Mikołaj Grynberg (artysta fotograf, pisarz i reporter) w grudniu 2021 roku pojechał na Podlasie, a tam spotkał osoby, które od kilku miesięcy robiły co mogły, by pomóc ludziom, przekraczającym nielegalnie granicę polsko-białoruską. Gdyby nie ich pomoc cześć uchodźców umarłaby w lesie, na drodze, w polu, na schodach ich domów. Z tego spotkania powstało dwadzieścia rozmów, a w efekcie książka ,,Jezus umarł w Polsce”, która miała premierę w lipcu tego roku.
Między ,,Zieloną granicą” a ,,Jezusem umarłym w Polsce”
Jeżeli ,,Zielona granica” jest filmem fabularnym, to książka Grynberga jest czymś na kształt dokumentu. Jeżeli filmowi zarzuca się uproszczenia, brak tła geopolitycznego, migracyjnego, czy pochwałę klasy średniej, która prawie, że na złość klasie ludowej robi sobie dobrze, pomagając uchodźcom, to ,,Jezus umarł w Polsce” skutecznie rozbraja te wzmożone żądania, wysuwane wobec filmu Agnieszki Holland. W książce Grynberga jest chyba wszystko, co wiąże się z sytuacją, nazywaną w oficjalnym przekazie ,,kryzysem humanitarnym na granicy polsko-białoruskiej”. Jest to w sumie tak bezpieczna fraza, ten ,,kryzys humanitarny”, że właściwie można by się rozejść do domów już teraz i nie zawracać sobie tym głowy. W kraju, w którym od kilku lat od rana do wieczora słyszy się od polityków, że nastąpił koniec wszystkiego od wolności po demokrację (cokolwiek miałoby to znaczyć), a z drugiej strony, że wszystko dopiero teraz nabiera rumieńców, bo jest godność, duma narodowa, a nawet Bóg i ojczyzna są, to na tym tle ,,kryzys humanitarny” wygląda z daleka na jakoweś zdarzenie, co do którego nie ma pewności, że w ogóle miało miejsce.
Jest tutaj wszystko, jest tutaj o wszystkim
Więc książka Grynberga jest o wszystkim lub prawie o wszystkim w kontekście wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej. Padają tam zdania o handlu ludźmi, bo zdarza się spotkać w lesie grupę kilkunastoletnich dziewczyn/uchodźczyń z podejrzanym opiekunem. Trafimy na opowieści o przemytnikach, którzy w sytuacjach granicznych, np. wtedy, kiedy wiedzą, że nie są w stanie dotrzeć na czas do swoich klientów/uchodźców, a grozi jednemu z nich śmierć z wycieńczenia, głodu, hipotermii itp., proszą wtedy o pomoc zaangażowanych mieszkańców Podlasia, by udali się na ratunek w wyznaczone miejsce. Od czasu do czasu trafi się na przemytnika, który do tego stopnia wypracował sobie system zarobkowy, że jak tylko przeprowadzi kolejną grupę uchodźców przez zdradliwe, leśne ścieżki po polskiej stronie, daje się złapać Straży Granicznej, a przerzucony za druty lub mur, werbuję kolejną grupę po stronie białoruskiej i tak się – można by rzecz – życie toczy, jak w dniu świstaka. Przeczytamy czasami o jakiejś grupie uchodźców, zamawiających z rozbrajającą szczerością fajki i colę, no bo jak się czeka na transport w lesie, to fajnie byłoby posilić się colą i zapalić papierosa. Każdy to wie. Jeżeli ktoś będzie uważnie czytał, dotrze do miejsca, w którym jedna z rozmówczyń Grynberga mówi o swoich sąsiadach, cytuję: ,,(…) oni są PiS-owi, mimo, że są cudownymi ludźmi”. Kontekst jest taki, że nie mogłaby im powiedzieć, że przechowuje uchodźców w swoim domu, ale zaznacza, że sąsiedzi przynajmniej nie są wścibscy.
Można się szybciej zestarzeć
M. Grynberg oddaje elementarną sprawiedliwości osobom, które na Podlasiu ratują życie uchodźcom. Pomimo tego znajdziemy w książce i taką opinię jednej z rozmówczyń, że ludzie, którzy pomagają, wpadają czasami ,,w groźny trip”, stają się bogami, wszystko wiedzą lepiej, łapią takie poczucie sensu, które ich uzależnia, bo jak się ratuje od śmierci dziecko, starca, kobietę w ciąży, to dostaje się takiego egzystencjalnego kopa, że w rezultacie można stracić kontakt z bazą. Z drugiej zaś strony zdarzają się takie sytuacje, że idzie się do lasu ratować życie wycieńczonym uchodźcom, a można trafić na bojówkarzy, skrzykniętych na fb, którzy też poszli do lasu, by las oczyścić z nieproszonych gości i tych, którzy im pomagają. Więc jest grubo, bo tutaj jest Polska, a las jest wszystkich. Zdarza się więc, że ktoś trafi na ludzkie zwłoki, rozszarpane przez zwierzęta, komuś zniszczą samochód, przebiją opony, czasami leży się twarzą do ziemi, a pogranicznik mierzy do leżącego z długiej i ciężkiej broni, bo podejrzewa, że trafił na handlarzy ludźmi, a to przecież tylko dwie kobiety. Mieszkały nieopodal i wracały z nocnej, leśnej wyprawy. Bo ktoś musi tam chodzić, skoro w lesie ukrywają się ludzie, wymagający opieki, posiłku, suchej odzieży, butów, lekarza itd. Duch święty tego nie zrobi przecież, na tyle na ile poznało się jego działalność, odkąd zstąpił na ziemię. Wspomniane kobiety mogłyby liczyć na jakąś wdzięczność, a nie zaraz gleba i na ziemię. No ale nie, wdzięczności nie będzie, pomników też nie, honorowego obywatelstwa również. W zastępstwie można się chociaż szybciej zestarzeć, nabawić zespołu stresu pourazowego, usłyszeć od dziecka, że więcej czasu poświęciło się uchodźcom niż rodzonym dzieciom, porzygać się można (dosłownie) i tak to jakoś leci.
Pojawiają się czasami mocne slowa
Przede wszystkim jednak nie ma u Grynberga jednowymiarowego obrazu tego wszystkiego, co ma miejsce na granicy polsko-białoruskiej. Owszem, pojawiają się czasami mocne słowa, i te dotyczące porównań do Holocaustu i te o szmalcownikach i wtedy, kiedy któryś z rozmówców ma poczucie, jakby świat na tym skrawku Polski, znowu wrócił do fatalnych doświadczeń, choćby tych z czasów II wojny światowej, kiedy niektórzy decydowali się ukrywać Żydów. Pojawiają się czasami w ustach rozmówców Grynberga zarzuty o rasizm wycelowane w różne osoby, a to w grupę miejscowych, a to w Straż Graniczną, gdy dowiadujemy się, że groziła szpitalowi brakiem dofinansowania hospitalizacji ledwo żyjącego imigranta w sytuacji, kiedy za hospitalizację uchodźców płaci państwo, a w tym konkretnym przypadku decyduje o tym Straż Graniczna. Na 320 stronach można by znaleźć dwa, może trzy fragmenty, kiedy autor podrzuca rozmówcom pewne tropy, skojarzenia, na które oni sami pewnie niekoniecznie by wpadli. W pierwszej rozmowie z anonimowym Strażnikiem Granicznym, ma się wrażenie, że jedną i drugą osobę przerosła ta – do pewnego stopnia – konfrontacja. Chciałoby się usłyszeć/przeczytać, jak to widzi przedstawiciel służb mundurowych, ale w tej jednej rozmowie wyraźnie widać, że brakuje Mikołajowi Grynbergowi cierpliwości, reporterskiego dystansu, a szkoda, bo była to chyba jedna z niewielu okazji by móc na bazie tej rozmowy zbudować coś zdecydowanie ciekawszego niż jednoznaczne słowa pochwał lub potępień, płynące z różnych stron politycznego sporu. Szybko jednak to spotkanie się kończy w książce (niespełna siedem stron) i zostajemy ze sporym niedosytem.
O sile tej książki
Niemniej to między innymi te miejsca, co do których można by mieć wątpliwości, stanowią jednocześnie o sile tej książki. Bo została ona napisana przez człowieka z krwi i kości, którego – jak można podejrzewać – sytuacja na granicy polsko-białoruskiej jednak zaskoczyła. Świadczą o tym też rozmowy/spotkania z czytelnikami dostępne na YT. M. Grynberg powtarza często, że owszem, podobnie, jak wielu z nas, mniej więcej zdawał sobie sprawę, co dzieje się na Podlasiu, ale dopiero pobyt tam, rozmowy z ludźmi, kontakt ze Strażą Graniczną, zupełnie te wyobrażenia wywrócił do góry nogami. Z drugiej strony nie miałem ani razu wrażenia, by rozmówcy Grynberga uderzali w fałszywe tony. Przeciwnie – świetnie rozumiem ich emocje, obawy, strach, wkurw, rozgoryczenie, czasami osamotnienie, innym razem wręcz szaleńcze, a przez to wyniszczające zaangażowanie w pomoc migrantom, co w efekcie odbija się nie tylko na ich życiu osobistym, ale i zawodowym, czy rodzinnym. Trzymam za nich kciuki, martwię się o nich, niektórych zacząłem obserwować na fb, czytam ich wpisy, myślę o nich.
Nic z tych rzeczy
Czy w związku z tym wierzę w świat bez granic? Albo, czy rozmówcy Grynberga w taki świat wierzą? Albo czy może od dzisiaj będę pluł na mundur Straży Granicznej, choćby wirtualnie? Albo czy dowiedziałem się, że wszyscy są rasistami oprócz bohaterów Grynberga, mnie i jeszcze kilku znajomych? A może uznałem po lekturze, że ino klasa średnia nas zbawi, a ludowa spali na stosie? No i czy na końcu w związku z tym wszystkim zapomniałem o uchodźcach, ludziach w drodze, gościach, podróżnych, ludziach z lasu? No nic z tych rzeczy.