Wczoraj zmarł Jerzy Urban. Nie było mnie jeszcze na świecie, kiedy w wieku dwudziestu dwóch lat zaczął pracę w ,,Po prostu” (1955 rok), współpracując z takimi osobami, jak Leszek Kołakowski, Marek Hłasko, Jan Olszewski (późniejszy premier polskiego rządu po 1989 roku), Agnieszka Osiecka, Paweł Jasienica, Marek Dygat, gdzie drukowano ,,Złego” Tyrmanda, Witkacego i Kafkę. W rozmowie z Martą Stremecką, w takim wywiadzie-rzece, wydanym przez wydawnictwo Czarno-Czerwone w 2013, oboje przypominają głośny reportaż Urbana z tamtych czasów, kiedy to w Krakowie zainstalował fikcyjne biuro matrymonialne i na tej podstawie opisał marzenia Polek i Polaków o idealnym kandydacie_tce na męża/żonę. Mężczyzna na przykład miał być dobry, nie musiał być bogaty, idealnie, gdyby trafił się Amerykanin, za nic w świecie nie mógł to być Izrealita. Tekst do tego stopnia zrobił wrażenie, że miał nawet przedruk we francuskim piśmie ,,Les Temps Modernes”, założonym między innymi przez Simone de Beauvoir i Jeana Paula Sartre’a. ,,Po prostu” zostało zamknięte w 1957 roku, ponieważ ówczesnemu szefowi rządu (Władysław Gomułka) nie podobała się treść artykułów – zbyt odważna, niezależna, opisująca absurdy PRL-u, interwencyjna, zupełnie rozmijająca się z linią partii, nawołująca np. do rehabilitacji żołnierzy Armii Krajowej.
Redakcji dano ultimatum, że albo przestanie pisać te wszystkie obelżywe rzeczy o socjalistycznym ustroju, albo koniec tego dobrego. Numer, który skonfiskowano, na pierwszej stronie publikował wiersz Borisa Pasternaka ,,We wszystkim chcę dotrzeć do istoty rzeczy”. Już sama decyzja, by publikować Pasternaka, z takim, a nie innym przekazem, budziła w ówczesnych władzach najwyższą odrazę. A przy okazji warto wiedzieć, że redakcja miała niewątpliwie nosa do takich literackich wędrówek. Za następny rok, czyli 1958 Pasternak otrzyma literackiego Nobla, z którego będzie musiał zrezygnować, bo z kolei w jego kraju, czyli w ZSRR, nie podobała się rządzącym twórczość noblisty i żeby tam jako tako żyć, oraz z powodu nacisków politycznych, odmówił przyjęcia najważniejszego, literackiego wyróżnienia. Takie to były czasy.
W każdym razie, kiedy okazało się, że pismo przestanie wychodzić, w Warszawie wyszli na ulice studenci, młodzi ludzie, zwolennicy pisma, w ogóle sympatycy zmian w szarym i obskurnym kraju. Stremecka pisze, że przez cztery dni domagali się przywrócenia ,,Po prostu”. Aresztowano w tym czasie 500 osób, protestujących pałowano, kobiety kopano, jedna osoba zginęła. A Jerzy Urban miał wtedy dopiero 24 lata i jak się za chwilę miało okazać, przez następnych kilka lat będzie miał zakaz publikowania w jakichkolwiek mediach, bo ostatecznie redakcja odrzuci ultimatum, nie zamierzając zmieniać linii pisma.
Trzydzieści trzy lata później, kiedy w zupełnie innej Polsce Jerzy Urban stanie na czele tygodnika ,,Nie”, będzie zupełnie innym człowiekiem, dla większości Polaków synonimem buty, chamstwa, bezczelności, twarzą stanu wojennego, autorem idiotycznych wypowiedzi w sprawie śmierci Przemyka, ks. Popiełuszki, kimś, kto na oczach całej Polski, w roli rzecznika prasowego komunistycznego rządu przekroczył wszystkie możliwe czerwone linie, zupełnie i bez trzymanki, pogrążając się w cynicznej propagandzie lat 80, czerpiąc z tego niewątpliwą satysfakcję.
Wtedy, o dziwo, byłem już na świecie, ale w tamtym czasie, w życiu nastolatka, który pobierał nauki w szkole podstawowej, na prowincji, w małym miasteczku, Jerzy Urban był jedynie postacią memiczną. W ogóle większość nastolatków, których wtedy znałem, pochodziła z rodzin robotniczych. I w tych środowiskach – być może będzie to zbyt upraszczający obraz –radzono sobie z Urbanem na taki ludowy sposób. Przynosząc na przykład do domu z zakładów pracy, jakieś dziwne obrazki, ośmieszające wygląd ówczesnego rzecznika prasowego. Pokazywano to sobie w tajemnicy, rozglądano się nerwowo na wszystkie strony świata, czy aby ktoś nie widzi, czasami dopuszczano dzieciaków do tych obrzędów, co skutkowało tym, że Jerzy Urban pojawiał się na okładkach zeszytów (być może) w postaci graficznej i dlatego z tamtych lata kojarzę tę postać raczej komiksowo. Właśnie, że nie upiór, Lucyfer, czy jakieś monstrum, raczej błazen, ni to śmieszek, ni to nie wiadomo kto.
Potem chyba byłem zdziwiony, że wszyscy kupowali ,,Alfabet Urbana”, wydany w 1990 roku, a część tego środowiska, z którego się wywodzę, zupełnie zniechęcona przemianami ustrojowymi, zaopatrywała się w tygodnik ,,Nie” w latach 90., usilnie wierząc, że tenże Urban z byłej już wtedy pozycji lucyferiańsko-komiksowej, widzi wszystko jednak wyraźniej, a przede wszystkim, że jest im bliższy na takim ludzkim poziomie, bo używał języka, po który i oni chętnie sięgali, rozmawiając ze sobą podczas przerw na śniadanie, kiedy inni w tym czasie brali sprawy w swoje ręce, jak to się wtedy zwykło mówić. Ostatecznie tygodnik w latach 90. był w stanie osiągnąć nawet 700 tysięcy nakładu i zdaje się, że takie też osiągał wyniki sprzedażowe. Co dzisiaj jest nie do pomyślenia w czasach Internetu.
Ale i wtedy Jerzy Urban jakoś szczególnie mnie nie interesował, a sam tygodnik z takich – nie wiem – estetycznych względów kompletnie mnie odrzucał. Owszem, urzekała mnie czasami jego odwaga w formułowaniu myśli, przy okazji jakiegoś usłyszanego lub przeczytanego wywiadu w TV lub gazecie, ale nie pamiętam szczegółów. Po latach zrozumiałem, że mógł sobie na to pozwolić, bo jak mało kto z grona osób, które wypowiadały się na tematy polityczne, był niezależny finansowo. Mówił, co myślał, co dla większości osób, parających się medialno-społeczno-polityczną magmą było i jest poza zasięgiem. Nie dlatego, że nie mogą tego robić. Mogą, oczywiście, że tak, ale w wyznaczonych przez redakcje bardzo wyraźnych granicach. Czasami, zdarza się, że niektórzy z nich osiągają w tych ramach mistrzowski poziom, ale i tak przy tego typu ograniczeniach jest to poziom mistrzowski, ale niepełny.
Dlatego z takim nieco dużym zdziwieniem czytałem, jak część świata dziennikarskiego oddawała mu hołdy w dniu jego śmierci, mówiąc, że był jednym z lepszych piór publicystycznych w historii powojennej Polski. Myślę, że część osób po 1989 roku miała po prostu kompleks Urbana. Wszyscy w III RP musieli gryźć się w język albo kalkulować, a on, nie tylko, że miał to gdzieś, to jeszcze za nic miał ówczesną poprawność polityczną. Ludziom to się podobało. Kiedy przy okazji afery Rywina, opinia publiczna z rozdziawioną gębą słuchała, jak to lucyferyczno-komiksowy Urban w najlepsze pije wódkę z tuzami postsolidarnościowych elit, w tym z Adamem Michnikiem, jednym to się nie mieściło w głowie, innym ten obraz wpisywał się w jakiś spiskowy obraz upadłej i zhańbionej III RP. Rzeczywistość była raczej prozaiczna. Był człowiekiem sukcesu, tak, jak to definiowano w tamtych latach w Polsce. Wziął sprawy w swoje ręce, założył gazetę, ludzie chcieli ją czytać, ponoć przy okazji dobrze inwestował, był taki moment, że w jakimś tam rankingu łapał się na 98 miejscu najbogatszych Polaków. W neoliberalnej opowieści, w której liczą się takie wartości, jak miliony na koncie, zaradność, przedsiębiorczość i tego typu bzdety, Jerzy Urban spełniał ten neoliberalny model w sposób absolutny.
Dlatego na pewno nie papież Jan Paweł II, raczej nie Lech Wałęsa, ale właśnie Jerzy Urban z jego pokrętną biografią chyba najlepiej oddaje to, czym jest Polska, kim są Polacy, tak po II wojnie światowej i tak samo po 1989 roku. Mam nadzieję, że jakiś dobry scenarzysta, najlepiej amerykański weźmie to na warsztat i zrobi z tego dobry serial, ewentualnie dwugodzinny film. Byłby Oscar, jeżeli potrafiłby tę biografię unieść. Nie dlatego, że jest wybitna, ale dlatego, że jest prawdziwa. Że się wydarzyła.
ps. Zapomniałbym dodać, a wydaje się to ważne, przynajmniej dla mnie. Biografię J. Urbana napisała swego czasu Anna Bojarska, autorka przenikliwej powieści ,,Agitka” o zachodniej lewicy. Mało znana pisarka, żyjąca w Paryżu, łącząca w swoich powieściach doświadczenie Polski sprzed 1989 roku z tym, jak zachodnia lewica w tamtej epoce postrzegała rzeczywistość. ,,Agitka” jest takim bezwzględnym ciosem w lewicowy, właściwie burżuazyjno-lewicowy splot słoneczny, że klękajcie narody.
Niestety nie czytałem jej biografii Urbana, a myślę, że jak mało kto w tym kraju, miała papiery na to, żeby powstało z tego coś ciekawego. Może ktoś czytał? Widział? Słyszał?
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
