O ,,Szczęściu” Magdaleny Miecznickiej pisze się i mówi różnie. Wystarczy przytoczyć dwie skrajnie odmienne opinie. Pierwsza przekonuje, że powieść na każdym poziomie jest zła, a autorka nie ukrywa nienawiści do kobiet (Olga Wróbel w Gazecie Wyborczej). Druga przeciwnie, że powieść jest dobra, że wymierza sprawiedliwość dziejową polskiemu mieszczaństwu i że mamy do czynienia ze zjadliwą satyrą na patriarchat (Karolina Felberg, wpis na fb z 20 czerwca), a głównym tematem jest nieodpłatna (reprodukcyjna) praca kobiet, wykonywana w domu (też Karolina Felberg w TokFM).
Inne emocje
Wokół książki krążą też inne emocje. Rafał Woś (wpis na fb z 24 lipca), czytając recenzję Olgi Wróbel nie ma wątpliwości, że środowiska spod znaku GW nie lubią Miecznickiej, rzuciły na nią klątwę i niszczą wszystko, co jest podpisane nazwiskiem autorki. Felberg w audycji ,,Nagłe zastępstwo” Jakuba Janiszewskiego (TokFm) powie, że gdyby powieść wyszła spod pióra osoby, niekojarzonej z prawicą, byłaby szeroko omawiana, a tak to mamy jedynie hejt. Janiszewski stwierdzi więc, że przecież to nic innego, jak definicja grajdołu, podszytego gigantycznym, intelektualnym strachem. Mamy więc już prawie figurę rodem z Dawida Lyncha, z tą różnicą, że u amerykańskiego reżysera strach przybiera postać potwora, którego w każdej chwili możemy spotkać za rogiem, a w polskim grajdole literackim wyraża się on intelektualną dezercją. O światłej Warszawie, która nie polubiła najnowszej powieści Miecznickiej wspomina również Wojciech Stanisławski w ,,Tygodniku Sieci”. W tym wypadku jednak ,,Szczęście” szeleści autorowi starymi numerami ,,Vivy”.
Fabuła i najważniejsze postacie
Powieść zaczyna się dwa dni przed Wigilią 2020 lub 2021 roku i kończy mniej więcej miesiąc później, czyli pod koniec stycznia. Mamy Polskę, a właściwie Warszawę Covidovą, w tle pojawiają się maseczki, obawy przed zarażeniem i ostrożność w kontaktach (niezbyt nachalnie, ale dla fabuły będzie to miało znaczenie). Narratorką jest 42-letnia Agata i to ona przeprowadzi nas przez ponad 350 stron powieści. Jest matką dwóch chłopców, sprząta, gotuje, pierze i w sumie wygląda na to, że większość prac, związanych z domem jest na jej głowie. Kiedyś, przed urodzeniem dzieci pracowała w redakcji ogólnopolskiej pewnie gazety, miała etat, obecnie bez stałej pracy, od czasu do czasu zamawiane są u niej teksty (za wywiad z reżyserką teatralną redakcja zapłaci jej tysiąc złotych). Ma mieszkanie na Grochowie, kupione jeszcze przed ślubem. Owszem, kredyt jest we frankach szwajcarskich (rata cztery tysiące złotych), ale mieszkanie wynajmuje, więc jakoś to składa w całość, chociaż bez rewelacji. Na pewno od czasu do czasu sprzedaje coś na allegro, by podreperować swój budżet.
Od dwóch lat spotyka się z siepaczem prawicowej publicystyki, ale tak, by nikt o tym nie wiedział, bo jest przecież związana przysięgą małżeńską z innym mężczyzną. Publicysta ma na imię Tomasz i Tomasz bez wątpienia jest człowiekiem z wizją i jak każdy kto wyznacza sobie wielkie cele, chroni Polskę, a przynajmniej tak mu się wydaje, przed świeckim Zachodem. Takiego rozmachu na pewno nie ma Marcin, mąż Agaty, prawnik, ale nie ma to raczej większego znaczenia w ocenie ich małżeństwa, które niewątpliwe szczęśliwe nie jest, jak to bywa w niektórych lub u większości małżeństw (niepotrzebne skreślić). No jest między nimi, mówiąc najkrócej, fatalnie i w sumie oboje mogliby się rozstać, ale nie jest to takie proste. A na pewno nie dla Agaty. Dom na Saskiej Kępie (trzy czwarte domu), w którym mieszkają jest Marcina (kredyt w banku, ale zdaje się, że w złotówkach, kupiony po ślubie), poza tym ona lubi ten dom, ale nawet gdyby miała z niego zrezygnować, to jednak jej sytuacja finansowa skomplikowałaby się po ewentualnym rozwodzie. No i przede wszystkim są dzieci, a Agata nie chce, by jej synowie zostali wplątani w rozterki rodziców, którzy po dziesięciu, czy dwunastu latach małżeństwa nie mają względem siebie żadnych dobrych uczuć. Agacie wystarczą jej własne doświadczenia z dzieciństwa, bo ciągną się za nią (i jej siostrą) przez całe dorosłe życie.
Kobieta, która ugrzęzła w rodzinie
O czym więc jest ,,Szczęście”? Na pewno o kobiecie, która ugrzęzła w rodzinie, w błocie, jak sama o tym myśli; w małżeństwie, które okazało się projektem, służącym do niszczenia siebie nawzajem. Składa się na to kilka spraw, typowych dość, jak fakt, że oboje do siebie nie pasują, że model rodziny z tradycyjnym podziałem ról uwzględnia poświęcenie kariery na rzecz wychowania dzieci, ale zupełnie rozjeżdża się, kiedy wychodzi na to, że kobieta w efekcie zarabia ,,totalne grosze (…) w razie rozwodu nie mam niczego” (s. 13). A pomimo tego, przekonuje nas narratorka, trzeba w tym trwać, bo dzieci są najważniejsze. Trudno, zdaje się mówić Agata, jest jak jest, innego życia nie ma. To znaczy – inne życie być może jest, i wcale nie o to chodzi, że narratorka wzrusza lekceważąco ramionami, bo przecież nie robi tego, przeciwnie, czuje do siebie wstręt i do wszystkiego, co było z nią w jakiś sposób powiązane, bo na koniec okazywało się to ,,wstrętne i skażone, i nie takie, jakie powinno być” (s. 342).
Klasowość, pokoleniowość, koncepcja piękna/syfu
Być może na szerszym planie mielibyśmy opowieść o klasie średniej, wywodzącej się z pokolenia, które w pierwszych latach XXI wieku wchodziło w dorosłe życie, kończyło studia i zaczynało karierę zawodową, a w międzyczasie ,,wszyscy odkryli koncepcję piękna dopiero wtedy, kiedy wyjechali na Zachód, w przeciwieństwie do koncepcji syfu, którą znali od urodzenia” (s. 54). Kariera w dużym mieście, jaka by nie była, zobowiązywała. Więc, żeby koncepcję piękna osiągnąć, zdarzało się, jak w przypadku Agaty, łapać się na tym, że przykładało się mniejszą wagę do wyboru życiowego partnera, za to zdecydowanie więcej czasu zajmował dobór zasłon do salonu. Jest w ogóle w ,,Szczęściu” cały zestaw kroków, które w klasowym tańcu regulują rytm mieszczańskiego życia. Posiadanie sypialni, salonu, gabinetu i ogrodu wokół domu (czego rzecz jasna koncepcja syfu nie uwzględniała), równoznaczne było ze ślubem w jednym z trzech ,,starych, pięknych warszawskich kościołów” (s. 86) itd., itp.
,,Dania jest więzieniem”*
Coś się w tej powieści rozstrzyga na poziomie fabuły, bo prawdę mówiąc wszystko rozbija się o to, jak potoczy się romans Agaty z Tomaszem, i czy jej małżeństwo z Marcinem ostatecznie się obroni. Niewątpliwie w konstrukcji narratorki pobrzmiewają echa wszystkich bohaterów literackich (i nie tylko), którzy dość intensywnie obserwują swoje otoczenie rodzinne, zawodowe i społeczne, dostrzegają niespójność, konformizm itp., ale na takim felietonowym poziomie. Wydają się czasami błyskotliwi (ci wszyscy bohaterowie literaccy), a innym razem w swojej błyskotliwości okrutni, ale na końcu okazuje się, że wypowiadają te wszystkie mniej lub bardziej słuszne sądy z poziomu więzienia, w którym się znajdują. W przypadku Agaty więzieniem jest oczywiście jej rodzina, jak również sposób, w jaki się definiuje poprzez splątane węzły swojego dzieciństwa, ambicji zawodowych, społecznych (w tym klasowych) oczekiwań, posiadania dzieci, kredytu, męża, kochanka, braku stałej pracy i tego typu spraw.
Nie ma rozwiązania
Na poziomie idei może wydawać się rozczarowująca. Karolina Felberg bodajże w wywiadzie z Magdaleną Miecznicką w Radio Kapitał przekonuje, że autorka w ,,Szczęściu” mówi jak jest, że nie pudruje, nie buduje alternatywnych rozwiązań, a jedynie rejestruje sytuację kobiet w takich a nie innych realiach. Mielibyśmy więc dość pesymistyczny obraz, z którego wynika, że nie ma rozwiązania, a jeżeli jest, to w tak zbudowanym modelu społecznym, niekoniecznie coś od nas zależy. W sumie, to nic. Wygrywają ci, którzy podejmują decyzje (mężczyźni), przegrywają za to jednostki, które z jakichś mniej lub bardziej obiektywnych powodów znalazły się w życiowym zapętleniu, a w związku z tym ich obszar wolicjonalny jest dość ograniczony, żeby nie powiedzieć spacyfikowany.
Jest różnie
Czternaście lat temu pisałem o pierwszej powieści M. Miecznickiej ,,Cudowna kariera Magdy M.” na takim literackim portalu, na poły amatorskim, na poły profesjonalnym. I pamiętam, jak jedna z komentatorek była zdania, że powieść, jako czytadło może być, ale doszukiwanie się czegoś więcej, wymagałoby od niej dużo dobrej woli. Mnie się debiut Miecznickiej podobał i w ogóle wszystko to, co miało miejsce wcześniej, czyli jej krytykę literacką, która rzeczywiście, jak pisze wspomniany wyżej Rafał Woś, przekłuwała od czasu do czasu balon przyzwyczajeń do pewnych sądów i opinii na temat literatury. Do tego stopnia jest to jakoś tam zapamiętane, że Olga Wróbel w przywołanej wcześniej recenzji dla GW, odwołuje się do tamtych czasów. Krytykowała nawet noblistów – przypomina autorka GW, dając tym samym do zrozumienia, że zapędom krytycznym Miecznickiej nie było końca. Więc ino uważajcie z kim macie do czynienia, bo jeszcze się zarazicie i też będziecie krytykować noblistów, a wiadomo przecież kto w Polsce krytykuje noblistów, prawda? (chociaż może przesadzam trochę z odczytaniem intencji O. Wróbel). Dlatego tym razem jestem skłonny powiedzieć, że ,,Szczęście” jest ciekawym czytadłem, czasami irytującym, a bywa, że i prowokującym, a jeżeli ktoś ma dużo dobrej woli, to wyciągnie coś więcej, być może nawet wszystkie te sprawy, na które zwraca uwagę Karolina Felberg.
* ,,Dania jest więzieniem”, to rzecz jasna cytat z ,,Hamleta”. Korzystałem z tłumaczenia Józefa Paszkowskiego.