Oscary rozdano tydzień temu i wszystko już o nich napisano lub opowiedziano. Też bym to zrobił, ale nie było ku temu odpowiednich warunków. W niedzielę oscarową wybrałem się do Wrocławia. Na dworcu PKP we Wschowie wysłuchałem troskliwych narzekań pewnej miłej kobiety, przewidującej katastrofę o poranku. Pociąg miał nie przyjechać na czas, bilety miały się zmarnować, ewentualnie należało je reklamować, odcięcie od świata pogłębiało się z każdą kolejną minutą, upadek kraju w związku z tym wydawał się oczywisty; jak się stąd wydostaniemy, pytała kobieta itd., itp., aż szynobus, na którego czekaliśmy w tym wątpliwym miejscu nadjechał, zabrał nas ze sobą i szczęśliwie dotarliśmy na miejsce, mając rzecz jasna w sercu możliwą apokalipsę, która gdzieś tam czaiła się, zęby ostrzyła, ale ostatecznie zrezygnowała z nas nie wiedzieć czemu. Szczęśliwi my.
Potem, już na miejscu i w tym Wrocławiu – szybka kawa, ale najpierw kolejka po kawę, no bo o tej porze i w taką niedzielę ludzi tłum. Potem do kina Nowe Horyzonty na ,,Strefę interesów”, omal nie zasnąłem, bo film zaczyna się od długiej sceny, w której widzimy tylko czarną plamę na ekranie. A mogłem zasnąć, bo ludzie tak mają, że zamykają im się oczy i wtedy wszystko może się wydarzyć. No i wreszcie kilkanaście godzin później do tego samego kina w przemiłym towarzystwie wybraliśmy się na rozdanie Oscarów, wyświetlane na dużym ekranie, pełna (prawie pełna) sala ludzi o północy i my, nas czworo, a w przerwie szybkie papierosy, napoje, komentarze, toalety, nikt nikomu przykrości nie robił, miło. Polecam.
No i w ten sposób nie zdążyłem napisać czegokolwiek o oscarowych filmach, więc teraz jest okazja. Ino, że nie będę powtarzał kto wygrał, kto przegrał, bo jest już po ptakach i wszyscy wszystko wiedzą. Mniej więcej. Więc o czym innym będzie, a dokładnie o tym, jak w filmach nominowanych w kategorii najlepszy film, pokazano małżeństwa/związki partnerskie. Brzmi dość poważnie, sam też mam dość węzłowy stosunek do tego tematu, ale uspokajam od razu, nie będzie to żadne silenie się na akademickie objawienia, będzie krótko i bez zbędnych szczegółów.
Ideowe i kulturowe zbieżności i rozbieżności, czyli ,,Strefa interesów” i ,,Poprzednie życie”
Chodzi o to, że w filmach nominowanych do najważniejszej nagrody, przyznawanej przez amerykańską akademię filmową, pojawiają się różne modele małżeńskie/partnerskie. I że one nieco poszerzają chwilami takie tradycyjne wyobrażenie o tym, czym jest ta wspólna decyzja, żeby razem iść przez życie. I gdyby tak najkrócej powiedzieć co i jak, to należałoby uznać, że największym przekleństwem dla par jest ich jednorodność narodowa, ideowa i kulturowa/religijna (,,Strefa interesów” – małżeństwo Rudolfa i Hedwigi Hösse). Na drugim biegunie mielibyśmy ,,Poprzednie życie” i pokazaną tam odmienność narodową i kulturową/religijną, czyli Koreankę Norę i Arthura – Amerykanina żydowskiego pochodzenia.
W tym pierwszym zestawieniu wygląda na to, że taka spójność w związku idealnie sprawdza się w systemach totalitarnych/zbrodniczych. Tomasz Raczek w wideo recenzji ,,Strefy interesów” świetnie to ujął, cytuję: ,,ten film pokazuje, jak zwykli, dobrzy ludzie, żyjący zgodnie z przykazaniami kościoła, jednocześnie stają się masowymi mordercami i nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia. I nawet nie uważają, że robią coś źle, ponieważ realizują idee. Bójcie się tych, którzy wierzą jakiejkolwiek idei bardziej niż zdrowemu rozsądkowi. Bójcie się ich. Wszystko jedno, czy to jest z lewa, czy z prawa”. Dodałbym jeszcze – bójcie się takich małżeństw/par, no ale to chyba rozumie się samo przez się.
Nie można mieć tego samego tu i tam
W ,,Poprzednim życiu” historia zaczyna się od pary koreańskich, nastoletnich przyjaciół – Nory i Hae Sunga. Dziewczyna pochodzi z artystycznej rodziny i w pewnym momencie zapada tam decyzja o wyjeździe na stałe do USA. Hae Sung zostaje rzecz jasna w Korei. Od tego czasu mijają najpierw 12, a potem 24 lata. Za pierwszym razem czyli 12 lat po emigracji do USA oboje kontaktują się ze sobą z pomocą Internetu i wyraźnie widać, że przynajmniej Nora potrzebuje kogoś przy sobie kto będzie rozumiał jej koreańskie korzenie. Ale za drugim razem, po kolejnych 12 latach jest już w innym miejscu. Ma męża, pisarza, Amerykanina o żydowskich korzeniach, sama zajmuje się dramaturgią i niewątpliwie związek z Arthurem pozwolił jej wydostać się z pewnego zapętlenia/obciążenia kulturowego. Nie wyrzeka się swoich koreańskich korzeni, ale wyraźnie nie ograniczają one ani jej planów, ani ambicji, nie przytłaczają, a raczej tworzą wespół z mężem coś mocnego, trwałego i niezwykle ciepłego. Na tym tle Hae Sung, który wydaje się być Koreańczykiem z krwi i kości, a przy tym całkiem fajnym mężczyzną, nie jest już w stanie zaoferować Norze niczego ponad to, co dobrze znała. Nie jest to film o jakiejś niespełnionej miłości, jest o czym innym. O czym? Warto obejrzeć, by się o tym przekonać.
,,Anatomia upadku”, czyli to nie jest film o rozpadzie małżeństwa
I te dwa przykłady małżeństw/związków partnerskich stoją na skrajnych biegunach w tegorocznych nominacjach oscarowych. Między nimi jest cała plejada barw pośrednich (,,Oppenheimer”, ,,Maestro”) lub fałszywych (,,Czas krwawego księżyca”, ,,Barbie”, czy ,,Biedne istoty”). Moim faworytem był jednak film ,,Anatomia upadku”, francuskiej reżyserki Justine Triet. To również historia małżeństwa, chociaż – i nie jest to spoiler – zaczyna się od tego, że Samuel Maleski, mąż Sandry Voyter wypada przez okno i ginie. Nie wiadomo, czy stało się to przez przypadek, sam sobie to zrobił, czy pomogła mu żona. Ostatecznie dochodzi do rozprawy sądowej. Sandra jest oskarżona o morderstwo. Nie jest to film o rozpadzie małżeństwa, jak zwykło się pisać o tej historii, ani o tym, że prawda jest niemożliwa do ustalenia lub, że jej po prostu nie ma. Jest to raczej świetnie rozpisana historia o tym, jak postrzegamy ludzi, w tym wypadku małżeństwo, znając jedynie skrawki, fragmenty ich życia, których jesteśmy świadkami lub o których ktoś nam opowiedział. Raz będą oni dla nas wzorem lub co najmniej jedno z nich, innym razem parą egoistycznych złoli lub co najmniej jedno z nich, a jeszcze innym razem cierpiącymi ludźmi, wymagającymi opieki lub co najmniej jedno z nich.
Nikt więcej nie ma do tego dostępu
I w kontekście wątku małżeńskiego/partnerskiego jest to najdojrzalszy film w całej stawce oscarowej. Mówi on, że jakaś tam prawda jest, ale na pewno jest ona niedostępna dla obserwatorów. Jest ona często niedostępna też samym zainteresowanym, czyli małżeństwom/związkom partnerskim. Nie składa się ona, czyli ta prawda, ze słów, gestów, podejmowanych decyzji, bólu, który się sobie zadaje i radości, którą się wspólnie przeżywa, czy tragedii, które z jakichś mniej lub bardziej obiektywnych powodów zdarzają się ludziom. Jest ona ulokowana gdzie indziej i wiedzą o tym tylko te dwie osoby, które uznały, że będą przez jakiś czas ze sobą. Przez jakiś czas lub zawsze. Nikt więcej nie ma do tego dostępu. A czasami, jak już to zostało wcześniej napisane, nawet te osoby tracą z oczu to, co stanowi o ich wspólnocie, jaka by ona nie była. I im dłużej trwa ten stan, tym szybciej dobiega ich kres. A wtedy stają się dla siebie obcymi obserwatorami, są dla siebie z zewnątrz i przyłączają się tym samym do wszystkich obserwatorów ich niegdysiejszego, wspólnego życia. I o tym opowiada ,,Anatomia upadku”, o wymuszeniu na jednej ze stron w wyniku tragicznego wydarzenia, splądrowania miejsca, w którym ulokowano to coś, co stanowiło o ich małżeństwie/partnerstwie.
O takich między innymi sprawach mówiły oscarowe filmy, ale wiadomo, że wygrał ,,Oppenheimer” w reżyserii Christophera Nolana. Też niczego sobie.
foto: bardzo miła osoba, która zgodziła się zrobić nam zdjęcie tuż po tym, kiedy ogłoszono ostatnie wyniki podczas gali oscarowej 11 marca 2024 roku