,,Ciała” Annie Ernaux. Skalpelem po oczach

Skończyłem „Ciała” Annie Ernaux w przekładzie Agaty Kozak. Ledwie godzinę temu. Ostatecznie może to będzie tydzień temu, miesiąc, nawet później. Tego już wiedzieć nie mogę.

Ernaux, odkąd przeczytałem jakiś czas temu jej „Lata”, jest mi bliska, jak mało kto. A teraz to uczucie po lekturze „Ciał” tylko się wzmocniło. Nawet „Lata”, o których M.W. powie, że nie za bardzo ją przekonały, wydały mi się pisane dla kogoś takiego, jak ja. Pomimo tego, że to książka o niej i Francji, którym się przyglądamy przez ileś tam lat, czy dekad, nie pamiętam tego teraz dokładnie, bo nie mam jej przy sobie. Nawet ten istotny szczegół, czyli naturalny efekt obcości kulturowej i geograficznej, który mógł mnie trzymać na dystans, wydawał mi się paradoksalnie bliski. Do pewnego stopnia miałem wrażenie, że Ernaux wzięła mnie pod uwagę pisząc to wszystko.

Z „Ciałami” mam podobnie. Nawet jeżeli pierwsza część książki, dotyczy aborcji, na którą się zdecydowała w wieku 23 lat, czyli w 1963 roku. Nawet jeżeli druga część opowiada o jej pierwszym doświadczeniu/doświadczeniach erotycznych na letnim obozie, gdy miała 18 lat, które były koszmarne i sprawiły, że przez jakiś czas jej organizm wysyłał sygnały o tym, że wydarzyło się coś niewłaściwego, czego nie była wtedy w stanie pojąć, zafascynowana seksualnością i poniekąd bezbronna z jej powodu. Swoją drogą jest to historia, którą należałoby omawiać na lekcjach języka polskiego. Koniecznie. I nawet, kiedy w trzeciej, najkrótszej części opowiada o swoim związku z młodym studentem, gdy ona ma 54 lata. Jest już znaną wtedy i docenianą pisarką, która smakuje i celebruje od lat swój awans społeczny z klasy ludowej. Za każdym razem miałem wrażenie, że brała mnie pod uwagę, opisując wszystkie te historie. Wiedziała, a może przeczuwała, że gdzieś na polskiej prowincji żyje sobie, a trochę nie żyje ktoś taki, jak ja.

Skąd ta pewność? Albo skąd ta megalomania? Rzecz w tym, że.literatura daje nam wgląd w jakąś sferę życia, która jest niezbyt poskładana w całość. Rzuca w ten rejon kamyk, czy szkiełko znalezione gdzieś na śmietniku i jakimiś przebłyskami, świetlikami zaprowadza w to miejsce. To się rzadko zdarza, miałem tak dwa, może trzy, no może cztery razy w życiu. Ale już dawno temu. Ćwieć wieku temu co najmniej. Myślałem, że to kwestia jakiegoś intelektualnego fermentu, któremu młody człowiek z chęcią się poddaje, że takie rzeczy się zdarzają gdzieś na początku drogi, czy właściwie u zbiegu dróg, gdy jakieś nawyki myślowe okazują się płoche, nic nie warte. I nagle okazuje się za sprawą Annie Ernaux, że literatura ma jeszcze to coś, ma skalpel i tnie po oczach, jak u Bunuela. No dla mnie bomba. Najważniejsza wiadomość wysłana do mnie na początku maja 2024 roku.

Dodaj komentarz