Miasto jest wspólne, miasto jest nasze

Na Hello Wschowa kilka dni temu pojawił się post mieszkańca Wschowy, w którym informował, że zamierza kandydować do Rady Nadzorczej Spółdzielni Mieszkaniowej. ,,Chcę mieć wpływ i wiedzę na podejmowanie (…) istotnych decyzji, dotyczących nas wszystkich. Pragnę aby się zmienił proces podejmowania kluczowych decyzji, poprzedzonych konsultacjami z mieszkańcami” – napisał. Pomyślałem, że to dobry przykład, właściwie idealny, by w nieco szerszym znaczeniu pokazać, że właśnie w ten sposób należałoby traktować zbliżające się wybory samorządowe. Że do pewnego stopnia mieszkańcy nie mają wyjścia, jeżeli chcą tym razem dokonać dobrego wyboru. Trzeba w ten proces się zaangażować, choćby w minimalny sposób.

Minimum zaangażowania

Raczej większość z nas myśli podobnie, jak przywołany wyżej mieszkaniec. Chcielibyśmy, mówiąc najprościej, mieć wpływ na niektóre sprawy w samorządzie, odpowiednią wiedzę, dobrze by było, aby coś się zmieniło. Obserwując aktywność przyszłych kandydatów na burmistrza (W. Kuryłło, T. Kłosowski, P. Gliński w radzie miejskiej) ale przede wszystkim komentarze, które pojawiają się w związku z ich aktywnością (najwięcej ostatnio przy okazji wpisów W. Kuryłło), jestem przekonany, że bez minimum zaangażowania ze strony mieszkańców, wybory będą powtórką z rozrywki, odtworzeniem dotychczasowych kampanii wyborczych, gdzie opozycja: my (mieszkańcy) kontra oni (kandydaci na burmistrza), miała się do tej pory całkiem dobrze. Myślę, że tego raczej byśmy nie chcieli, bo od 2002 roku, kiedy wybiera się burmistrza w bezpośrednich wyborach, ten model się nie sprawdził.

Gdy byłem dzieckiem, myślałem jak dziecko

Żeby to sensownie zilustrować, najlepiej będzie przywołać konkretną sytuację. Pod wpisem W. Kuryłło na fb z 9 maja pojawił się taki oto komentarz, cytuję: ,,przedstawiłeś ocenę obecnej sytuacji. Teraz czas na Twoje propozycje zmian w tym zakresie. Oczekuję konkretnych propozycji i sposobów ich realizacji. Wierzę, że poruszyłeś ten temat, bo masz pomysły, które są wykonalne biorąc pod uwagę sytuację ekonomiczno – finansową gminy. Ja osobiście nie chcę już od nikogo koncertu życzeń, których nie uda się zrealizować”. Znam autora tego komentarza, pewnie dlatego zwrócił moją uwagę, poza tym jesteśmy z tego samego rocznika, niemniej myślę, że ten komentarz idealnie oddaje postawę osób, które sporo już widziały we Wschowie, łącznie z najbardziej cyniczną w historii tego miasta kampanią wyborczą urzędującego burmistrza (to rzecz jasna moja opinia, bo nie mam pojęcia, czy autor przywołanego wyżej komentarza podziela ten punkt widzenia). Nie porwą nas diagnozy, które bez względu na sympatie do tego lub innego, przyszłego kandydata na burmistrza, wszyscy mamy podobne. Myślę, że dobrze ilustruje to znany fragment ze starej księgi: ,,Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce”. Parafrazując ten znany cytat trzeba by powiedzieć, że owszem – 4, 8, 12 lat temu mogło nam się wydawać, że wystarczy diagnoza i  koncentracja wokół bardzo konkretnej krytyki przeszłości i zupełnie niekonkretnej, ogólnej, mało precyzyjnej wizji przyszłości, która w efekcie sprowadzała się w każdej kadencji do zupełnego zerwania z przeszłością, brakiem kontynuacji tego, co było dobre i wykluczeniem osób, które dla tego miasta miały serce, pomysły i dobrą energię. Tak, to skupienie się jedynie na krytyce i mało precyzyjnym programie wyborczym miało w sobie dziecięctwo i naiwność.

Kiedy stałem się mężem

Pozornie może się wydawać, że wyzbycie się tego, co dziecięce będzie skutkowało wymaganiem od kandydatów bardziej dojrzałej wizji miasta. Wydaje mi się, że jednak nie. Że ,,kiedy stałem się mężem” oznacza co innego. A mianowicie wzięcie na siebie co najmniej minimalnej odpowiedzialności za przyszłe wybory. Na czym miałoby to polegać? Ano na zerwaniu z naiwnym myśleniem, że jedna osoba (kandydat na burmistrza, kimkolwiek by on nie był) jest w stanie zaoferować mieszkańcom taki model samorządu, w którym wszyscy będą czuli się dobrze. Jest to niemożliwe i pokazały to dotychczasowe kadencje. Komentarz mieszkańca pod wpisem W. Kuryłło jest całkiem ok., jeżeli mielibyśmy poprzestać na tym, co było do tej pory. Wydaje mi się jednak, że lepszym rozwiązaniem byłoby spotkanie się z takim lub innym kandydatem (każdy będzie miał tutaj swoje sympatie, wiadomo), rozmowa z nim, a nawet przekazanie mu własnych uwag, pomysłów, spostrzeżeń. To nazwałbym minimalnym zaangażowaniem. Niechby każdy to zrobił wobec swoich upatrzonych kandydatów na burmistrza. Nie wiem, czy to jest możliwe, ale jestem przekonany, że to jest niezbędne. Będzie okazja lepiej się poznać, ba, przekonać się, czy kandydat jest w ogóle otwarty na taką rozmowę, a w konsekwencji, czy może z tego powstać coś sensownego i praktycznego. Jeżeli chcemy mieć wpływ, poznać mechanizmy, jakie rządzą kampanią wyborczą, zrozumieć lepiej samorząd, to nie ma innego wyjścia. Bycie  dzieckiem, mówienie, jak dziecko, co pokazują komentarze w internecie (brawo, super, idealnie albo – z drugiej strony – pan już był za Grabki, pan już był za Patalas, kim pan jest itd., itp.) świadczą jedynie o tym, że jesteśmy na dobrej drodze, by powtórzyć wszystkie dotychczasowe błędy z poprzednich wyborów samorządowych.

Miasto jest wspólne, miasto jest nasze

I nie mam tutaj na myśli takich typowych interakcji, że oto idzie kandydat ulicą, a my mu powiemy, że jest dziura w chodniku, ulica też dziurawa, a kwiatki nie rosną, biada nam wszystkim, młodzi ludzie wyjeżdżają, zakładów pracy nie ma, Ikei nie ma, panie kochany. Raczej chciejmy zrozumieć dlaczego tak jest, co jest możliwe do zrobienia, jak można to zrobić, gdzie są granice wschowskiego samorządu, a gdzie szanse, by się rozwijał. Skąd się biorą pieniądze w samorządzie i na co są przeznaczane. Powiem więcej – wyobrażam sobie i taką sytuację, że to mieszkańcy organizują pikniki wyborcze, na które zapraszają kandydatów i rozmawiają z nimi o Wschowie. Mieszkańcy organizują, nie kandydaci. I nie po to, by kandydaci podchodzili do mikrofonów i robili sobie z tego kolejny maraton wyborczy. Raczej ot tak, po prostu, by spotkać się w mniej nadętej scenerii, bez tego podziału: my (mieszkańcy) – oni (kandydaci), by tworzyć wspólną mapę samorządowych pilnych i mniej pilnych spraw. Jest na pewno kilka osób w mieście, z którymi można takie pikniki zorganizować. Bo – tak myślę – to nie mogą być kolejne wybory, gdzie kandydaci na burmistrza przejmą mniej lub bardziej udaną opowieść o mieście. Miasto jest wspólne, miasto jest nasze. To muszą być wybory, w które mieszkańcy się zaangażują na wiele sposobów. Tak na marginesie znam sporo osób, które twierdzą, że chcą tym razem, chciałyby/chcieliby zaangażować się, nie stać z boku, nie przyjmować biernej postawy. I myślę, że to jest klucz. Tak tylko uda nam się lepiej poznać, a może nawet współtworzyć wizję Wschowy po 2024 roku i w rezultacie oddać głos na właściwego kandydata.

Foto wykorzystane w grafice: Aline Viana Prado z Pexels

Dodaj komentarz