Bukmacherzy wieszczą, że w tym roku dwa filmy mają spore szanse, żeby zgarnąć kilka znaczących statuetek. Są to ,,Na zachodzie bez zmian” 52-letniego Edwarda Bergera oraz ,,Wszystko wszędzie naraz” w reżyserii Daniela Kwana i Daniela Scheinerta (obaj 35-latkowie). Jeszcze miesiąc temu ten pierwszy obraz wydawał się pewniakiem, kiedy nieoczekiwanie zdominował brytyjski odpowiednik Oscarów, czyli Bafty, wygrywając niemal wszystkie najważniejsze kategorie w tym za reżyserię, najlepszy film, najlepszy film nieanglojęzyczny i scenariusz adaptowany. Ale na ostatniej prostej w wielu podsumowaniach amerykańskiej branży filmowej, to właśnie film ,,Wszystko wszędzie naraz” zdominował i zostawił daleko w tyle swoich konkurentów. I wygląda na to, że podobnie będzie na gali wręczania Oscarów.
„Na zachodzie bez zmian” – „Wszystko wszędzie naraz”
,,Na zachodzie bez zmian” powstał w oparciu o głośną, antywojenną książkę Ericha Remarqua o tym samym tytule. Kiedy film powstawał nikt jeszcze nie spodziewał się, że pod koniec lutego 2022 roku Rosja zaatakuje Ukrainę. Wydawałoby się więc, że obraz Bergera idealnie wpisał się w napiętą i niepewną sytuację świata zachodniego, ale pojawiły się głosy, które słusznie zwracają uwagę, że sytuacja w Ukrainie wyraźnie wywróciła pacyfistyczne marzenia Europy i całego świata do góry nogami. Większość krajów zrozumiała, że trzeba się zbroić, wydawać więcej pieniędzy na czołgi, broń, armie, a sama wojna w przypadku Ukrainy, która się broni przed najeźdźcą jest sprawiedliwą wojną w odróżnieniu rzecz jasna od niesprawiedliwej wojny, którą prowadzi Rosja. Stąd – ostatecznie – nie mamy dzisiaj nastrojów antywojennych, sam film wydaje się nieco odrealnionym obrazem, który zastał świat po 24 lutego w innym porządku i – czy tego chce, czy nie – w zupełnie odmienionej, wojennej niestety, logice.
Z kolei ,,Wszystko wszędzie naraz” zaczyna się niewinnie, sugerując rodzinny dramat, w którym umęczona do granic możliwości żona, matka i azjatycka imigrantka, prowadzi wraz z mężem rodzinny biznes, nie zauważając, że jej małżeństwo stoi nad przepaścią, a za chwilę zerwane zostaną ostatnie, wątłe zresztą, więzy, jakie łączą ją z queerową córką. Żeby tę rodzinę uratować, autorzy filmu uruchomią szaloną opowieść, inspirowaną filmami o superbohaterach i teorią wieloświatów. Okaże się, że główna bohaterka będzie musiała przejść histeryczną wręcz drogę przez dziesiątki swoich prawdopodobnych wcieleń, by zobaczyć samą siebie w innych scenariuszach życiowych. To z kolei da jej energię, by pokonać wszystkie przeszkody, w tym bandę złoli, czerpiących energię do walki, kiedy tylko nadzieją się (dosłownie) na dilda. Jest w tym filmie szaleństwo, którego chyba dawno nie było na dużym ekranie i pomimo tego, że na poziomie fabuły, cała rozbuchana fantazja, akrobatyka i woltyżerka służą bardzo prostej historii, to publiczność na całym świecie kupiła tę historię, zakochała się w niej, dając twórcom tym samym sukces komercyjny (budżet filmu wynosił 25 milionów dolarów, a zarobił już 105 milionów) i uznanie krytyków.
„W trójkącie”
Są oczywiście w puli nominowanych filmów zdecydowanie lepsze i ciekawsze historie, ale nie od dzisiaj wiadomo, że zdobycie Oscara, to suma wielu czynników, w tym pieniędzy wydanych na promocję, politykę tożsamościową, politykę w ogóle, różnego rodzaju trendy, które nie mają ze sztuką filmową niczego wspólnego, a czasami – jak to bywa w życiu – kolesiostwo i tego typu atrakcje. Niemniej tegoroczne nominacje uwzględniły wiele docenionych w 2022 roku filmów, jak ,,W trójkącie” ze Złotą Palmą w Cannes w reżyserii Rubena Ostlunda, który jest może i satyrą na kosmicznie bogatych ludzi, ale odnosi się wrażenie, że kiedy na ekranie pojawiają się końcowe napisy, to jedyna grupa ludzi, która ma ubaw z tego obrazu, to miliarderzy, którzy tak czy siak mają hajs i żyją jak chcą. A pozostali też żyją, no przecież, ale żadni z nich moralni zwycięzcy, ani ludzie, z którymi kosmicznie bogaci miliarderzy podzielą się swoim bogactwem. Niedoczekanie. Zatem satyra Ostlunda może i jest zabawna, a chwilami nawet prześmieszna, ale nic z niej nie wynika. I po seansie – jedynie, co można zrobić, to kupić tanie wino w Biedronce, żeby przez chwilę podtrzymać tę filmową ułudę w sercu, a potem o poranku wstać z bólem głowy i kontynuować jedyną i znaną we współczesnym kapitalizmie kulturę zapierdolu.
Można też śmiało powiedzieć na bazie nominowanych filmów, że w 2022 roku żaden obraz nie otarł się o arcydzieło. Są filmy dobre i bardzo dobre, wzruszające, sentymentalne, czasami budzące kontrowersje lub otwierające szerokie pole do interpretacji, a przez to umożliwiające ciekawą dyskusję. Są naprawdę interesujące, pogłębione kreacje aktorskie, świetne montaże, ale tak czy siak, na końcu mamy jednak przewagę – powiedziałbym – starego świata, który wciąż płacze nad męską przyjaźnią, jęcząc coś ustami krytyków o kryzysie męskości (,,Duchy Inisherin”) albo lepi postać kobiety z męskiej, toksycznej logiki perfekcjonizmu i władzy (,,Tar”).
„Fabelmanowie” i „Blisko”
Z drugiej strony można zestawić takie filmy, jak ,,Fabelmanowie” w reżyserii 77-letniego Stevena Spielberga (nominowany w tym roku między innymi za najlepszy film, reżyserię, oryginalny scenariusz i najlepsza aktorka pierwszoplanowa) i belgijskie ,,Blisko” 32-letniego Lukasa Dhonta (zdobywca Grand Prix w Cannes, ubiegający się o Oscara w kategorii najlepszy film międzynarodowy). W obu filmach mamy wątek przemocy szkolnej. U Spielberga ma ona charakter rasistowski, jego bohater (alter ego reżysera) urodził się w żydowskiej rodzinie i gdzieś na poziomie liceum spotyka się z antysemityzmem i przemocą fizyczną. U Dhonta mamy nieco młodszych bohaterów, 13-latków, którzy przyjaźnią się i są bardzo blisko siebie, okazując sobie sporo czułości (bez podtekstów seksualnych). Około 16-letni Sammy w ,,Fabelmanach” (jest to pierwsza połowa lat 60.) słyszy od swoich prześladowców (młodych, wysportowanych blond młodzieńców), że skoro jest Żydem, to jest odpowiedzialny za śmierć Chrystusa i zmusza się go, by za to przeprosił, jego nazwisko jest za każdym razem przekręcane, a on sam dostaje porządnie po mordzie. Sammy, owszem, ma z tym problem, ale jakoś nie odczuwa się, by to znęcanie miało wpływ na jego życie (w filmie tego nie widać, ale w rzeczywistości młody Spielberg porzucił Judaizm, kiedy kolejna przeprowadzka rodziców zakończyła się tym, że w okolicy nie mieszkali Żydzi, a nastroje antysemickie wokół miały się dobrze). W filmie Spielberga jego młody bohater jest niczym człowiek z żelaza, będzie płakał w poduszkę, zaciskał zęby, ale nie da się złamać. Można by uznać, że przemoc jest tam traktowana jak szczepionka. Inaczej to wygląda u belgijskiego reżysera. Tutaj też główne postacie zaczynają nowy etap edukacji, coś jakby gimnazjum po szkole podstawowej i stykają się z nową grupą rówieśników. Ich zażyłość i przyjaźń jest na tyle intensywna, że rzuca się w oczy. W rezultacie obaj są konfrontowani z pytaniami o to, czy są parą, a czasami zdarza się, że jeden z nich zostanie nazwany pedałem. I okazuje się, że chłopcy nie są z żelaza, nie zaciskają zębów, nie idą przez życie z wysoko podniesioną głową, przeciwnie, ich przyjaźń się rozpada, a skutków tego rozpadu nie sposób przewidzieć. W świecie Spielberga mamy świat, który może i jest okrutny i przemocowy, ale wszyscy przebywają w jego logice – ofiary i kaci. U Dhonta wbrew pozorom świat jest idylliczny niemal (dzieciaki palną coś głupiego, ale nie za bardzo zdają sobie sprawę z tego, co robią i nie ma to charakteru systemowego), przez co jego uczestnicy nie są w żaden sposób odporni, łatwo ich zdmuchnąć z planszy, nawet mimochodem, w pewnym sensie nieświadomie.
„Wieloryb”
Te dwa światy są obecne w filmach nominowanych do tegorocznych Oscarów. Czasami są one tak odległe, jak między ,,Fabelmanami” i ,,Blisko”, czasami się przenikają, jak w ,,Tar” (reżyseria Todd Field, 59 lat) lub ,,Duchach Inisherin” (reżyseria Martin McDonagh, 52 lata), a czasami skupiają się w jednej postaci, jak w ,,Wielorybie” Darena Aronofsky’ego (54 lata). I chyba Aronofsky stworzył najbardziej przejmującą postać w 2022 roku, a jedna z pierwszych scen w tym filmie (Brendan Fraser i Hong Chau nominowani w kolejności za najlepszą pierwszoplanową rolę męską i najlepszą drugoplanową rolę kobiecą) mówi nam więcej niż długie partie w innych. Widzimy oto Charliego, mężczyznę z otyłością, około 350 kilogramów, masturbującego się do pornograficznego, gejowskiego filmu, wyświetlanego na laptopie. Kiedy dochodzi, zaczyna odczuwać silny ból w klatce piersiowej, bierze do rąk esej, napisany przez osobą płci żeńskiej, poświęcony ,,Moby Dickowi” i czyta na głos, co go uspokaja. Za chwilę dowiemy się, że mamy do czynienia z wykładowcą akademickim, gejem, który w przeszłości był w związku małżeńskim z kobietą, mieli córkę, obie je zostawił dobrych kilka lat temu dla miłości swojego życia, studenta, z którym przez jakiś czas tworzył szczęśliwy związek. Ta krótka, otwierająca film scena, wprowadza nas w sam środek życia Charliego – jest tak sugestywna, a postać zbudowana przez Brendana Frasera tak wielowymiarowa, że wszystkie inne postacie w tym filmie wypadają przy niej blado, a ich historie w żaden sposób nie stanowią przeciwwagi dla losu głównego bohatera. Film przez to nie jest w stanie utrzymać odpowiedniej dramaturgii, kiedy tylko skupia się na innych postaciach, niemniej gdybym miał wybrać najlepszy pierwszy akt 2022 roku – pochodziłby on właśnie z filmu Aronofsky’ego. Niewinność, ciepło i empatia w oczach Charliego oraz jego literaturoznawczy profesjonalizm w połączeniu z autodestrukcją pozostaną w moim sercu na długo. Pewnie na zawsze.
„Aftersun”
Miałbym problem z wyborem najlepszego drugiego aktu w ubiegłorocznych filmach. Natomiast nie miałbym wątpliwości przy wyborze trzeciego, ostatniego aktu, bo ten pojawił się w filmie ,,Aftersun” (tutaj jedynie nominacja dla Paula Mescala w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy). Problem jest taki, że nie mogę o nim powiedzieć ani słowa, bo – wiadomo – spoilery. Na pewno warto śledzić losy 35-letniej Charlotte Wells, reżyserki, która zadebiutowała tym filmem i stworzyła skromne, ale kompletne dzieło z zakończeniem, które w sposób fenomenalny zbiera wszystkie tropy, rozrzucone po drodze, nadając im tak głęboki sens, tak prawdziwy, a zarazem w sposób niezwykle emocjonalny, że czegoś takiego nie było w kinie od lat, a może nawet nigdy. I musiałbym powiedzieć, że obok ,,Blisko” jest to jedyny film, który przynosi nową wrażliwość filmową, czuje się, że wyrosła ona w zupełnie innej epoce, że jest blisko współczesności i że to do niej należy przyszłość w światowym kinie.
Moi faworyci
Gdybym przyznawał Oscary na bazie tegorocznych nominacji, to mój werdykt w niektórych kategoriach wyglądałby następująco:
Najlepszy film
,,W trójkącie” Ruben Ostlund
Najlepszy aktor pierwszoplanowy
Brendan Fraser “Wieloryb”, ale gdybym mógł, wręczyłbym też Paulowi Mescalowi za ,,Aftersun”
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa
Ana De Armas, “Blondynka”
Najlepszy aktor drugoplanowy
Barry Kheogan, “Duchy Inisherin”
Najlepsza aktorka drugoplanowa
Hong Chau, “Wieloryb”
Najlepszy scenariusz oryginalny
Ruben Ostlund “W trójkącie”
Najlepszy film międzynarodowy
,,Blisko” Lukas Dhont
Najlepszy montaż
Monika Willi, “Tar”