Kilka miesięcy temu trafiłem na podcast, w którym Monika Witkowska – himalaistka, podróżniczka, dziennikarka i pisarka – opowiadała o swoich wyprawach na Broad Peak. Próbowała dwukrotnie zdobyć sam szczyt i za każdym razem bez powodzenia. Mówi tam między innymi o takiej niby to prostej, a jak się za chwilę okaże nie tak oczywistej umiejętności odróżnienia tych dwóch wysokogórskich doświadczeń. To znaczy, że udział w wyprawie, nie zawsze oznacza, że kończy się on sukcesem. I to rozróżnienie jest dobrym punktem wyjścia do zwrócenia uwagi na to, co dzieje się w najnowszym filmie Leszka Dawida ,,Broad Peak”.
Broad Peak, czyli (nie)udana wyprawa w 1988 roku
Na festiwalu filmowym w Gdyni reżyser, jak i scenarzysta, podkreślali, że zdecydowali się opowiedzieć tę historię z perspektywy Macieja Berbeki (w tej roli Ireneusz Czop), który w 1988 roku brał udział w zimowej międzynarodowej wyprawie na K2. Na miejscu okazało się, że w panujących tam warunkach nie są w stanie nic zrobić (K2 zostanie zdobyte zimą, ale dopiero w 2021 roku) i wtedy pojawił się pomysł jednego z uczestników – Aleksandra Lwowa (w filmie gra go Piotr Głowacki), by przekonać kierownika wyprawy, że warto w takim razie podjąć próbę wejścia na nieco mniejszy ośmiotysięcznik, czyli Broad Peak. Idą tam we dwóch – Lwow i Berbeka. Po drodze, ten pierwszy zrezygnuje z dalszego wspinania gdzieś na wysokości 7500 metrów, a Maciej Berbeka nie odpuszcza, by tym samym zapisać się w historii, jako pierwszy człowiek, któremu udało się zdobyć ten szczyt w zimowych warunkach. Po kilku miesiącach od tego zdarzenia, na jaw wyjdą fakty, które okażą się wizerunkową katastrofą i zapewne osobistym dramatem Berbeki, którego najpierw na oczach całego świata okrzyknięto zdobywcą Broad Peak, żeby potem w niszowym, branżowym piśmie wykazać, że prawdę mówiąc polskiemu alpiniście zabrakło 17 metrów w postaci stromego grzbietu, czyli około godziny wspinaczki albo i więcej, by osiągnąć ten właściwy cel.
Broad Peak, czyli mit o lodowych wojownikach
Ta historia być może nie byłaby tak znana, gdyby nie to, że 25 lat później, w 2013 roku, Maciej Berbeka, Tomasz Kowalski, Andrzej Bielecki i Artur Małek spróbują ponownie zdobyć zimą Broad Peak. Zakończy się to, jak wiadomo, tragicznie dla doświadczonego 59-letniego Berbeki i zaledwie 28-letniego Kowalskiego. Wtedy, w tym 2013 roku jeżeli wierzyć Barłomiejowi Dobrochowi i Przemysławowi Wilczyńskiemu autorom świetnej książki ,,Broad Peak. Niebo i piekło”, opisującej te wydarzenia na wszelkie możliwe sposoby, jeszcze nigdy w mainstreamowych mediach przez wiele miesięcy nie poświęcono tyle miejsca polskiemu alpinizmowi. I po raz pierwszy opinia publiczna miała okazję przyjrzeć się z bliska, jak ślepa i przy tym mitotwórcza opowieść o polskich ,,lodowych wojownikach” jest odzierana ze wszystkich możliwych złogów i urojeń, jakimi do tej pory wszyscy byli karmieni. Pamiętam, że te dziewięć lat temu przyglądałem się temu wszystkiemu ze sporym zainteresowaniem. Nie tylko dlatego, że był to medialny show, przy czym często bardzo merytoryczny, bo wypowiadały się wtedy wszystkie osobistości polskiego alpinizmu.
Spotkanie z Tomaszem Kowalskim we Wschowie
W 2011, czyli na dwa lata przed śmiercią wspominanych tu himalaistów, do Wschowy przyjechał Tomasz Kowalski na zaproszenie stowarzyszenia Twórcze Horyzonty. Miał wtedy 26 lat, na swoim koncie prestiżową, finansową nagrodę im. Andrzeja Zawady, która dawała mu szansę na dalsze wspinaczkowe podboje, a dokładnie na zdobycie wszystkich siedmiotysięczników na terenie byłego ZSRR. Kowalski chciał tego dokonać, pokonując dotychczasowy rekord, który liczył 42 dni. Zrobiliśmy wtedy z nim krótki wywiad, a sam artykuł zatytułowaliśmy ,,Adrenalina Tomka Kowalskiego”. Pamiętam, że montując ten materiał na potrzeby lokalnego portalu, rozmawialiśmy w redakcji o tym, jak odebraliśmy Kowalskiego. Wtedy ktoś z naszego grona powiedział, że jest w Tomaszu Kowalskim ten rodzaj brawury, który kompletnie jest obcy ludziom z nizin, czyli nam, a po drugie, że jest w tej brawurze z nizinnej perspektywy coś mrocznego i nieprzewidywalnego. Kiedy w 2013 roku dotarła do wszystkich wiadomość, że Tomasz Kowalski zdobył Broad Peak, ale nie dał rady zejść do obozu i zginął w górach, przypomniałem sobie te słowa, które padły w małej, nizinnej redakcji. Potem, kiedy wczytywałem się w całą tę narodową dyskusję na temat tego, co się właściwie wydarzyło na Broad Peak, zdałem sobie sprawę, że ta nasza perspektywa sprzed dwóch lat była naiwna. To, co sobie wtedy definiowaliśmy, jako pewien rodzaj niebezpiecznego, może nawet nieodpowiedzialnego balansowania na granicy tego co możliwe i niemożliwe, dla himalaistów jest zwykłą bułką z masłem, która w zależności od bardzo wielu decyzji, dyktowanych w ekstremalnych warunkach często zwierzęcą wręcz, zero-jedynkową motywacją, może przerodzić się w coś niestrawnego i (auto)destrukcyjnego.
Broad Peak na gdyńskim festiwalu filmowym
Jednak na festiwalu w Gdyni podczas konferencji prasowej scenarzysta Łukasz Lodkowski i reżyser Leszek Dawid przekonywali, że chcieli zrobić film szlachetny, cokolwiek miałoby to znaczyć. Uznali więc, że punktem wyjścia ich opowieści będzie atak szczytowy zimą na Broad Peak w 1988 roku, który zakończy się pozornym sukcesem Macieja Berbeki oraz jego ponowna próba zdobycia ośmiotysięcznika 25 lat później. Film powstawał latami, a część ekipy filmowej brała nawet udział w zdjęciach w Karakorum na wysokości 4 lub 5 tysięcy metrów. Na szczęście wraz z trwającym w Gdyni festiwalu, gdzie film Leszka Dawida wyświetlany był w konkursie głównym, jednocześnie ,,Broad Peak” miał premierę na Netflixie. Była więc okazja sprawdzić, co takiego filmowcy 9 lat po jednej z największych medialnych dyskusji w Polsce o polskim alpinizmie w kontekście tragicznych wydarzeń z Broad Peak, chcieli nam zaoferować. W mojej ocenie był to też sprawdzian tego, co w ogóle środowisko filmowe rozumie z tego, co dzieje się w Polsce i na świecie. Na ile jest świadome długotrwałych procesów, rozsadzających szkodliwe i bzdurne mity. Czy w ogóle zdaje sobie z tego sprawę, czy może jednak funkcjonuje w jakimś odrealnieniu, licząc, że da się tym jeszcze kogoś zarazić, unieważniając cały dotychczasowy, emancypacyjny charakter świata, w którym wszyscy przecież żyjemy i jesteśmy tego świadkami.
Aż nie chce się wierzyć, że autorzy czytali te same książki
Odpowiedzi na te pytania nie są nawet smutne. Po pierwsze na każdym poziomie filmu wszystko zawodzi i do tego polskie kino w swoich niektórych odsłonach zdążyło już przyzwyczaić – nijaki zamysł fabularny, brak dramaturgii, czyli emocji, trudno coś powiedzieć sensownego o grze aktorskiej, scenariusz jest drewniany, żeby nie powiedzieć infantylny, aż nie chce się wierzyć, że autorzy czytali te same książki, przygotowując się do filmu, postacie są pozbawione ikry/żaru/błysku w oczach, nie wiadomo co ich napędza, co motywuje, w ogóle o co im chodzi w życiu. Z niektórych recenzji dowiemy się, że są piękne zdjęcia. Trudno, żeby były inne, skoro część z nich powstała w Karakorum. To tak samo, jakby powiedzieć, że w artykule sportowym z meczu piłkarskiego widać pięknie uwiecznione minuty, w których wpakowano piłkę do siatki.
Brakuje odwagi
Z ,,Broad Peak’iem” jest jednak dużo poważniejszy problem. Bo okazuje się, że polski film nie jest w stanie opowiedzieć ciekawej historii nawet wtedy, kiedy obiektywnie jej ogromny potencjał na poziomie ludzkim, emocjonalnym, faktograficznym i dramaturgicznym powinien się od nadmiaru możliwości palić w rękach. I jest na to wbrew pozorom prosta odpowiedź, wychodząca daleko poza wąskie spektrum X muzy. W Polsce najczęściej mamy do czynienia ot tak, po prostu, z brakiem odwagi, by mierzyć się z wieloznacznymi, kontrowersyjnymi, a jednocześnie ekscytującymi sprawami. Trudno powiedzieć z czego to wynika – z koniunkturalizmu, ze strachu, z braku umiejętności, czy ze wszystkiego naraz. Kiedy te wszystkie strachy i obawy zgromadzą się w jednym miejscu, powstaje na tych gruzach niemocy szalony pomysł, żeby zasłaniać się szlachetnymi albo patriotycznymi pobudkami. To nie tylko urąga zdrowemu rozsądkowi, ale również temu, czego jesteśmy świadkami na co dzień. Pomysł, żeby po raz kolejny polskiemu odbiorcy wciskać jakąś niezrozumiałą ni to laurkę, ni to nie wiadomo co, kiedy wszyscy doskonale wiemy, że poza tą wspaniałomyślnością aż kipi od emocji, jest podwójnie niestrawny. Po pierwsze dlatego, że utrwala pewien porządek, pomimo tego, że dawno został on zakwestionowany i nie wiadomo czemu ma służyć ten wątpliwy gest. Po drugie, bo wzmacnia przekonanie, że jednak w tym kraju nie da się zrobić czegoś intelektualnie niezależnego, więc trzeba pójść na skróty i robić dobrą minę do złej gry. Jedno i drugie jest w swoich konsekwencjach fatalne.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
