Idę do wschowskiej biblioteki, najnowszą polską prozę wypożyczam (brzmi fatalnie), czytam potem, marudzę, pytam znajomych co myślą, zaglądam do recenzji, mam z tym same kłopoty. Z ,,Krótką wymianą ognia” Zyty Rudzkiej (W.A.B., premiera – marzec 2018) chodzę od tygodnia, może dłużej. A w międzyczasie ogłoszono, że będzie dodruk tej powieści. Już trzeci. Myślę sobie – złośliwa to myśl – czy wschowskie UTW ustawiało się w kolejce, żeby przeczytać o 70-letniej poetce, Romie Dąbrowskiej, jednej z narratorek ,,Krótkiej wymiany ognia”. Nie wiem skąd mi to UTW przyszło do głowy, może dlatego, że Roma nie przypomina kobiety w jesieni życia, a może dlatego, że ciekaw jestem odbioru tej powieści w małych miasteczkach, w których dominują operetkowe występy, patriotyczne uniesienia, kościelne zgrywy i histeryczna poprawność. A przecież Roma powie o sobie ,,jestem taka mała, że zawsze robiłam laskę na stojąco” (s. 34), nawet jeżeli na spotkaniach autorskich publiczność będzie zdziwiona: ,,nie pisze pani o miłości do narodu” (s. 35) albo ,,dlaczego pani łże?! Po co starym namiętność? Ja mam morze czułości od wnusi i nie muszę się rozglądać” (s. 85).
„Krótka wymiana ognia” – od babki do wnuczki
,,Krótka wymiana ognia” jest o trzech kobietach. Mamy najstarszą – matkę, Ślązaczkę, przed wojną bardziej Niemkę, a może po prostu Ślązaczkę, niż Polkę, z przewalcowaną młodością, martwym dzieckiem, które nie za bardzo wiadomo, jak zginęło. Jest w tej wojennej historii i zbiorowy gwałt, i samobójstwa najbliższych osób. Najciekawsza to postać, przekonująca na poziomie języka, którym się posługuje, a zarazem najbardziej tragiczna osoba w powieści Rudzkiej. Przejmuje narrację w kilku rozdziałach, pochylając się nad studnią, której powierza swoje wojenne traumy.
Potem jest Roma, jej córka, urodzona już po wojnie, wyjechała z zapadłej dziury do Warszawy i gdzieś po drodze zrobiła karierę, jest zdaje się cenioną poetką. ,,Ty piszesz o ruchaniu, chlaniu, moralności luzowaniu, po mieście hasaniu” (s. 84) – powie matka do Romy. Poznajemy jej pierwszych partnerów seksualnych, mężów, kochanków – widzimy ją w sytuacji, kiedy decyduje się na aborcję w studenckich czasach (,,To był chłopiec, czy dziewczynka? Główka, czy ze skrzepu makówka?” – s. 59), jesteśmy świadkami rozpadu jej drugiego małżeństwa, a potem samotności i próby radzenia sobie ze swoją cielesnością i seksualnością. Romy jest najwięcej w „Krótkiej wymianie ognia”, rozpycha się na kartach tej powieści na wszystkie możliwe sposoby. Wyrzuca z siebie historie, krótkie, ale wyraziste, nie gryzie się przy tym w język, puszczony ze smyczy a jednocześnie jest w jej narracji precyzja i chaos, poetyckość i wulgarność, wielki apetyt na życie i niestrawność.
Jest w końcu i trzecia bohaterka, o której wiemy najmniej. To Zuzanna, córka Romy, wnuczka Ślązaczki, cudowne dziecko z absolutnym słuchem, pianistka, która w swojej dziedzinie oczarowała świat, a na pewno Japonię, gdzie ponoć na jej punkcie wszyscy zwariowali. W wieku 12 lat dawała koncerty w Tokio, ale mając lat 18 zostawiła rodzicom kartkę, krótko komunikując: ,,Wyjeżdżam. Nie szukajcie mnie, bo to się dla wszystkich źle skończy” (s. 23). Kończy się koncertowanie, muzykowanie, nie ma śladu ani po cudownym dziecku, ani po córce, ani nic. Czasami głuchy telefon, z którego można wnioskować, że po drugiej stronie stoi Zuzanna, czasami list, z którego wynika, że żyje, ma się dobrze, ale powrotu do tego, co było, nie ma i nie będzie.
„Krótka wymiana ognia” – niechciana sukcesja
,,Krótka wymiana ognia” na niespełna dwustu stronach obejmuje kawał historii (od początków II wojny światowej po współczesność), opowiadanej, odczuwanej i przeżywanej przez kobiety. Całe szczęście, bo gdyby mężczyzna miał tę opowieść wziąć na warsztat, mielibyśmy 600 stron i rozhamletyzowanego bohatera, w którym Polska by się przeglądała, jak w lustrze. Zyta Rudzka serwuje nam pospieszne migawki, krótkie serie rozdziałów, jeszcze krótsze akapity, utkane ze zdań precyzyjnie nieprecyzyjnych, odwołujących się bardziej do czytelniczej intuicji, niekłaniających się w pas akuratności i gładkości. To proza nieoczywista, nielinearna, nieco czasami wykolejona, nad którą nie zawsze czuje się warsztatową kontrolę, co jest i zarazem nie jest zarzutem.
Ale przede wszystkim jest to powieść o ,,życzliwym wzroku spadkobierczyni” (s. 111). Tak tę historię odbieram. O czymś, co być może jest (było?) obowiązujące w historii kobiet. Że są spadkobierczyniami losów swoich matek, babek i prababek, dziedziczkami czegoś niewypowiedzianego, niewysłuchanego, niewypłakanego i niezrozumiałego. I że z tym bagażem radzą sobie na różne sposoby. Jest w tym jakaś bardzo na serio straceńcza misja odpychania od siebie niechcianej sukcesji, a jednocześnie podszyta jest ona przychylnością. Nawet, jeżeli zamanifestuje się w postaci kartki z informacją: ,,Nie szukajcie mnie, bo to się dla wszystkich źle skończy”, nie oznacza to, że jest w tej groźbie coś skończonego i wiecznego. Nie jest to w ogóle groźba (chyba). To jest coś zgoła innego.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
