„Byłam Eileen” Otessy Moshfegh. Zwolnić, a nie przyspieszyć

,,Nie wiem, w czym moja rodzina pobłądziła. Nie byliśmy jacyś szczególnie źli – ani lepsi, ani gorsi od was. Obawiam się, że to, co każdy dostaje od losu, to, jak kończy, to w znacznej mierze ślepy traf” (s. 296). Tak brzmi jeden z ostatnich akapitów powieści ,,Byłam Eileen” Otessy Moshfegh (w tłumaczeniu Teresy Tyszowieckiej-Tarkowskiej). Ale nie jest to książka o rodzinie, ani o życiowych błędach, ani  tym bardziej o tym, co jest złe, a co dobre. Jest o czym innym, ale do tego jeszcze dotruchtamy. Przywołany fragment ma wszystko, pod czym można by się podpisać, gdyby rzecz jasna ktoś podpisujący się, myślał podobnie. Mianowicie, że życiem kieruje przypadek i nie wszystko da się ot tak, po prostu wytłumaczyć. Owszem, jedni powiedzą, że nie, absolutnie, bo przecież siła wyższa wszystko wie i jeżeli tylko jest taka potrzeba, to pomoże zrozumieć, np. kimś takim miałby być Bóg (a za Bogiem spieszą z kolorowymi poradnikami honor i ojczyzna, próbując dorównać Mu kroku), inni będą przekonywać, że to dzieciństwo jest kluczem do wszystkiego, jak to dzieciństwo. Kolejni znawcy człowieczeństwa wzruszą ramionami, twierdząc, że sami siebie tworzymy i to my wkraczamy we własne życie na pełnej, mówiąc kolokwialnie i wszystko jesteśmy w stanie odmienić na własną korzyść. No i może jeszcze jest jedna opcja na stole (z tych najważniejszych), że człowiek jest ino żukiem gnojarzem, zdeterminowanym przez procesy, które przeorały kilka pokoleń dalszej i bliskiej rodziny. I że sporo zależy od tego, jak kotłowały się losy naszych przodków i gdzie one ich zaprowadziły i w efekcie czym my sami emanujemy w związku z tym, w jakim środowisku się wychowaliśmy, w jakim mieście/miasteczku/wsi, w jakiej biedzie dorastaliśmy, od miesiąca do miesiąca, czy z większym rozmachem itd., itp. Zatem opcji tych jest sporo i każda – jak mówi pismo – szuka swego. Najczęściej jednak zdecydowana większość z nas pojawia się na świecie w warunkach ni to lepszych, ni to gorszych, ot takich sobie, przynajmniej tak twierdzi narratorka powieści Moshfegh. I ja to szanuję, że ona tak twierdzi, bo myślę podobnie. No ale nie o mnie ten akapit, więc idźmy dalej.

Żadnych tandetnych chwytów

Przez blisko 300 stron powieści towarzyszymy dwudziestoczteroletniej Eileen, narratorką jest ona sama, ale o pięćdziesiąt lat starsza, co jest fascynującym zabiegiem, bo paradoksalnie pozwala on wytrącić z rąk zużyte i mdłe strategie, począwszy od psychologii, po socjologię, historię i inne tego typu próby odczytywania świata i człowieka w tymże świecie. Tak, snuje tę powieść kobieta dojrzała, seniorka, wracając do ważnego momentu w swoim życiu, a dokładnie do wydarzeń, jakie rozegrały się w ciągu siedmiu/ośmiu dni tuż przed świętami bożonarodzeniowymi w jej najbliższym otoczeniu. I jest w tym autorskim powrocie do własnej młodości niezwykle autentyczna, nieużalająca się nad tamtą Eileen, którą niechybnie była, nie szukająca gładkich tłumaczeń dla swojego ani lepszego, ani gorszego życia. Właściwie jest to podróż, w której krok po kroku, chłodno, chwilami drobiazgowo, czasami bezwzględnie i jednoznacznie, innym razem groteskowo i z przekąsem odtwarza siebie i ostatnie chwile, jakie spędziła pół wieku temu w swoim rodzinnym miasteczku, do którego już nigdy nie wróciła.

I nie wraca tam wspomnieniami po to, by wraz z wiekiem i doświadczeniem tamtejszą Eileen lepiej zrozumieć, czy też może bardziej wejrzeć w samą siebie, nie, nie ma tu żadnych tandetnych chwytów psychologicznych. Nie chodzi też o to, by w jakiejś diasporze mentalnej własnego jestestwa siedemdziesięcioczteroletnia Eileen przytuliła dwudziestoczteroletnią Eileen. No nie, nic z tych rzeczy. Chodzi o coś innego, możliwe, że o nic wielkiego. I ja to szanuję, bo o niczym wielkim myślę podobnie, ino taka jest różnica, że nie o mnie ten akapit, więc nie będę teraz robił chlewu, jakie to ja mam wyobrażenia i w ogóle.

Depresyjne miasteczko

Powieść wrzuca nas w 1964 rok. Mamy amerykańskie miasteczko (trudno powiedzieć, czy typowe), na prowincji, nudne i nieco przygaszone (więc raczej wypisz/wymaluj – depresyjne). Eileen, jako się rzekło, ma dwadzieścia cztery lata. Matka jej od pewnego czasu nie żyje, ojciec, były policjant, szanowany w mieście i w ogóle, od wielu lat pije dzień w dzień dżin, whiskey i tego typu trunki. Ma dobrą emeryturę, więc stara się być od rana do wieczora pod wpływem.  Eileen ma jeszcze starszą o cztery lata siostrę, ale jakiś czas temu wyprowadziła się z domu. Narratorka w tym 1964 roku pracuje w prywatnym zakładzie poprawczym dla nastoletnich chłopców. Pełni tam rolę sekretarki. I mieszka z ojcem, który poza tym, że rytualnie chleje wódę, to również rytualnie chodzi do kościoła co niedzielę i w święta, bo jest rytualnym katolikiem. ,,Historia jakich wiele” – powie siedemdziesięcioczteroletnia Eileen i wielokrotnie będzie czytelnikowi przypominać (a może bardziej: przekonywać), że nasze wyobrażenia o nas samych są dość płoche i niekoniecznie zbieżne z rzeczywistością, jeżeli myślimy, że wpisujemy się w jakąś większą opowieść, historię, która bierze nas pod uwagę. Nie, mówi narratorka ,,Byłam Eileen”, jesteśmy ino naszą własną, prywatną historią, mamy jakieś myśli – takie lub inne, podejmujemy jakieś decyzje, a potem ponosimy tego konsekwencje, robimy jakieś gesty, mamy ograniczenia różne, a czasami potrafimy się z nich wyzwolić i jest ok., a czasami nie dajemy rady lub nie chcemy i tak po prostu już jest i niekoniecznie coś na to poradzimy. Czasami dajemy radę, ale nie od razu i nie w najbliższej dekadzie, więc nie ma co się spinać i marszczyć dżordża. Chciałoby się czasami więcej, a nie zawsze jest to coś więcej możliwe. I bez względu na to, czy jesteśmy lewicą, artystami, prawicą, kaznodziejami, liberałami, czy faszystami, wierzymy w aniołki, czy elfy, jemy mięso lub warzywa, ubieramy się za pięć złotych, czy dwieście, to poza tą nadbudową, którą lubimy wywijać na wszystkie strony, pod tą cienką kołderką z akrylu większość, zdecydowana większość ot prowadzi życie ni to lepsze, ni to gorsze.

Zwolnić, a nie przyspieszyć

Może nie jest to powieść wybitna, niemniej w prozie Otessy Moshfegh znajduję pokłady ewangelicznej głębi, a tę z kolei w swoim prywatnym rankingu widzę najwyżej i zaraz wytłumaczę, jak ją rozumiem. ,,Byłam Eileen” została wydana w 2015, a więc trzy lata wcześniej niż jej niemal literackie opus magnum, czyli ,,Mój rok relaksu i odpoczynku”, o której pisałem nie tak dawno. W ,,Byłam Eileen” pojawiają się już elementy/motywy, które zostaną rozwinięte i doprowadzone niemal do perfekcji w późniejszej powieści. A mianowicie – i tak rozumiem tę ,,ewangeliczną głębię” (nie katolicką, prawosławną, czy protestancką, bo wiadomo, że te paradygmaty pełnią rolę czarnych zasłon przez które mało co widać), że życie samo w sobie jest wystarczające i że w nim samym, w sensie w życiu jako takim bez cudowania, bez orderów, bez tego całego napięcia, żeby być lepszym, piękniejszym, gustowniejszym, światlejszym itd., że ono, czyli życie jest już wystarczające. Owszem – i w tym tkwi paradoks, na który wskazuje Moshfegh, trza coś robić, gdzieś pracować, mieć marzenia, kształcić się, być może robić karierę i to wszystko jest każdemu znane i potrzebne, ale to jeszcze nie jest życie, to są tylko ozdoby na choince. Bo – i tak rozumiem tę ,,ewangeliczną głębię”, po którą sięga Moshfegh – życie samo w sobie ma inne cele, inne priorytety, jest z innego świata, że tak się wyrażę. I nie, nie chodzi o to, że celem jest niebo, lol, lub wieczne życie. Celem jest co innego, ale o tym – jak kiedyś to dobrze zrozumiem – napiszę innym razem. W każdym razie żeby ono, to inne życie,  się rozwijało, trzeba w pewnym sensie zrobić krok w tył, a nie w przód, zwolnić, a nie przyspieszyć, poddać się/przegrać, a nie wygrać, oddać, a nie zabrać lub wziąć itd., itp. A więc robić wszystko na odwrót, a w pewnym sensie nie robić za dużo, bo czy te cele i priorytety się osiągnie, nie my zdecydujemy, tylko przypadek. Przynajmniej tak o tym mówi Otessa Moshfegh w ,,Byłam Eileen”, ale już w ,,Moim roku relaksu i odpoczynku” nieco inaczej rozkłada akcenty. Jest tam bliżej życia niż dalej w tym ewangelicznym sensie, tak, jak je rozumiem. To prawie, że rewolucyjna proza, jeżeli wiesz o czym mówię. Bo życie się nie starzeje, lol, ani nie młodnieje, nie biednieje, nie bogaci się, nie unosi i nie upada, nie stoi w miejscu, ale też nie pędzi do przodu, nie błądzi, ale też nie trafia w sedno. Na tym to polega. Życie (w tej przywoływanej do znudzenia tutaj ewangalicznej głębi) to po prostu inna para kaloszy.

1 Comment

Dodaj komentarz