Marieke Lucas Rijneveld – „Niepokój przychodzi o zmierzchu”. W poprzek utracjuszowskim intuicjom

Od dawna miałem na oku tę książkę, chociaż teraz, kiedy o tym myślę, nie mogę przypomnieć sobie co mnie konkretnie do niej popychało. Na pewno dobrze zrobiła mi historia, którą usłyszałem zdaje się rok temu podczas Festiwalu Góry Literatury. Nie to, żebym tam pojechał. Po prostu relacje ze spotkań autorskich są dostępne na YT. No i tam prawdopodobnie usłyszałem, jak Lucas Rijneveld opowiadał, że ukrywał się przed matką i ojcem (bardziej matką, czy ojcem?) z ,,Kamieniem filozoficznym” J.K. Rowling, bo religijni rodzice nie przepadali za Harrym Potterem. Pewnie byli zdania, że to nie jest literatura dla chrześcijańskich dzieci. No i Marieke Lucas nie tylko przeczytał wtedy pierwszą powieść o młodym czarodzieju, ale ją przepisał w całości na komputerze i dopiero wtedy oddał do biblioteki. Dzięki temu książkę miał cały czas przy sobie, a rodzice nie domyślali się nawet, że takie rzeczy dzieją się w ich bogobojnym domu. I pewnie też ten sznyt religijnej ortodoksji zwrócił moją uwagę. Bo co, jak co, ale wychować się w rodzinie, która dość sztywno/jednoznacznie traktuje swoje przywiązanie do Boga i biblii powinno – tak myślałem – mieć swoje odzwierciedlenie w powieści. Tego chyba nie sposób ot tak wydalić z siebie, jakby się wypróżniało o poranku.

Okładka polskiego wydawcy

Potem się okazało, że jest to książka na poły biograficzna. W rodzinie autora, kiedy ten miał trzy lata bodajże, zginął tragicznie jego starszy brat, potrącony przez samochód. I w powieści rzeczywiście pojawia się ten wątek, prawie, że na samym początku, chociaż śmierć literackiego brata ma miejsce w zupełnie innych okolicznościach (topi się), a narratorka i jednocześnie nasza jedyna przewodniczka po świecie, w którym brakuje już jej brata Matthiesa, ma wtedy dziesięć lat i jeszcze dwoje rodzeństwa – ośmioletnią Hannę i piętnastoletniego Obbego.

Przed oczami miałem jeszcze okładkę polskiego wydawcy, upstrzoną zachwytami zagranicznych mediów. Że emocjonująca, olśniewająca, elektryzująca i wyjątkowa a nawet szokująca. No ale dzisiaj to raczej na nikim nie robi wrażenia, prawda? Bo wystarczy wyjść z domu (lub z domu się nie ruszać) i od razu jesteśmy o czymś tam już przekonani, bezwzględnie pewni, bo proces utwierdzania w czymkolwiek został skwapliwie pominięty, więc nie traci się czasu na wątpliwości, po prostu jest olśniewająco, tajemniczo, uroczo niezwykle, pięknie i mądrze, a także cudownie. Wszystko i bez wyjątku. Aż człowiek się kłania wszystkiemu bezwiednie, w niezamyśleniu, gdy ulicą idzie do pracy na przykład.

Zdyscyplinowana religijna rodzina w protestanckim ujęciu

No ale sama powieść idzie nieco w poprzek tym utracjuszowskim intuicjom. Mamy tutaj trzy plany fabularne. Ten pierwszy – realny, skupiony wokół niezwykle zdyscyplinowanej, chłodnej i religijnej rodziny w protestanckim ujęciu. Protestantyzm ma znaczenie, bo autorytet rodziców w tego typu wspólnotach budowany jest na diametralnie innych wartościach, niż to ma miejsce np. u katolików. Tutaj na pierwszym planie jest literalne posłuszeństwo pismu świętemu. Jeżeli pismo mówi, że dwom panom nie będziesz służył, bo jednego będziesz kochał, a drugiego nienawidził, to korzystając z tego klucza, można palić lub wyrzucać do śmieci wszystkie dziecięce zabawy, którymi rówieśnicy, wychowani bez tego zaplecza religijnego aktualnie się fascynują . W rezultacie mamy takie rygorystyczne zachodnioeuropejskie módl się i pracuj w bardzo tradycyjnym wydaniu. Surowy ojciec, hodowca krów, posłuszna mu żona, pracująca w domu  i dzieci doskonale znające swoje miejsce w tym układzie. W tle holenderska wieś,  i gdyby nie fakt, że dzieciaki chodzą do szkoły, zapewne ich życie toczyłoby się tylko i wyłącznie wśród podobnych do nich rodzin, religijnych, dość ortodoksyjnych, w który liczy się posłuszeństwo Bogu, rodzicom i wspólnocie wiernych.

Wrażliwość dziesięcioletniej narratorki

Ale mamy też drugi plan fabularny, unoszący się nad tą powszechnie znaną i wielokrotnie opisywaną rzeczywistością religijnych i surowych wspólnot. Jest nią wrażliwość dziesięcioletniej a w późniejszym etapie powieści – tej samej, ale o dwa lata starszej narratorki. Przy czym nie chodzi tutaj o jakąś dziecięcą skłonność do odbierania świata w sposób naiwny, niewinny i magiczny, nad czym moglibyśmy pochylić się z rozrzewnieniem i w milusiej ekscytacji. To nie jest wyobraźnia dziecka, którą pochwalilibyśmy się na fb lub insta, gdyby tylko mieć do niej dostęp. To miejsce radykalnego przetwarzania tego z czym ma się do czynienia na co dzień w – czasami – groteskowe i podszyte czarnym humorem opowieści o Hitlerze, który prawdopodobnie płakał, gdy zostawał sam w pokoju, o Żydach, ukrywanych w piwnicy i karmionych przez matkę w tajemnicy itp.

Od grotestki po naturalizm

Im dalej w las groteska ustępuje naturalizmowi, a świat widziany i doświadczany przez narratorkę emanuje coraz to bardziej niepokojącymi obrazami, z których nie jesteśmy w stanie oddzielić faktów od wyobraźni. Rozumiemy, że gdy ojciec straszy co drugi dzień odejściem z powodu jakiegoś głupstwa, to wszyscy są przyzwyczajeni do tego typu strachów, ale kiedy matka mówi, że się zabije, wtedy nie sposób przejść obok tego obojętnie, bo jeżeli tylko raz by się ziściła jej groźba, to przecież więcej razy się nie powtórzy. Ale to dopiero preludium, bo mamy do czynienia ze zwierzętami, zabijanymi na różne sposoby przez dziecięcych bohaterów książki – a to młotkiem, a to są topione, a to giną w efekcie zaaranżowanej kopulacji dużo większego samca z drobną samicą. Pojawiają się pierwsze intuicje, związane z seksualnością własną, rówieśników oraz rodzeństwa. I tutaj narratorka ,,Niepokoju przychodzącego o zmierzchu” nie zwalnia, a sceny, które dostajemy na kartach książki przypominają niektóre obrazy rodem z filmów Michaela Hanekego, czy Giorgosa Lanthimosa. Narratorce wystarczy iskra, by, jak mówi: ,,Czasami zdarzało się, że się w kogoś tak wczułam, że utkwiłam w nim prawie na dobre, ponieważ było to łatwiejsze, niż pozostawać w samej sobie” (s. 67).

Bezradność dziecka

I to jest trzeci temat powieści. Radzenie sobie lub właściwie nieradzenie z samą sobą, co w książce ilustruje pierwsze zdanie: ,,Miałam dziesięć lat i przestałam ściągać kurtkę”. Chociaż tutaj być może opinie byłyby odmienne. Dla niektórych osób, które w jakimś tam sensie zajmują się krytyką literacką, wiodącym tematem jest jednak śmierć brata i wpływ tej tragedii na postępujący rozpad relacji rodzinnych. Owszem, jest to niewątpliwie ważny element książki Rijnevalda, niemniej wybór pierwszoosobowej i wyjątkowo sugestywnej narracji sprawia z jednej strony, że wszystko, co do nas dociera jest już przetworzone przez dziecięcą wrażliwość i skłonność do wczuwania się w sposób, który czyni nas nieco bezbronnymi. Nie da się w tym gąszczu podnieść czytelniczej głowy na tyle wysoko, by dostrzec jakąkolwiek inną perspektywę. Śmierć brata ma oczywiście tutaj swoje miejsce, powraca w różnych wariantach i niewątpliwie czyni emocjonalne spustoszenie  we wszystkich członkach rodziny. Ale ta kurtka, do której narratorka jest przywiązana, i z którą praktycznie się nie rozstaje, jest zdaje się symbolem głębokiej bezradności dziecka, a zarazem osoby, która wraz ze swoimi rówieśnikami powoli wchodzi w burzliwy czas dojrzewania. Nie ma przewodników na tej nieznanej ziemi, rówieśnicy raczej wydają się okrutni, a zdarza się, że i dorośli wykazują chorobliwe (czytaj: pedofilskie) zainteresowanie narratorką.

Nieuświadomione piętno

Czy jest to więc powieść tak dobra, jak o niej się pisze? W sensie olśniewająca, elektryzująca, cudownie dzika itp.? W końcu ma na swoim koncie Bookera (2020 rok), a więc prestiżową nagrodę w świecie literatury, którą nie tak dawno, bo w 2018 zdobyła również Olga Tokarczuk za książkę ,,Bieguni”.  Niewątpliwie jest konsekwentna w dość radykalnym postrzeganiu świata, przepuszczonego przez wyjątkową, chwilami upoetyzowaną wrażliwość dziesięciolatki (i dwunastolatki w dalszym etapie). Jest na pewno niepokojąca, bo mogłoby się wydawać przecież, że dostajemy jakąś deformację świata rodzinnego i tak zapewne jest, kiedy przybiera ona bardziej groteskową formę, podszytą czarnym humorem. Jednak w efekcie jeżeli nawet mamy do czynienia z jakimś rodzajem zniekształcenia, to niewątpliwie leży ono w swojej wewnętrznej prawdzie bardziej po stronie dorosłych niż dzieci.  I to właśnie nie do końca rozwinięty i dojrzały świat dorosłych odciska swoje zwodnicze, ale nieuświadomione piętno na narratorce, a więc na osobie, która nam ten świat stara się opowiedzieć lub przed nim ostrzec.

Nic na to nie wskazuje

Nie jest to może rzecz wybitna, ale na pewno warta uwagi.  Siła tej książki bierze się z umiejętności balansowanie na wielu nie zawsze wyraźnie zarysowanych granicach, które rozciągają się między dosłownością i jej przeciwieństwem, okrucieństwem i bliskością, tym, co próbujemy zrozumieć i tym, co jest niemożliwe do zrozumienia, między światem rodziców, którzy chwilami są jak dzieci, a światem dzieci, które chwilami są jak dorośli.  Szczególnie ten ostatni element jest tutaj mocno uwypuklony. Gdybym miał zaryzykować, pisząc o czym jest ta książka, powiedziałbym, że o świecie dzieciaków, które posługują się językiem, obrazem, gestami niezrozumiałymi dla świata dorosłych. Że brakuje między nimi kogoś, tłumacza, który by na bieżąco, codziennie przekładał tę wydawałoby się obcość w sposób czytelny i zrozumiały. Lucas Rijneveld mówi – niestety tak się nie dzieje i nic nie wskazuje na to, by coś się w tej kwestii zmieniło.

Marieke Lucas Rijneveld, Niepokój przychodzi o zmierzchu, przekład: Jerzy Koch, Wydawnictwo Literackie 2021

Dodaj komentarz