Zastanawiałem się przez chwilę o czym napisać, bo miałem dwa tytuły do wyboru, dwie sprawy do omówienia – Teatr Dramatyczny w Warszawie a sprawa wschowska oraz ostatnia powieść Otessy Moshfegh ,,Lapvona”. Padło na książkę, ale do teatru, w którym od pewnego czasu rządzi Monika Strzępka w kontekście lokalnych podobieństw wrócę przy nadarzającej się okazji, kto wie, może nawet jeszcze w tym roku. Nie po to, by się wymądrzać na temat dość odległych mi wydarzeń, a raczej by wskazać na szereg podobieństw do wschowskich praktyk na poziomie zarządzania i marketingu (tam przy okazji zarządzania teatrem, tutaj przy okazji zarządzania gminą), bo pokrewieństwa są tak widoczne, że aż szczypią w oczy, jak przy ścieraniu cebuli do obiadu. Tematyka ,,Lapvony” i analogie, jakie znajduję między stolicą Polski a prowincjonalnym miasteczkiem, są w wielu miejscach zbieżne. Stąd też moje lekkie zakapućkanie i publiczne rozdzieranie szat – co tu najpierw, od czego zacząć, na czym skończyć. Zdecydowałem się na ,,Lapvonę”, bo w niektórych jej odsłonach będzie dobrym punktem wyjścia do dalszych rozważań. Taką – powiedzmy – teoretyczną rozkminą przed omówieniem bardziej przyziemnych spraw.
Nie zostawia suchej nitki
Zanim jednak napiszę kilka słów o powieści Moshfegh, wydanej przez wydawnictwo Pauza w 2023 roku (premiera światowa w 2022) w tłumaczeniu Teresy Tyszowieckiej, warto kilka spraw sobie wytłumaczyć. Bo trzeba wiedzieć, że Otessa Moshfegh w swoich dotychczasowych książkach nie zostawia na ludzkiej kondycji suchej nitki. Pewnie stąd czuję miętę do autorki i chodzę za nią tu i tam, chociaż wiadomo, że jedynie co mogę, to przejść się do parku wolsztyńskiego i z powrotem, bo mam blisko. Nie zgadzam się jednak fundamentalnie z tym, do czego przekonuje większość osób, piszących o prozie Otessy Moshfegh. Mianowicie, że świat ze swoim konsumpcjonizmem jest do dupy i narratorki jej powieści robią wszystko, byle jak najdalej od tego świata się ustawić (przykładem miałby być ,,Mój rok relaksu i odpoczynku”). Wiadomo o co chodzi – współczesność z kapitalizmem, jako naczelną religią, w różnych swoich odsłonach (nieco sensowniejszych w krajach rozwiniętych, nieźle pojebany w krajach rozwijających się) jest odpychający, mówiąc najdelikatniej. No i Moshfegh bez owijania w bawełnę miałaby ten świat brutalnie obnażać, świat i ludzi w nim żyjących. No i coś takiego w jej powieściach jest na pierwszym planie, oczywiście, problem ino jest taki, że jest to najprostsze i najbanalniejsze odczytanie, która nie tylko rzuca się w oczy po pierwszej lekturze, ale wręcz narzuca się, wymusza się, samo pcha się do ust, samo się leje do gardła. Wystarczy rozdziawić gębę i po kilku łykach jest się już opitym i nażartym tym, co rzekomo amerykańska powieściopisarka upichciła. Więc, podsumowując ten wątek, owszem, Moshfegh nie bierze jeńców, jest przy tym ironiczna, czasami makabryczna, wyzłośliwiona i bezwzględna – brawo Ona – jak trzeba naturalistyczna, wulgarna, jak kto się uprze, to i pornograficzna i na pewno nie ogląda się za siebie. Niemniej wszystko to czemuś służy i na pewno nie prostym konstatacjom, jakich pełno tu i tam.
„Lapvona” – jak to u Moshfegh, nierówna, ale jest w tym jakiś urok
I podobnie jest z ,,Lapvoną”, która, jak to bywa u Moshfegh (oprócz wybitnego ,,Mojego roku relaksu i odpoczynku”) – jest książką nierówną, chwilami nuży, przyprawia o wzruszenie ramion, książkę odkłada się na półkę lub rzuca gdzie bądź, by napisać do znajomej: wtf, bo akurat znajoma czyta to samo (pozdrawiam przy okazji), po czym wraca się do lektury, tu się człowiek zachwyci, tam parsknie, machnie ręką, wywróci spektakularnie oczami na wszelki wypadek, gdyby ktoś obserwował i notował reakcje na książkę amerykańskiej autorki i tak w kółko. Prawdę mówiąc – jest w tym jakiś urok, nie powiem, że nie ma.
Ale o czym jest? No mamy średniowiecze, wymyśloną krainę Lapvony, w której panuje na dole, czyli wśród ludu pracującego na roli – bieda, że aż piszczy, nieco wyżej mieszka władca tej krainy, niejaki Wilhelm, człowiek bezwzględny i wykorzystujący poddany mu lud w sposób bezwzględny, bo, wiadomo, lud jest głupi, niewykształcony, strachliwy, zupełnie nie wychylający nosa poza swoje sprawy, a te są, jak wyżej, związane z ciężką pracą od rana do nocy. Nic z tej pracy nie mają, ino aby przeżyć, część oddać swojemu Panu, część księdzu, a kiedy przychodzi susza, to padają jak muchy, nikt ich losem się nie przejmuje, nawet nie splunie w ich stronę, umierają im dzieci, rodzice, małżonkowie, zjadają samych siebie, czasami jeszcze jacyś rzekomi zbójcy na nich napadną lub ograbią gdzie indziej, co jest z góry ukartowaną strategią Wilhelma, bo jak mówi pismo, nawet to, czego nie masz, zostanie ci zabrane, a temu, który ma, zostanie dodane itd., itp. – jednym słowem dzieje się. Jesteś na dole – gnijesz, jesteś na górze – rozkwitasz. I to jest główne tło ,,Lapvony”.
Efekt nieudanej aborcji
Przewodnikiem po tej krainie jest młodzieniec o imieniu Marek. Chłopak zrodzony z gwałtu i porzucony przez młodą matkę zaraz po urodzeniu, niechciany od samego poczęcia, efekt nieudanej aborcji (a jak ona wtedy mogła wyglądać, to można sobie wyobrazić, nic co by się nadawało na pierwsze strony kolorowych czasopism). Wychowywany jest przez mężczyznę, Judę, od którego matka Marka uciekła tuż po tym, jak na świecie pojawił się chłopak, wierząc, że ten bez niej umrze tak czy siak. Relacje między synem a opiekującym się nim ojcem są niezbyt wychowawcze. Można sobie to mniej więcej wyobrazić, no ale nie ma w tym czasie żadnych instytucji, czy nawet niepisanych reguł, które mogłyby Marka chronić, więc jak już Juda spuści chłopakowi łomot, to nie ma żadnej litości. Oczywiście, jak to u Moshfegh nie wszystko jest takie oczywiste, każda z tych, jak i innych postaci jest jakoś tam niuansowana (chociaż może nie każda, tutaj trochę przesadzam) i to, co wydaje się na początku białe nieco szarzeje im dalej w las, by czasami na końcu zupełnie nie przypominać tego, co było widoczne u początku tej lub innej biografii.
Bezsens, przypadek i kilku cwaniaków
Są też inne postacie, jak np. stara zielarka Ina, kobieta nieco wyrastająca poza opisywany świat, rozmawiająca z ptakami, znająca różne baśniowe reguły, które pozwalają jej żyć długo, chociaż nie zawsze szczęśliwie. Jedna z ciekawszych, a może nawet najciekawsza postać ,,Lapvony”. Sporo tutaj w ogóle osób w nowej powieści Moshfegh, jedne mają większe znaczenie, inne mniejsze, jedne żyją, inne umierają, wszyscy mniej więcej traktowani są tak samo i jak to u amerykańskiej powieściopisarki, ich losem rządzi chaos, gusła i matactwa ich Pana, jednym słowem bezsens, przypadek i kilku cwaniaków. Ino, że to już było w jej powieściach i tutaj nowych kart nie znajdziemy, nawet jeżeli cała historia pokazana jest w innych dekoracjach, bo średniowiecznych, podlanych sosem groteski, brutalności, bezwzględności i różnych innych wspaniałości, a czasami niestety sztampą i zgranymi kliszami, których w popkulturze pełno. Gdzieś ta powieść zmierza, ale gdzie, to w sumie nie wiadomo dokładnie i może nawet nie o to chodzi, by szczególnie o tę wiedzę zabiegać, bo – pomimo różnych zastrzeżeń – coś się tutaj dzieje, co jest niewątpliwie warte uwagi.
Religia i struktura społeczna
A warte uwagi są dwa paradygmaty, które tym światem zarządzają. Pierwszy z nich, to religia, drugi – społeczna struktura. Jeden i drugi motyw wart jest omówienia, ale uznałem, że zajmę się tym drugim, a do tego pierwszego być może kiedyś wrócę, kto wie, może nawet w przyszłym roku xd. Wystarczy, że teraz zaznaczę, że u Moshfegh zawsze na dnie jej światów pulsuje pewne społeczne wyobrażenie (ale różne, w zależności od wykształcenia, pieniędzy na koncie, miejsca urodzenia, zamożności rodziców itd., itp.) o dominującej w powszechnej wyobraźni naturze świata. W średniowieczu niewątpliwie była to wiara w panującego nad wszystkim Boga, która w ,,Lapvonie” przybiera rozmaite twarze, współcześnie tę wyobraźnię wypełniła kultura pracy (lub, jakby inni powiedzieli – zapierdolu). Moshfegh potrafi to ciekawie ilustrować, a przy tym intrygować.
Niezbyt rozgarnięty lud
W przypadku struktury społecznej w ,,Lapvonie” jest ona bardzo uproszczona. Mamy biedny lud Lapvony i jej bogatego władcę. Niczego więcej tutaj nie ma, no może jest jeszcze kler, gdzieś pomiędzy nimi, ale Moshfegh nie ma wątpliwości, że to część władzy i z ludem nie ma ona niczego wspólnego. Otóż niezbyt rozgarnięty lud, który jest tam nieustannie robiony w bambuko, okradany i okłamywany, a przy tym niewykształcony, traktuje porządek społeczny, który panuje w Lapvonie bez większego sprzeciwu. Nawet wtedy, kiedy coś mu się nie zgadza, kiedy gdzieś tam rodzą się w nim wątpliwości, nawet gdyby chciał coś zmienić, to nie będzie wiedział, jak to zrobić. Władza go onieśmiela, wobec władzy jest zawsze posłuszny, nawet gdyby myślał inaczej. Zmiany dokonać mogą tylko tacy, którzy należą do porządku, z którego wywodzi się ich Pan. Nic się w ich życiu wtedy rzecz jasna nie zmieni, a los nie poprawi, ale Pan będzie inny. I gdyby nawet chcieliby mieć na coś wpływ, gdyby ktoś im dał prawo głosu, to są tak wyżłobieni, zmęczeni, przepracowani, naiwni i infantylni w grze o władzę, że tak czy siak ich Pan, jaki by nie był, zawsze będzie ich Panem lub ktoś inny, kto zna reguły pańskości.
Przypomina „Faworytę” Lanthimosa
Wydaje się, że Moshfegh mówi, że struktura społeczna zawsze idzie w parze z dominującym wyobrażeniem o świecie. Wtedy, w czasach, które opisuje Moshfegh, był to Bóg, a dzisiaj jest to bardziej rozmyte, takich wyobrażeń jest kilka w obiegu i w zależności od tego, do czego jesteśmy skłonni się przekonać, to nas jakoś tam kształtuje a jednocześnie utrwala ustalony porządek, bez względu na to, czy ma on sens, czy niekoniecznie. Owszem, jak to u Moshfegh, ludzkość nie jest zbyt lotna, ale kto powiedział, że jest. Czy warto więc sięgnąć po ,,Lapvonę”? Warto choćby ze względu na samą autorkę, bo to świetna pisarka, na wskroś współczesna, mówiąca coś ciekawego na temat świata, w którym żyjemy. I nawet jeżeli ,,Lapvona” nie jest fenomenalna, wybitna, czy jaka by tam miała być, to na pewno w wielu miejscach przypomina nie tak dawną ,,Faworytę” w reżyserii Yorgosa Lanthimosa. I w filmie, i w powieści jesteśmy rzuceni w odległą epokę, ale jest nam ona opowiedziana tak, że gdzieś ta epoka się rozmywa, a my mamy wrażenie, że opowiada nam się o tym, co dzieje się teraz, dzisiaj i co wydarzy się nawet jutro.