Byłem przecież, wspominałem, w bibliotece, bo literatury najnowszej mi się zachciało, poszedłem więc tam w cichości, jak to mam w zwyczaju i ,,Skorunia” Macieja Płazy z półki zgarnąłem. Nikogo ze sobą nie wziąłem, z nikim nie rozmawiałem.
,,Skoruń” Macieja Płazy, czyli debiut
Maciej Płaza to nie byle kto, rocznik 1976, debiutował ,,Skoruniem”, o którym to ludzie w Internetach mówili (i poza Internetem chyba też), że w tradycję wiejską zaplątany, niczym Wiesław Myśliwski lub Tadeusz Nowak. Siedem lat temu debiutował, głośno było, że język taki i owaki, zgrabny, stylowy, dobrze utkany, czysty. Że nie ma to tamto – talent obrodził literacki. Nominacje się posypały, wywiady, recenzje, nagrody były (Literacka Gdynia, Fundacja im. Kościelskich), dwa lata później przyszła na świat druga książka (Robinson w Bolechowie) i znowu to samo, nawet Angelusa zgarnęła, potem trzecia (Golem), też nominacje liczne i tak w kółko. I tak już chyba do końca świata będzie. Nic się nie zmieni, nuda jednym słowem. Zaraz Nobel pewnie się zamarzy. Kto komu broni, nie?
Wcześniej Maciej Płaza dał się poznać w tłumaczeniach. Przekładał na nasz język ojczysty, biało-czerwony – H.P. Lovercrafta, Mary Shelley, Fredrica Jamesona (nie znam), czy ostatnio Arthura Machena (tym bardziej). Doktor humanistyki (w sensie Płaza, nie ja przecież).
,,Skoruń”, czyli wiejskie dekoracje
Nie wiem skąd przekonanie, że ,,Skoruń” obraca się w nurcie wiejskim. Nie przesadzajmy. Wiejskie dekoracje, to i owszem są, bo jest wieś i pobliskie wsie, lata 80., są dożynki, jest ziemia, chociaż bardziej sad, jabłka, maszyny, które się przydają, rzeka nawet, może i powódź, wszystko to jest, ale poza tym ornamentem wsi nie ma. Płaza nadrabia ten brak na poziomie języka, a że jest sprawny warsztatowo, nawet bardzo, pozostaje wrażenie, że to coś więcej niż typowe historie dorastającego chłopaka z erekcją w portkach. Bo prawdę mówiąc jest to chłopacka książka, podejmująca chłopackie sprawy. Szczególnie, kiedy ledwo rozgarnięte chłopię napiera, ale w sumie napastuje córkę sołtysa pod drzewem, spermę oddając w jej ręce (rozdział ,,Trześnia). Zaraz potem, bo jakżeby inaczej, koniecznie w tym chłopackim torcie muszą pojawić się pseudofilozoficzne gadki-szmatki, jakby – idąc tropem ,,wiejskiego nurtu” – wiejskich chłopaków w wieku 14-15 lat nawiedzał sam Schopenhauer ze swoim egzystencjalnym pesymizmem. Samo w sobie jest to niestrawne. I nawet rozumiem, gdyby ktoś chciał to wytłumaczyć, że Płaza opisuje lata 80., i że może wtedy nikogo, a tym bardziej wiejskich nastolatków, nie interesowała optyka kobiet, a tym bardziej nastoletnich dziewczyn. No ale ,,Skoruń” został wydany w 2015 roku, a nie w białej dupie lat 80., więc kompletnie nic nie tłumaczy powielanie w powieści tej jedynej, możliwej, chłopackiej perspektywy.
,,Skoruń”, czyli ojciec, potem matka
,,Skoruń” składa się z siedmiu opowiadań. Jedne są dłuższe, drugie krótsze, jak to w życiu. Pierwsze i ostatnie (,,Maszyna”, ,,Skoruń”) na pewno są dowodem na to, że Maciej Płaza jest świetnym stylistą i potrafi w nieoczywisty sposób opowiadać o sprawach, powiedzmy, typowych. Historia, otwierająca książkę, ciekawie buduje napięcie między chłopakiem, a ojcem, kończąca cykl, przygląda się relacjom syna z matką. Kompozycyjnie jest to ciekawie pomyślane, warsztatowo zgrabne, na poziomie psychologii postaci, krótkiej fabuły, warte uwagi. Gdzieś, przy okazji, krytyk albo juror jakiejś ważnej nagrody powiedział, że te napięcia między synem a ojcem w ,,Skoruniu” są interesujące. Może i tak, ale jak świat światem, rozgorączkowanie tych dwóch osób płci męskiej zawsze takie było i w naturalny sposób niespokojnie pulsowało wszędzie i pod każdą szerokością geograficzną.
Gdzie autor sobie nie radzi z literacką materią
Jednak im dalej w las, tym gorzej. Widać to szczególnie w rozdziałach ,,Hubert” i ,,Bracia”. Strategia narracyjna ,,Skorunia” narzuca sobie ograniczenia, bo świat, jaki nam podaje jest postrzegany oczami nastolatka. Nie dowiemy się niczego więcej ponad to, co Skoruń wie, co Skoruń zobaczył, co słyszał, co mu się przewidziało. I byłoby to może i ciekawe, słuszne w sumie, bliższe temu, co sami, w roli czytelników doświadczamy na co dzień, gdyby nie to, że w ,,Hubercie” i ,,Braciach” zmieniają się reguły gry. Nagle, nie wiadomo dlaczego, pojawiają się postacie, które opowiadają Skoruniowi swoje lub cudze biografie, jakby były powszechnie dostępne, na przykład w Wikipedii. To ograniczone postrzeganie Skorunia dostaje wiatru w żagle, co pozwala mu zajrzeć za kotarę, rzucić okiem tam, gdzie dotąd nie miał wstępu. Dzieje się to jednak w najprostszy z możliwych sposobów. Ot, gadające głowy wypełniają te rozdziały długimi i krótkimi relacjami. Owszem, i te historie mają swoje ograniczenia, i one nie są takie oczywiste, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, a pomimo tego rozbijają narracyjną spójność tej powieści, by wylądować ostatecznie w ramionach prostych rozwiązań, jakby zabrakło cierpliwości autorowi, by utrzymać Skorunia w jego naturalnych sidłach percepcji. I nie, nie są to żadne nowatorskie, literackie chwyty, a raczej przykłady na to, gdzie autor najwyraźniej nie poradził sobie z literacką materią.
Robinson w Bolechowie
Maciej Płaza ma warsztat, jak mało kto, ale ,,Skoruń” rozczarowuje. Można, owszem, rozpływać się nad stylem autora, ale to jedyne co ma na swoją obronę. Reszta to zbiór zgranych chwytów, w dodatku zapatrzonych w chłopacki, nudny (bo chłopacki) świat, chwilami niesmaczny, czasami nieporadny fabularnie, mało atrakcyjny, jak na powieść napisaną w drugiej dekadzie XXI wieku. Gdyby mnie córka lub syn, lub nie daj kto tam inny pytał o coś, co ciekawego w polskiej, najnowszej prozie, to przestrzegałbym przed ,,Skoruniem”. Pomimo tego – ochy i achy nad debiutem Macieja Płazy sprawiły, że sięgnąłem po jego drugą powieść, czyli ,,Robinsona w Bolechowie”. I czytam w wolnych chwilach i zobaczymy i wtedy będzie wiadomo albo nie, to się okaże.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
