Transowy ,,Robinson w Bolechowie” Macieja Płazy

O ,,Robinsonie w Bolechowie” Macieja Płazy (premiera – listopad 2017) pisało się na przełomie 2017 i 2018 roku, że to powieść wybitna (na pewno). Byli tacy, którzy bez cienia wątpliwości widzieli w pisarzu człowieka nie z tej ziemi (Dariusz Nowacki w Wyborczej), a samą powieść na tyle wyśrubowaną na poziomie języka, że chociaż powinna zmieść z powierzchni ziemi wszelką bylejakość, to jednak bestsellerem nie będzie. A to dlatego, że widziano w niej potrawę dla koneserów, podejrzewano, że mało kto ją doceni, raczej ludzie z odpowiednim kapitałem kulturowym, raczej akademicy, raczej zawodowi pasjonaci. Pierwszy z brzegu czytelnik, taki typowy, co to czyta byle co – raczej nie ogarnie, odpadnie, trudno. Wojciech Szot z kolei rozkładał akcenty nieco inaczej, pisząc, że nowa powieść Płazy byłaby wybitna (bo ,,w swojej wybitności się zapominająca”), gdyby nie to, że język nieco nabzdyczony, powieść ,,zbyt popisowa, z nadmiarem ozdobników i piruetów”.  A jednak – pisał Szot – ,,jednocześnie niezwykle atrakcyjna na tle dość jednak prostacko konstruowanej prozy, jaką przeważnie obdarzają nas polscy pisarze i pisarki”.

Wielowątkowość ,,Robinsona w Bolechowie”

Byli tacy, co podejmowali próby interpretacyjne. Tutaj najczęściej wychodziło to słabo, bo powieść Macieja Płazy jest mówiąc najprościej wielowątkowa, a jej bohaterowie pojawiają się w rozmaitych sceneriach historycznych, społecznych i ekonomicznych, od II wojny światowej do czasów współczesnych. Pod tym względem ,,Robinson w Bolechowie” jest trochę jak babie lato. W powietrzu unoszą się nici przędne pająków i nie sposób ich wszystkich objąć ani wzrokiem, ani rozumem, można jedynie, że tak powiem za bratem Towiańskim – potraktować je czuciem, żeby nie powiedzieć duszą, ale zabrzmi to już zbyt podejrzliwie, a i mnie samego stawiałoby to w dość nieprecyzyjnym świetle. W każdym razie różne były te interpretacje, a i tak każdy kto przeczytał tę powieść, doskonale się orientował, że dotyczy ona wielu spraw – wiejskich, miejskich, hrabiowskich, nazistowskich, peerelowskich, wolnorynkowych, artystycznych, malarskich, ale również rodzinnych, miłosnych, zbrodniczych, etycznych, klasowych, spraw, związanych z odkupieniem i jeden Płaza wie, co jeszcze.

Zmagania z powieścią Macieja Płazy

W tym sensie – z całym szacunkiem dla pracy tych, którzy podejmowali się rozmaitych prób interpretacyjnych – zawsze były one niepełne, skupiające się na dwóch, może trzech wątkach (góra: czterech, chociaż wątpię) i najczęściej kończyło się tak, że cały ten wysiłek rozchodził się w szwach. Powieść Macieja Płazy – przynajmniej tak to odbieram, czytając dostępne w Internecie co bardziej pogłębione teksty na temat ,,RwB” – jest trochę, jak sporej wielkości gmach, robiący wrażenie z daleka i tylko z tej perspektywy można by go ewentualnie docenić, a kiedy próbuje się skupić na fakturze ram okiennych lub jednej z fasad, całość tego gmachu i jego urok gdzieś po drodze przepadają, ulatniają się. A jak jeszcze ktoś dołoży do tego analizy rodem z koszmarnych ćwiczeń ze studiów polonistycznych (w Dwutygodniku), to naprawdę trudno chyba o większą szkodę, jaką można wyrządzić tej powieści. Innymi słowy – w moim odczuciu – te teksty, które miałem okazję przeczytać na temat ,,RwB” nie potrafiły znaleźć języka, sposobu, klucza do tego, jak o powieści Płazy pisać. Nie chcę przez to powiedzieć, że sam znalazłem na to sposób – nie, nie o to chodzi.

Transowy ,,Robinson w Bolechowie”

Bo ,,Robinson w Bolechowie” jest powieścią transową. To tak, jakbyśmy uczestniczyli w polifonicznym wydarzeniu. Podchodzimy do namalowanego obrazu, a jednocześnie docierają do nas wielogłosy, wielodźwięki, które sprawiają, że czujemy/rozumiemy, chociaż bardziej czujemy całą złożoność tego, co widzimy. I tak jest właśnie z tą książką. Mamy jeden obraz z całym polifonicznym sztafażem, potem drugi, trzeci i tak do końca.

Wiem, że to trochę słabe, kiedy próbuję powiedzieć coś o tej powieści, posiłkując się wrażeniami, jakie przyniosły mi recenzje osób, które podobnie starały się zmierzyć z tą powieścią. Jest to może z mojej strony nieco pokrętna droga, ale póki co lepszej nie widzę. Dzięki temu mam jakieś alibi, które w razie czego wyciągnę z dna szuflady, tłumacząc, że i moje z ,,RwB” przebywanie, odczuwanie, przeczytanie niekoniecznie sobie radzi z materią powieści.

W każdym razie na poziomie języka, pewnej transowości/hipnotyczności tekstu – jest to wybitna powieść. Na poziomie spraw, które podejmuje – raczej stonowana. Zobaczymy w niej świat, w którym każdy ma wyznaczone role, na straży których stoi pręgierz historii, ekonomii, klasowości i zostawia nas z wrażeniem, że nie sposób się z tych ról wyrwać. W kontekście współczesnych dyskusji na ten temat niekoniecznie jest to satysfakcjonująca obserwacja. I w tym sensie przypomina w swojej ideowej odsłonie debiut tego pisarza. Jeżeli jednak w ,,Skoruniu” przeszkadzał mi ten tradycjonalistyczny kostium, tak w ,,Robinsonie w Bolechowie” ma on mniejsze znaczenie. Pewnie dlatego, że jednak mamy tutaj bardziej reprezentatywną galerię postaci z całym wachlarzem postaw, emocji i wyborów.

O czym jest?

A o czym właściwie jest ,,Robinson w Bolechowie”? No właśnie to nie takie proste, żeby zaraz powiedzieć o czym. To zależy, gdzie się ucho przyłoży. Mając jednak z tyłu głowy rozmach czasowy powieści oraz wielość tematów, które pojawiają się na kartach książki, trzeba powiedzieć, że rzecz dotyczy dwóch rodzin, z czego pierwsza jest reprezentowana po wielu perypetiach przez mężczyznę i córkę, a druga przez matkę i syna – Roberta, malarza, głównego bohatera/narratora powieści. Obie te rodziny żyją w bolechowskiej wsi. Wszystko ich dzieli (pozycja społeczna, pochodzenie, możliwości finansowe i edukacyjne itd., itp.) i w pewnym sensie wszystko ich łączy, ale na zupełnie innym poziomie. Na jakim? Trzeba sięgnąć po książkę, by się tego dowiedzieć.

___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________

Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn

1 Comment

Dodaj komentarz