Pod koniec 2022 roku wyszła nowa książka Zyty Rudzkiej ,,Ten się śmieje, kto ma zęby”. Zaraz też pojawiły się opinie, że to powieść wybitna (Wojtek Szot), że wióry lecą, kiedy autorka bierze się za cielesność i starość (Justyna Sobolewska), że mistrzowsko pracuje w języku i z językiem (Sylwia Góra), że fenomen, arcydzieło akrobatyki (Wojciech Stanisławski). Chwilę później pojawiły się podsumowania czytelnicze za poprzedni rok, w których powieść Rudzkiej stała wysoko, a czasami najwyżej. Można też było trafić na inne opinie, odmienne. Że język, brawura i wióry jednak męczą i rozczarowują (buchbuchbicher.blogspot.com). Że mamy tutaj recykling wcześniejszych pomysłów, że autorka przepisuje samą siebie (Karolina Felberg). Krytycznych opinii pojawiło się mniej, przeważały zachwyty i gratulacje.
Ani wybitna, ani rozczarowująca
,,Ten się śmieje, kto ma zęby” jest powieścią nierówną. Na pewno nie jest to rzecz wybitna, ale też nie rozczarowuje. Ma lepsze i gorsze momenty. Język, owszem, jest miejscem, gdzie sporo się dzieje, ale jednocześnie jest tak pomyślany, wydestylowany, że ma jednak swoje ograniczenia. Po pierwszych stronach przyswajamy sobie specyficzny rytm i rym powieści, żeby dalej, przez długie partie książki, otrzymać mniej lub bardziej udane frazy, które zbyt skupione na swojej efektowności gubią się, zatracają, a ich nagromadzenie sprawia, że coś, co mogłoby ewentualnie zachwycać, staje się rzeczywiście męczące i nużące. Ten stan zmienia się, kiedy (tak mniej więcej od osiemdziesiątej strony, a więc po lekturze 1/3 powieści) Wera, bohaterka i narratorka, spotyka na swojej drodze kobiety i mężczyzn, z którymi łączyło ją w przeszłości coś więcej niż tylko przelotna znajomość. Wtedy też – wbrew pozorom – język przestaje odgrywać główną rolę, nie zajmuje się sobą, schodzi na drugi plan, dzięki czemu na powierzchnię wypływają emocje, dramaty, niejednoznaczne postawy, tragiczne i komiczne, prawdziwe i fałszywe, wygrane i przegrane jednocześnie postacie, w tym przede wszystkim Wera. Jednym słowem dopiero wtedy powieść nabiera rumieńców, zyskuje na każdym poziomie – fabuły, dramaturgii, języka, emocji, zaskakując, wzruszając, bawiąc i nie tylko.
Wera idzie w miasto
Na pierwszym planie to dość prosta historia. Werze umiera mąż, Dżokej. Trzeba w związku z tym wezwać lekarza, który stwierdzi zgon, później firmę pogrzebową, która zabierze ciało z mieszkania. Koniecznie trzeba ruszyć w miasto, by załatwić wszystkie potrzebne formalności, związane z pogrzebem. Będzie to trwało kilka dni, aż w końcu Dżokej zostanie pochowany. Przydałaby się na końcu też stypa, bo dlaczego by nie. Wokół tych spraw Wera będzie chodzić. W międzyczasie dowiemy się, że Wera przez długie lata prowadziła salon fryzjerski, potem zajmowała się handlem na targu, a poznajemy ją w chwili, kiedy ledwo wiąże koniec z końcem, wydaje się, że żyje od pewnego czasu na granicy minimum egzystencji i wszystko wskazuje na to, że tę granicę wkrótce przekroczy (chociaż ten wątek nie wybrzmiewa zbyt mocno w powieści), a może nawet dawno tę granicę już przekroczyła. W tej sytuacji, często w głodzie, spróbuje zdobyć pieniądze na buty dla denata i żeby wódkę na stole postawić, kiedy Dżokej zostanie pochowany w ziemi. Nie będzie to łatwe i wie to każdy, kto kiedykolwiek znalazł się w takiej sytuacji. I nie chodzi o śmierć, chociaż o nią również, ale przede wszystkim o to, że wszystko się sprzedało, co miało jakąkolwiek wartość, w mieszkaniu nie ma już niczego cennego, poza pucharami Dżokeja, w lodówce pusto (i nie jest to eufemizm), trzeba ruszyć w miasto, bo inaczej nici z butów i stypy.
Tam, gdzie skarb twój
I to właśnie od tego momentu, kiedy Wera idzie w miasto, odkrywając mimochodem przed czytelnikiem swoją biografię erotyczno-towarzysko-biznesową (chociaż ta trzecia składowa jest nieco na wyrost), powieść wypada najlepiej. Trudno też uznać, że ,,Ten się śmieje, kto ma zęby” jest powieścią realistyczną. Nawet jeżeli sama autorka na ostatniej stronie okładki twierdzi, że Wera jest nie do zdarcia, wszystko straciła – męża, pracę, dorobek, a pomimo tego żyje na własnych warunkach. I że Zyta Rudzka spotyka ciągle takie kobiety, które (jeżeli serio traktować ten zapis) żyją na granicy nędzy, ale mają to głęboko gdzieś, bo kochają kogo chcą i żyją jak chcą. Jest w tym na pewno trochę prawdy, to znaczy, że każdy z nas być może kogoś takiego spotyka, kto żyje jak chce lub tak, że nie ma co do garnka włożyć. Ale te dwa światy nie idą w parze i w tym sensie nowa powieść Rudzkiej jest w dużej mierze fantazją o kobiecie, która łączy w sobie te dwa nieprzystające do siebie puzzle.
Można też dostrzec w historii Wery pewną przypowieść o ludzkim losie, taką nieco w ewangelicznym duchu lub – ubierając się we współczesne wdzianka – dzisiejszych szamanów, którzy przekonują, że jest wiele równoległych światów i na pewno w jednym z nich jesteśmy bogaci, szczęśliwi i spełnieni. W tym znaczeniu można by powiedzieć za jednymi (ewangelicznymi apostołami) lub drugimi (współczesnymi coachami), że nowa Rudzka przekonuje o tym, że tam gdzie jest nasz skarb, czy też to, co traktujemy, jak skarb, tam też jest nasze serce.
Wera niewątpliwie coś takiego – skarb to, czy nie skarb, trudno ocenić – nosi w sercu. Nikomu o tym nie powie, ale co to jest, jakie ma znaczenie i co z tego wynika, dowiecie się, sięgając po ,,Ten się śmieje, kto ma zęby”. Jak kto ze Wschowy, to można wypożyczyć w bibliotece. Wypożyczyłem i niedługo oddam, jakby co, bo trzeba oddawać, jak się pożyczyło z biblioteki.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
