeden z tych, co to chodzi się z miejsca w miejsce w wiadomym celu.
Pokolenie X o sandałach
Minął może tydzień, albo dwa, raczej tydzień i uczestniczę w kolejnym ważnym spotkaniu. Bardzo miłe spotkanie, nie powiem. Tym razem akcja tego dystopijnego dramatu dzieje się w nieokreślonych wnętrzach. Rozmawialiśmy tam, wiadomo, o rzeczach mniej i bardziej pospolitych. Był piątek, na pewno. I nadszedł taki moment, zapewne każdy się z tym kiedyś spotkał, że jakby kończyły się około 22:00 atrakcje, na które wcześniej dwóch dorosłych ludzi się umówiło. I trzeba było wyjść w plener, żeby jakoś nie stracić tego, co się wcześniej zdobyło, zyskało, nie wiem, jak to konkretnie nazwać. Więc wyszliśmy w miasto, jak to się mówi. I proszę sobie wyobrazić, że ni z tego, ni z owego, słyszę za plecami, kiedy już opuściliśmy cztery ściany i zaczerpnęliśmy świeżego powietrza, że osobnik (prywatnie mój bliski znajomy), reprezentujący to samo pokolenie, co ja, mówi mniej więcej tak: a co żeś ty myślał, jak byłeś kiedyś młody (zaczyna się szkalowanie – przyp. mój) i widziałeś kogoś takiego, jak ty teraz, łysiejącego jakby i w sandałach na nogach? To co ty wtedy myślałeś o kimś takim? Jakie myśli ci przychodziły do głowy? Na co ja odpowiadam: że prawdopodobnie żadne, bo jak dobrze pamiętam te odległe czasy, to w tamtych latach inne rzeczy zaprzątały mi głowę. A trzeba dodać, że ów ktoś, kto postanowił o 22 z minutami dzielić się ze mną w plenerze swoimi przemyśleniami na znajomy już skądinąd temat, miał na sobie rzecz jasna obuwie pełne. A, że czuł się w obowiązku, jak to ma w zwyczaju pokolenie bezcelowe i zagubione w życiu, dopytać jeszcze o to i owo, więc kontynuował coś w stylu, że czy aby nie myślę, że to jednak niekoniecznie ma coś wspólnego (w sensie te sandały) z dobrze pojętą estetyką w przestrzeni publicznej. Na co ja, że nie sądzę, bo pomyślałem wtedy, że należy ten temat uciąć z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że pora była późna i nie czas na roztrząsanie dylematów generacji X, a po drugie, że zrozumiałem w końcu, że temat jest poważny i nie przez przypadek ślepy los mnie z nim skonfrontował.
Pokolenie Y o sandałach
I potem znowu minął jakiś tydzień, może dwa, raczej tydzień. I proszę sobie wyobrazić, że spotykam w plenerze znajomego z pokolenia Y. Idzie, że tak powiem, wyprostowany, uśmiechnięty (bo pokolenie Y, kiedy się ich opisuje, to ludzie uśmiechnięci) i z daleka macha do mnie ręką. Ja też, nie powiem, macham, chociaż wzrok już nie ten i z daleka nie wszystko widzę, że tak powiem, ale macham, co mam nie machać, najwyżej okaże się, że to nie do mnie się macha, można się przyzwyczaić. No ale, zatrzymujemy się, a on, proszę sobie wyobrazić ma sandały na stopach. Więc skracając typowy small talk do minimum pytam: a co ty myślisz o tym, że miałem ja takie doświadczenia w krótkim czasie (i tutaj opowiedziałem ze szczegółami o zaczepkach słownych w kontekście niepełnego obuwia), a teraz widzę cię bracie, żeś jak ja, w sandałach, uśmiechniętyś przy tym i szczęśliwy? Na co on, że co myśli, co myśli, no trudno powiedzieć. Na co ja, że chyba stóp nie akceptują, ciała swojego, wydaje się im jakieś obce, jakoś się te pokolenia (poza wyjątkami) oddzieliły od ciał swoich, nie sądzisz? Tak pytam. Na co on, ten mój brat sandałowy mówi: a słuchaj, coś w tym może być. Coś jest na rzeczy. Może to z wiekiem przychodzi? – Pytam ja brata mego jedynego. Na co on – a żebyś wiedział, że może to być sprawa rocznikowa, generacyjna, że on, im starszy, tym mniej oddzielony od ciała swojego, tym bardziej ze swoim ciałem pogodzony, w komitywie niejakiej obcujący, akceptujący, a nawet wspaniale się z nim (z ciałem) czujący. Na co ja, że mam tak samo, ależ spotkanie bracie nam się wydarzyło, mówię, trza to uczcić. I poszli my przed siebie, gdzie nas stopy odkryte, na słońce wystawione, poniosły, ech.
Morał sandałowy
I morał jest z tego, a jakże. Niezbyt skomplikowany może, ale prawdziwy bardzo, a przynajmniej tak mi się wydaje. Otóż wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, a im nam więcej lat przybywa, tym więcej w nas siostrzeństwa i braterstwa. A im więcej nam lat ubywa, tym mniej w nas siostrzeństwa i braterstwa. Rzekłem.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
