Po wysłuchaniu czwartkowego (7 czerwca) wywiadu prezydenta Leszna, na portalu Elka.pl, pomyślałem przez chwilę, że zapewne wschowscy, lokalni politycy w osobach burmistrza i jego zastępcy, zrozumieli, że przestrzelili ze swoim niby to fantastycznym planem robienia ludziom wody z mózgu. Ale zaraz przypomniałem sobie, że przecież publicznie wiceburmistrz Wschowy dał świadectwo temu, że nie rozumie prostej interpelacji, to co dopiero wywiadu z prezydentem Leszna.
Bo przecież prezydent Leszna wyraźnie powiedział, że w następnym tygodniu jedzie do Warszawy porozmawiać o tym, by pieniądze, które Leszno pozyskało w pierwszym rozdaniu Polskiego Ładu przeznaczyć na inny cel. Po kilku nieudanych przetargach na rewitalizację Placu Metziga i Nowego Rynku Łukasz Borowiak uznał, że nie będzie robił czegoś na siłę, że czasy się zmieniły i widzi, że można by te pieniądze przeznaczyć na coś innego. Owszem, mówi prezydent Leszna, istnieją sztywne zapisy Polskiego Ładu, ale leszczyńskie władze podejmą próbę zatrzymania i przesunięcia tych pieniędzy na inne zadania. Dziennikarz pytał w tej rozmowie, cytuję: No właśnie, czy jest możliwość przesunięcia tak dużej kwoty na jakąś inną inwestycję? Prezydent Borowiak odpowiedział, cytuję: Dzisiaj nie jestem w stanie panu odpowiedzieć. Natomiast serce podpowiada mi, że trzeba o to powalczyć, no i rozpoczniemy, że tak powiem, dyskusję, już na poziomie warszawskim, aby ewentualnie przekwalifikować nazwę zadania na inne zadanie, ważniejsze, ale te działania rozpoczniemy w przyszłym tygodniu.
Owszem, sytuacja jest nieco inna niż we Wschowie. Co do tego zgoda. Jednak co do zasady prezydent Leszna Łukasz Borowiak jedzie do Warszawy zrobić to, o co wnioskowali we Wschowie radni opozycji. Jedzie podjąć działania, by zmienić przeznaczenie środków z Polskiego Ładu. Taka jest różnica między wschowskim a leszczyńskim samorządem. Nie ma medialnej nagonki, nie ma pisania głupot, nie ma ośmieszania się, jest za to działanie. Czy ono przyniesie skutek, to już zupełnie inna sprawa.
Foto: screen z YT Elka.pl programu ,,Kwadrans samorządowy”
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Radni złożyli interpelację, w której pytają, czy burmistrz zechciałby podjąć działania, które w efekcie doprowadziłyby do zmiany przeznaczenia środków przyznanych w Polskim Ładzie. Chodzi o to, żeby doprowadzić do sytuacji, by pieniądze przekazane na budowę deptaka we Wschowie przeznaczyć na kanalizację w Tylewicach. W lokalnych mediach poruszenie. Wypowiada się w tej sprawie wiceburmistrz Marek Kraśny i muszę powiedzieć, że dziwię się, bo jest przecież Polakiem, człowiekiem wykształconym, kojarzonym powszechnie z Platformą Obywatelską. Otóż z wypowiedzi wiceburmistrza wynika, że nie czyta interpelacji ze zrozumieniem i nadaje jej jakiś swój, własny, mało zrozumiały bieg. Zamiast wymieniać radnych po kolei, wszystkich tych, którym wiceburmistrz się dziwi tak pięknie i dostojnie, wystarczyłoby przeczytać interpelację dwa razy, skoro za pierwszym razem ni w ząb. Gdyby ona jeszcze była napisana w kształcie dytyrambu, to i owszem, zrozumiałbym problemy, nie każdy zaraz łapie w mig pieśń kozła i jej sens, ale nie, jest przecież napisane, jak krowie na rowie, prościej tego nie da się napisać.
Zatem radni nie interpelują o łamanie regulaminu, jak twierdzi samorządowy portal zw.pl, który wiadomo, że sobie a muzom coś napisać lubi (na zdrowie, gorzej już chyba być nie może). Radni nie chcą też, żeby burmistrz przeznaczył otrzymane środki z budowy deptaka na kanalizację. Przeciwnie – radni mówią, czy burmistrz spróbowałby coś zrobić, żeby można było zmienić przeznaczenie tych pieniędzy. Czy zechciałby podjąć działania, pytają radni, a nie czy zechciałby burmistrz złamać prawo i po cichu pieniądze z deptaka przeznaczyć na kanalizację. Nawet jeżeli wiceburmistrz widzi w tym hucpę polityczną, to przyłącza się do niej i hucpę robi podwójną, wtłaczając czytelnikom lokalnych mediów jakąś swoją fantazję. A wydaje się (i to moja skromna opinia), że nie trzeba robić hucpy, wystarczy rzeczowo odpowiedzieć. Wiem, to może przekraczać możliwości wschowskiego samorządu.
Nie ma jednak wątpliwości, że w tej sytuacji będzie potrzebna strategia na temat czytania ze zrozumieniem w gminie Wschowa. Myślę, że tak za trzynaście tysia, bo trzeba oszczędzać, bo czasy są trudne.
Foto wykorzystane w grafice: Victoria Art z Pexels
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Mary Lincoln urodziła czterech synów. Pierwszy był Robert. Drugi – Edward, zmarł, mając zaledwie cztery lata, na długo przed prezydenturą jej męża. Edward po śmierci przeniósł się do Bardo – nie ma na ten temat żadnej relacji, ale wszystko wskazuje, że tak było. William był trzecim z kolei dzieckiem. Miał 12 lat, kiedy pokonała go choroba. Zaraz po śmierci znalazł się w Bardo – wiemy o tym od Georga Saundersa, współczesnego amerykańskiego profesora, nowelisty i powieściopisarza. Mary popadła w depresję, co chyba nikogo nie dziwi. Jej mąż, Abraham Lincoln zapewne też ciężko to znosił. Śmierć syna miała miejsce w drugim roku jego prezydentury. A miał przecież na swojej głowie jeszcze wojnę domową, zwaną secesyjną, najkrwawszą w historii dziejów tego kraju, najkrwawszą rzecz jasna po eliminacji rdzennych mieszkańców Ameryki.
Mary Lincoln jeszcze co najmniej dwukrotnie doświadczyła głębokiej depresji. Kilka lat później w jej obecności zamordowano męża, który ledwo co został wybrany po raz drugi prezydentem rozdartego na pół kraju. Wdowa nie była w stanie uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych. Zapewne jej mąż, zaraz po śmierci też znalazł się w Bardo, ale tego nie wiemy na pewno. Wie to zapewne George Saunders, ale tym wątkiem pozagrobowej biografii jednego z najbardziej znanych prezydentów USA, jeszcze się nie zajął i prawdopodobnie już tego nie zrobi. Niespełna 10 lat po śmierci Lincolna, umiera najmłodszy ich syn – Tad. I on zapewne po śmierci udał się do Bardo, chociaż i w tym przypadku literatura na ten temat milczy. Niestety dla Mary strata czwartej, kolejnej, najbliższej osoby okazała się być przysłowiową kroplą. Nieleczona depresja zawęża pewnie pole widzenia. W przypadku Mary mówi się, że popadła w obłęd. Doszło do tego, że została ubezwłasnowolniona przez swojego pierwszego i jedynego już wtedy syna. Próbowała popełnić samobójstwo, co należałoby interpretować w ten sposób, że starała się przedostać do Bardo. Bez powodzenia. Leczyła się w szpitalu psychiatrycznym, ale jakimi metodami, wolałbym nie wiedzieć. Rok później przywrócono jej pełnię praw. Kilka lat później udała się, tym razem skutecznie tam, gdzie większość jej najbliższej rodziny – w okolice Bardo. Do dzisiaj nie udało się ustalić, co tam robiła i jak długo przebywała w tym miejscu. Zanim tam dotarła, miała wylew.
George Saunders w powieści ,,Lincoln w Bardo” nie zajmuje się żoną Abrahama Lincolna, ale zaczyna za to od śmierci jej syna, Willa. W sumie, jeżeli być dokładnym, to zaczyna od czego innego, a dokładnie od Bardo. Tylko czym jest Bardo, prawda? Czym ono jest? Prawdę mówiąc powieść Saundersa jest tak pomyślana, że prędzej, czy później wszystkiego się dowiemy. Owszem, z początku będziemy nieco zdezorientowani. Przez chwilę za nic nie będzie wiadomo – kto mówi, co mówi, gdzie to mówi, dlaczego to mówi, w jakim to języku, o boże, co to za tekst rozpisany na chór gadatliwych typów, którym wkłada się w usta słowa, zdania, całe akapity, ale sens, tak sens, bo o sens chodzi, rozkładał się będzie na wiele postaci, głosów, jak w scenariuszu filmowym lub tekście dramaturgicznym, chociaż u Saundersa mamy wszystko naraz, bo wszystko naraz się miesza i łączy, dialog z didaskaliami i na odwrót. Nie oddzielisz tego człowieku, ale i nie ma takiej potrzeby. Tak to jest napisane, tak pomyślane, tak skonstruowane, że jeszcze czegoś takiego to raczej z całym szacunkiem, ale nie było. A jak było, to chyba przepadło, bo nie miałem przyjemności.
No ale Bardo? Czym jest? No takim stanem przejściowym jest. Jeszcze nie mamy nowej pracy, ale w starej już nikt na nas nie czeka i co teraz. Albo – już się urodziliśmy, ale jeszcze nie umarliśmy. Albo – już wypowiedzieliśmy pierwsze słowo i nasi rodzice informują o tym na fb, ale jeszcze nie zabrakło nam słów w sytuacji, która nas przerasta, gdy mamy 36 lat. Ciało już jest martwe – i tym przejściem zajmuje się powieść Saundersa – ale dusza/jakaś nasza świadomość/nieświadomość/nadświadomość jeszcze się z tym faktem nie pogodziła. Być może wygląda to na czyściec, albo na jakieś mickiewiczowskie ,,Dziady”, ale Bardo jest tybetańskim terminem, w którym miesza się nieco buddyzm z chrześcijaństwem. Ale na takiej zasadzie, że to, co nas spotyka, w co wierzymy, jak żyjemy, komu szkodzimy, a komu nie podczas naszego krótkiego życia, w Bardo jest powielane, a nawet nadużywane w większych projekcjach, przerastających swoim rozmiarem, sensem i wyobrażeniem życiowe doświadczenie. W tym sensie tybetańskie Bardo jest miejscem neutralnym, ale jego bywalcy neutralni już nie są. Zatem, jeżeli w swoim życiu zabiłeś z 500 much, zadeptałeś z 30 ślimaków, wyrywałeś skrzydła motylom, a potem jeszcze strzelałeś do saren, dzików, słoni i innych zwierząt, to bądź pewien, że w Bardo wszystkie one będą tworzyły makabryczny stos, a ty będziesz czuł się w obowiązku, każde z nich z osobna błagać o przebaczenie. Życzę powodzenia.
No niby jest to powieść o duchach, nie mówię, że nie, ale są to duchy, które uprawiają soczysty, współczesny stand-up na najwyższym poziomie. Nie tylko, owszem, są tutaj opisy kobiet, Afroamerykanek, pracujących na plantacjach bawełny, którym nie odpuścił żaden biały mężczyzna, będący akurat gdzieś w pobliżu, są historie gejów, którzy w tamtych czasach wiadomo, jak byli traktowani, jeżeli ujawniali się ze swoją orientacją, są opisy ludzi nieszczęśliwych, skąpych, krnąbrnych, morderców i mordowanych, samotnych matek i ludzi, żyjących w koszmarnej nędzy. Są one, te opisy, wycyzelowane, dobitne, bez żadnych zasłon, nieprzegadane a raczej opisane tak, by wszystko było wiadomo, by nie było domysłów, jak obecnie w sprawie mobberów i mobingowanych w ,,Newsweeku”. Kawa na ławę w soczystym, perfekcyjnym wydaniu, rozpisana na wielogłos, chór z zaświatów. A pomimo tego wszystkiego George Saunders wlewa w tę historię zdaje się, że swoją naturalną, pisarską, ludzką empatię. Jak pisałem wcześniej – tego jeszcze nie było, nie przesadzam.
Ps. Książka ponad rok temu dotarła do mnie z Wielkopolski, będzie prawie rok i pół roku właściwie. Pozdrawiam Wielkopolskę. Dziękuję za cierpliwość.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Mam problem z tą książką. Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, o co chodzi. Czy Jacek Poniedziałek mnie irytuje, czy może bardziej jestem zniecierpliwiony swoimi reakcjami/myślami/skojarzeniami, które i tak wszystkie razem wzięte w garść, sprowadzają się pewnie do zazdrości. Cholera wie, naprawdę. Bezradny jestem, kiedy o niej myślę. Na ostatniej stronie okładki napisali, że to nie jest książka o chlaniu, ćpaniu i ruchaniu, tylko o czym innym. Mam wątpliwości. Myślę, że jest właśnie o chlaniu, ćpaniu i ruchaniu, zabawie, trochę o terapii, o tym, w jakim kraju żyjemy, nieco o rodzicach aktora, biedzie albo nędzy, o sukcesie zawodowym, o tym, co w Nowym Jorku, a co w Meksyku, lub Paryżu i Warszawie, o takich typowych zagwostkach każdego człowieka pod słońcem, że kiedyś matka to, ojciec kiedyś tamto, że coś można było, że czegoś jednak nie dało się rady, nie sprostało się czemuś, bo jest się tym, kim jest, najczęściej gnojem, na sobie skoncentrowanym, maksymalnie zresztą na sobie i na nikim innym, że się dojrzewa, przez całe życie, nawet w wieku 50 lat i więcej. O wstydzie i o tym, że wstydu nie ma i nie ma będzie, jakby pewnie powiedziała Magdalena Okraska.
Są jednak dwie, może trzy sceny (ale opiszę dwie), które zrobiły na mnie spore wrażenie. Myślę sobie o nich.
Pierwsza związana z Isabelle Huppert (m.in. ,,Pianistka” i ,,Elle”). Poniedziałek wspomina, jak teatr Warlikowskiego (chyba chodziło o Warlikowskiego, bo nie jest to powiedziane wprost) wystawiał coś w Paryżu. Po spektaklu bankiet. Na bankiecie Isabelle Huppert. Była obecna na przedstawieniu, więc na bankiecie również. Poniedziałek podszedł do niej i, jak pisze, zaczął oddawać jej hołdy rozmaite. Że wspaniała, że podziwia jej role, że jest taka i owaka, a Huppert stała, nic nie mówiła, uśmiechała się, jak pisze Poniedziałek, smutno, żaden mięsień jej nie drgnął, żadnego słowa o spektaklu, żadnego dziękuje lub pocałuj mnie w dupę nie wydusiła z siebie. Nic. I Poniedziałek w końcu powiedział, że na chwilę Isabelle opuści, tylko pójdzie po coś do picia. Oczywiście już tam nie wrócił. Dała mi lekcję – napisze o tym spotkaniu polski aktor. Ale nie taką lekcję, kto tutaj rządzi. Tylko lekcję szacunku do samego siebie. Bo Poniedziałek myślał, że jest miły, że tak trzeba, być może w Polsce to się sprawdza, nie wiem, nie znam się, ale widocznie gdzieś tam, w świecie Isabelle Huppert chodzi o coś więcej. Być może o partnerstwo, a nie o hołdy. Tak myślę. I ja, czytając tę książkę, miałem w sobie podobne emocje co do tych Paryżów, Meksyków, wyjazdów, wielkiego świata, Nowego Jorku, tego życia na zupełnie niedostępnym levelu, jakby życie to była jakaś gra, która toczy się tylko na jednym poziomie, pomimo wiedzy o tym, że są poziomy wyższe, na przykład drugi, trzeci, czwarty i piąty, a nie tylko pierwszy, pierwszy, pierwszy i pierwszy.
I druga scena z książki. Rzecz dotyczy Redbada Klynstry. Widziałem ich razem w dwóch przedstawieniach – w ,,Krumie” i ,,Burzy”, pewnie grali częściej ze sobą, na pewno się przez jakiś czas przyjaźnili, w sensie Poniedziałek i Klynstra. Akcja dzieje już w Polsce pod rządami PiS, od dawna wiadomo, że w spolaryzowanym kraju Klynstra stoi po stronie PiS. Redbad któregoś dnia tweetuje: ,,Czy w PL pedofile są częścią LGBT+, czy nie? Kto czuje się kompetentny odpowiedzieć?” Obaj za chwilę mają ponownie (po siedmiu zdaje się latach) zagrać na deskach teatru w ,,Krumie”. Warlikowski pyta Poniedziałka, jak to sobie Redbad wyobraża, że wyjdzie na scenę z pedofilem w teatrze pedofila? Wszystko to się dzieje w czasie, kiedy ,,Gazeta Polska” zaczyna swoją akcję ze strefami wolnymi od LGBT i nalepkami z tą treścią, co kojarzyło się jak najgorzej. A dla osób LGBT+ zaczął się w tym kraju czas mroku. Klynstra się reflektuje, esemesuje do Poniedziałka, tłumaczy, że jakby nie o to przecież chodzi, że nie jest homofobem, ma przyjaciół i takich, i takich, że nie jest za tym, by zaglądać ludziom do łóżka, ale nie jest też za tym, by osoby LGBT+ wychodziły na ulice, obnosząc się ze swoją seksualnością. Nie wiem, jak to się kończy między nimi, bo Jacek Poniedziałek nie serwuje czytelnikowi puenty, tzn. serwuje swoją, ale bez udziału Klynstry.
Niemniej po przeczytaniu książki zajrzałem do wywiadu w telewizji Republika z listopada 2013. Klynstra prowadził tam jakiś program, a zaproszonymi gośćmi byli Ewa Dałkowska (również zwolenniczka PiS – to nie jest zarzut, ale ma to znaczenie dla dalszej części tego tekstu) i Jacek Poniedziałek. Wszyscy z Nowego Teatru Warlikowskiego. Warto tej rozmowy posłuchać. Bo wyraźnie w trakcie tej rozmowy pobrzmiewają echa światopoglądowego sporu, który przez pewien czas jakoś tam grupę Warlikowskiego rozdzierał od środka. Chociaż wiadomo, że teatr Warlikowskiego był i jest lewacki na wszystkie możliwe sposoby. Warto też wiedzieć, że Ewa Dałkowska od katastrofy smoleńskiej nie świętuje swoich urodzin, bo wydarzyło się to właśnie w dniu jej urodzin. W każdym razie ta rozmowa między nimi uzmysłowiła mi, że to, co mamy w Polsce nie jest wynikiem tego, że jedni wierzą w Różowe Słoniki, a drudzy w Czarne Madonny. Tylko na czymś innym. Najprościej byłoby powiedzieć, że nie umiemy ze sobą rozmawiać. To prawda, ale bierze się to stąd, że czasami ten, kto wierzy w Różowe Słoniki ma taką osobowość, że nauczony jest długo gadać, przerywać pozostałym rozmówcom i nie dostrzegać, że obok siedzą osoby, które aż tak silnej osobowości nie mają, a też chciałyby coś powiedzieć, tylko nie mogą, bo nie mają tego czegoś, siły przebicia itp., itd. Zapewne działa to też w drugą stronę. I że rozmowa dzieje się wtedy, kiedy nie liczy się presja osobowości, wieku, doświadczenia, płci, pochodzenia, gadatliwości, słowotoku, urody, stanu portfela i czegokolwiek jeszcze. Rozmowa dzieje się wtedy, kiedy te wszystkie presje wymienione wcześniej, zostają zawieszone na czas rozmowy.
I to wszystko.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
W ogóle się tego nie spodziewałem. To było wczoraj, a chciałem kupić kawę, bo na ulotce stało jak byk, że będzie tańsza o 30%. Obliczyłem więc i wyszło mi, że tyle akurat mam. A nawet z 50 groszy więcej. W sumie szaleństwo, wiadomo, nawet pewnego rodzaju ekscytacja.
W sklepie ruch, jak zawsze. Nikogo nie znam, nikt mnie nie zna, nie rozmawiamy ze sobą, każdy zajęty swoimi sprawami. Kawa rzeczywiście o 30% tańsza. Biorę. A zaraz obok, może jeden regał w przód, albo w tył, książki, tak, miejsce z książkami. Podchodzę. Trzeba, wiecie, odgrywać takiego miejscowego inteligencika, że niby coś go więcej interesuje poza kawą tańszą o 30%. No więc biorę te egzemplarze do drugiej ręki, bo w lewej mam kawę. Mlaskam przy tym, głośno, żeby było wiadomo, że mam takie jakby hobby, które być może jest nawet czymś więcej, na przykład manią albo pożądaniem. A przecież wiadomo, że nie, bo chodzi o kawę, ale czego się nie robi, żeby to wszystko wyglądało na coś innego.
Miłośnicy spraw rozmaitych
Przy okazji myślę o innych miłośnikach spraw rozmaitych. Na przykład o wędkarzach. Co oni by na moim miejscu zrobili, gdyby znaleźli się w takiej sytuacji. Mieliby chyba łatwiej, podeszliby do zamrażarek, trzymając w jednej ręce kawę z przeceny i sprawdzili, czy są w sprzedaży miejscowe ryby – z Łęgonia, Lginia lub z tych dwóch stawów przy Obrońców Warszawy. Ewentualnie mogliby głośno wyrażać swoje opinie na temat zamrożonych ryb. Na przykład, że ryby są piękne, świeże z jasnoczerwonymi skrzelami, wypukłymi, błyszczącymi oczami i połyskującą skórą. Potem niechby zamrażarkę zamknęli i głośno chrząkając, żeby wszyscy dookoła wiedzieli, że teraz przemówią, powiedzieliby – wyborne. Wy-bor-ne. Po czym mogliby sobie jeszcze strzelić fotę z telefonu i zamieścić na swoim profilu, gdyby któryś z nich zamierzał w przyszłych wyborach samorządowych ubiegać się o fotel burmistrza. Każdy od razu by wiedział, że ma do czynienia z prawdziwym pasjonatem, kimś, kto jest pożyteczną tkanką w skomplikowanym organizmie społecznym, kto z niejednego pieca jadł, a nie jak dla przykładu bloger fantasta, erotoman gawędziarz, czy inny psychopata.
[Nie]Dziennik
Wracając jednak do mojej sytuacji rodem z amerykańskich dramatów konsumpcyjnych. Więc podchodzę do regału i patrzę, widzę że, Jacek Poniedziałek [Nie] Dziennik. Nigdy osobiście nie miałem przyjemności. Jacek Poniedziałek też nigdy na oczy nie widział kogoś takiego, jak ja. Więc mamy klasyczny, życiowy pat – dwóch ludzi bez przyjemności, bez znajomości, patrzą na siebie, przy czym jeden robi to z okładki, a drugi, bo przyszedł kupić kawę tańszą o 30%, zapewne za chwilę każdy z nich pójdzie w swoją stronę.
Gruchnęło o ziemię
I właśnie wtedy to się stało. Szklany pojemnik z kawą wyślizgnął się, nie wiem jak, nie wiem co to za ręka i kto ją stworzył, że się z niej kawa tańsza o 30% wyślizgnęła, co to za nieuwaga jakaś fatalna. I żeby jeszcze wymsknęła się bez żadnych szkód, a tu wszystko naraz. Gruchnęła o ziemię i wszystko w mak, w popiół, szkło wszędzie, ziarna kawy tu i tam, gdzie nie spojrzeć, nikt nie zwracał uwagi, bo wiadomo, maniakalnie polowałem na kawę promocyjną. jak maniak stałem i się gapiłem w okładkę, w maniakalnym odgrywaniu kogoś kim nie jestem, kawę upuściłem na ziemię, więc mam za swoje.
Domownicy by tego nie zrozumieli
Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że sprawa wydawała się poważna. Dla mnie samego wręcz katastrofalna. Bo co ja teraz biedny miałem zrobić? Pozbierać wszystkie te drobne ziarna kawy, poupychać w kieszenie i jak na skazanie z ocalałym kodem kreskowym, udać się do kasy i powiedzieć, że kawa się stłukła, ale posprzątałem, tutaj mam wszystkie odłamki szkła, tutaj wszystkie ziarenka, niech pani mnie skasuje, a ja idę do domu, bo czeka mnie dzień niezwykły, będę sklejał teraz wszystko do kupy, jak pasjonaci, bracie modelarze i później do tego sklejonego pojemnika wsypię wszystkie zebrane przeze mnie ziarna kawy. Przecież nie mogłem do domu wrócić z tymi wszystkimi kawałkami czegoś, co miało być kawą 30% tańszą, a został z tego ino płacz i zgrzytanie zębów. Domownicy by tego nie zrozumieli, ja sam byłbym bardzo zdziwiony, gdyby zamiast kawy, przeniesiono by do domu jakieś szkło przypadkowe i coś, co nie przypomina niczego, a co trudno by nazwać kawą. Może mysimi bobkami, to i owszem, ale po co zaraz upychać nimi kieszenie. Chciałem tę sytuację, jak to się mówi, obrócić na swoją korzyść. Wróciłbym ze sklepu i powiedziałbym, że owszem, wszystko jest w rozsypce, ale już się biorę do roboty, zaraz to wszystko posklejam i będzie, jak nowe.
Głupio tak bez dowodu
I wtedy stało się coś jeszcze. Bo podszedłem do pracownika sklepu, która wykładał towar na półkę i o wszystkim mu powiedziałem. Że muszę coś pokazać. Że się stłukło, że leży wszystko w jednym miejscu, na podłodze. Że mogę posprzątać, że zaraz znajdę tam kod kreskowy w całym tym chaosie i pójdę do kasy, i że kawę tę rozsypaną też wezmę ze sobą, bo coś muszę przynieść do domu, jakiś dowód, bo głupio tak bez dowodu. Ale pracownik sklepu uśmiechnął się do mnie i powiedział, że nic się nie stało, że zaraz to zostanie uprzątnięte i żebym się tak nie martwił, nie trząsł się jak galareta. Ja tego pracownika pytam, ale co teraz, mam za to zapłacić, za tę przecenę, czy co mam zrobić? Na co on, żebym wziął się w garść, poszedł po nową kawę z półki i udał się do kasy. Nikt tutaj nie będzie o to robił przecież dymu na cały sklep. Więc chciałem go uściskać, rzucić się na szyję, albo chociaż przybić piątkę, bo inaczej sobie to wszystko wyobrażałem, ale nie chciałem robić scen, więc się uśmiechnąłem tylko, dając do zrozumienia, że uściskałbym, rzucił się na szyję, przybił piątkę, ale może nie jest to właściwy czas.
Rzeźnia gorączki i upałów
I kiedy już stałem przy kasie, myślałem jeszcze przez chwilę, że zaraz ktoś do mnie podejdzie, klepnie w ramię i powie: proszę z nami, chcemy porozmawiać o incydencie, który miał miejsce chwilę temu przy stoisku z książkami. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Nikt mnie nie cofnął, nie robił przykrości. Kasjer zeskanował kod, kawa okazała się o 30% tańsza, nie odebrano więc mi promocji w związku z całym zamieszaniem. Zapłaciłem, zostało mi jeszcze 50 groszy w kieszeni i uradowany tym faktem wyszedłem w rzeźnię gorączki i upałów, które w najlepsze czekały na mnie na zewnątrz.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Sytuacja zrobiła się nadzwyczaj interesująca. Są dojazdy ze Wschowy do Lginia (to jeszcze nie jest interesujące, bo mieszkańcy, w tym Ty i ja, zatrudniliśmy człowieka, który ma obowiązek dobrze wykonywać swoją pracę i jak jest problem z dojazdem do Lginia, to nikt tutaj nie robi łaski, po prostu trzeba to zorganizować, bo pracodawcy/mieszkańcy tego oczekują). Autobus będzie dowoził, bo, wiadomo, nie każdy ma samochód, młodzież poniżej określonego wieku nie ma jeszcze prawa jazdy. No trzeba to zorganizować – tak mówią pracodawcy/mieszkańcy, a pracownik w postaci burmistrza rozumie, że jest to w okresie letnim jeden z priorytetów.
Potem się okazuje, że autobus ruszy ze Wschowy i uda się czym prędzej do Lginia. Też super. Przy okazji dowiadujemy się, że zdecydowana większość miejscowości wiejskich nie załapie się na ten transport. Pomimo tego, że chodzi o młodzież i osoby bez samochodu. Wygląda na to, że jest to raczej problem mieszkańców Wschowy. Że to tutaj panuje takie, jakby to powiedzieć, komunikacyjne wykluczenie. Wsie tego problemu nie mają. Młodzież w sołectwach zdobywa przecież prawo jazdy już w 10 roku życia, a pierwszy samochód kupuje rok później. Potem się oni zwołują, ta wspaniała młodzież, na facebookach lub snapchatach i z okien widać, jak sznur, wypełnionych po brzegi pojazdów ciągnie do Wschowy, by z tego centrum gminy, przedostać się dalej do Lginia. Potem powstają super anegdoty, zawiązuje się przyjaźnie, a część tej młodzieży na pewno zostanie społecznikami i jak dorosną, to być może któryś z nich będzie marzył o tym, by i jego mieszkańcy kiedyś zatrudnili, by mógł podejmować takie decyzje. Może akurat ktoś taki będzie pochodził z Wygnańczyc i kiedy to jemu pracodawcy/mieszkańcy będą płacić co miesiąc, on z Wygnańczyc zrobi centrum gminy. I wtedy kto będzie chciał dojechać latem do Lginia, będzie musiał dotrzeć do Wygnańczyc. A niech się komuś tylko to nie spodoba i na profilu przyszłego burmistrza zacznie narzekać, to niech wyp@#$%^la na szczaw lub czereśnie na ogródki działkowe. Dosyć tego. Zawsze to samo. Jprdl.
No ale to wszystko będzie za jakiś czas, a przecież obecnie, jak to się mówi, jest tu i teraz. Oczywiście powie ktoś, a co ty człowieku gadasz. W sensie, co ja tutaj gadam. Jaki pracownik (burmistrz), jacy pracodawcy (mieszkańcy), co to ma znaczyć? Samorząd przecież to coś więcej, to pewna wspólnota ducha, idei, pięknych myśli, to także filiżanki kawy z rozmazanym tłem (umiesz tak, psychopato – w sensie, czy ja tak umiem i inni tego pokroju), to pewna postawa pokoleniowa, to pewien ruch społeczny, który ci się w głowie nie mieści (w sensie, że w mojej głowie i osób mojego pokroju). Co ty znowu o pieniądzach, że ktoś komuś płaci za robotę. Jakie to jest obrzydliwe. Ja – w sensie ktoś tak mógłby do mnie mówić, czuję, że tak to mniej więcej mogłoby wyglądać – żyję energią kosmosu, och, widzę, że reptilianie znów się gromadzą na horyzoncie, którego ty nie masz w stopniu żadnym (w sensie, ze ja nie mam) i żywię się tylko i wyłącznie pestkami cytryny (ktoś tak mówi), dlatego wierzę, że wszystko jest w gminie wspaniałe, a mieszkańcy wsi udowodnią, że potrafią się zorganizować i dojechać do Wschowy, bo Wschowa akurat w promieniu 3 kilometrów jest centrum wszechświata.
Owszem, można i tak. Niemniej tu i teraz pod wpisem burmistrza, ale też i jednocześnie pracownika, którego zatrudniają mieszkańcy, nie wszyscy pracodawcy są zgodni. To nic takiego. W każdej szanującej się firmie ma to miejsce. Zarząd wspólników gromadzi się i naradza się. Zastanawia. Jedni poddają w wątpliwość sens tej inwestycji, bo zbyt wiele osób wyklucza, inni przeciwnie, twierdzą, że jest bosko, a jeszcze inni, żeby w ogóle nie zwracać uwagi na minusy, a jedynie tylko na plusy.
I rzeczywiście, gdyby jeden z drugim był moim lub twoim znajomym i nieustannie lub raz na jakiś czas słyszelibyśmy od niego, że kiepsko nam idzie, pewnie byśmy się zastanowili, czy warto tę znajomość utrzymywać. Chyba, że byłaby w tym, jak mówi noblistka, czułość. Ale w tak zwanym samorządzie nie mamy z tym do czynienia. Sprowadzając samorząd do relacji biznesowych, nie można bawić się w żłobek. To znaczy można, nikt nikomu nie zabrania, ale szczycąc się tym, osiąga się jedynie tyle, ile można osiągnąć na tym poziomie. Nic więcej. Więc nie przesadzajmy, że jeden z drugim pod wpisami burmistrza/pracownika zwraca uwagę, że robota jest wykonana jedynie w połowie. Twój pracodawca, jaki by nie był, przyjdzie do ciebie i powie ci to samo, jeżeli będziesz chwalił się, że jest zrobione, chociaż nie jest zrobione tak, jak powinno.
foto wykorzystane w grafice: Roman Fox z Unsplash
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
książki z biblioteki, które przetrzymujesz na półkach są ładne,
ekran masz ładny
i ty (sam, sama) jesteś na tle tego wszystkiego,
(sam sama) jesteś ładny ładna i ładnie pachniesz.
Ale tutaj gdzie siedzimy wszystko się kołysze, wszystko się ugina, przechyla, kolebie, lampka wina ślizga się po stole, stół lepi się od wina, sałatki, wypełzają z naczyń, owoce, turlają się pod koła samochodów.
Nie można się do tego przyzwyczaić.
trzymasz się starej kanapy, żeby głowę trzymać w pionie, żeby głowę chronić przed czymkolwiek, na przykład przed kantem lepkiego od wina i sałatek stołu
trzymam się wszystkiego, by nie ześlizgnąć się, by noga się nie ześlizgnęła, by nie przebiła na wylot ściany lub – co gorsza – szyby, by nie pojawiła się na zewnątrz, by nikt jej się nie dziwił, by nikt nie zawiesił na niej flagi Polski lub innego kraju w stanie rozpadu
To pomieszczenie rozchodzi się w szwach.
Więc?
Spraszać, niekoniecznie, mówić całą prawdę, przemilczać, chować się za konwencje, obnażać się w miejscach publicznych, zadawać ostatecznie pytania czy rozmawiać byle głośno
Wszystko się kołysze, a teraz jeszcze rzęzi
Sny nocują w pomieszczeniu obok.
Pod jednym nakryciem nie ma nikogo.
Nie ma głów, nie ma oczu, rąk, nie ma oddechów.
już nigdy z nikim nie zatańczą,
z nikim nigdy nie zaśpiewają ulubionych piosenek
lub tych, które przez chwilę znajdują w nich uznanie,
jak choćby ten utwór, który próbują sobie przypomnieć.
Dla wszystkich burmistrzów Wschowy coś takiego, jak absolutorium, wotum zaufania, przyjęcie budżetu na kolejny rok, to ważne momenty, chociaż mają one charakter tylko i wyłącznie rytualny. Opinie Regionalnej Izby Obrachunkowej (RIO) zawsze w historii wschowskiego samorządu były pozytywne. Burmistrzowie zawsze też mieli większość w Radzie Miejskiej z wyjątkiem poprzedniej kadencji, gdzie ostatnie trzy lata większość miała opozycja. A trzeba wiedzieć, że kto ma większość ten rządzi, dlatego też pomimo pozytywnych opinii RIO w poprzedniej kadencji, burmistrz Danuta Patalas trzykrotnie nie otrzymała od rady absolutorium. Wtedy też pani burmistrz nie widziała potrzeby, żeby uczestniczyć w sesjach absolutoryjnych (w 2017 i 2018). Gdyby większość rady należała do jej ugrupowania, wtedy chętnie brałaby udział w tym rytuale – oklaski, kwiaty, chwile triumfu itp.
Teraz przyszedł czas na burmistrza Konrada Antkowiaka i wszystko wygląda tak samo, jak za poprzedników. Mamy więc pozytywną opinię RIO, burmistrz ma większość w radzie, jest więc absolutorium i wotum zaufania i dzięki temu burmistrz może o tym napisać na facebooku. Gdyby nie dostał absolutorium i wotum zaufania, pewnie zlikwidowałby swój profil. Jedno i drugie nie ma znaczenia. Tym bardziej, że mało kto wie, co to jest, to RIO, a być może nawet niektórzy myślą, że jak RIO przemówiło, to tak, jakby prezydent Joe Biden wypowiedział się na temat burmistrza Wschowy. Nic bardziej mylnego.
Żeby mieć obraz znaczenia absolutorium, odsyłam do tekstu o Bytomiu Odrzańskim. Tam w pewnym okresie, jak co roku RIO wystawiało pozytywną ocenę z wykonania budżetu, a burmistrzowi przyznawano absolutorium. Nie zmieniało to faktu, że w tym samym czasie, od lat, przewodniczący tamtejszej Rady Miejskiej pobierał zawyżoną dietę. Czy RIO, sprawdzając wykonanie budżetu, wiedziało, że przewodniczący pobierał zawyżoną dietę? Nie. Sprawdzono to dopiero wtedy, kiedy kontrolerzy RIO odwiedzili urząd miejski w Bytomiu Odrzańskim i przejrzeli szczegółowe dokumenty. Czy pozytywne opinie RIO z wykonanych budżetów w Bytomiu Odrzańskim, należało wtedy rozumieć w ten sposób, że przewodniczący może pobierać diety niezgodnie z prawem? Oczywiście, że nie. To są dwie różne rzeczy i nie warto ich wrzucać do jednego worka.
Więc jak słusznie zauważył Krzysztof Owoc w komentarzu pod absolutoryjnym wpisem burmistrza, pozytywna opinia RIO z wykonania budżetu, to coś absolutnie podstawowego. Jeszcze tego by brakowało, żeby ktoś źle wypełnił tabelki i niedbale powpisywał cyferki w odpowiednie rubryki. W sumie, gdyby przyłożyć do tego odpowiednią miarę, to cały ten rytuał można porównać do wypełnienia wniosku o dowód osobisty. I w tym sensie sesja absolutoryjna do tego się sprowadza. Burmistrz oświadcza, że dobrze wypełnił wniosek, radna z koalicji z powagą iście królewską, odczytuje pozytywną opinię, która, upraszczając, brzmi: wniosek został dobrze wypełniony, dowód osobisty został wydany. Radni z koalicji triumfują, bo burmistrz ma nowy dowód. Jednak uwagi radnych opozycji nie dotyczyły tego, że burmistrz dobrze wypełnił wniosek, ale spraw zupełnie innych. Parafrazując tytuł artykułu na portalu Elka.pl, można powiedzieć, że radni opozycji wyraźnie podkreślali, że owszem, burmistrz dobrze wypełnił wniosek o dowód osobisty, ale posiadanie tej legitymacji, nie czyni z jej właściciela gospodarza miasta. W tym sensie burmistrz w swoim wpisie nie rozumie tej prostej różnicy albo udaje, że nie rozumie.
Do tego dochodzi jeszcze rozbuchany do groteskowych rozmiarów mit większości. Oczywiście nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Jest to system akceptowany w każdym szanującym się kraju. Zatem to większość decyduje o takich sprawach, jak absolutorium, przyjęcie budżetu, czy przyjęcie strategii rozwoju sportu. Jednak jeżeli ta sama większość przyjmuje absolutorium, a chwilę później strategię rozwoju sportu, to trudno powiedzieć, jaką ma twarz ta mityczna większość. Z daleka widać, że nie ma żadnych właściwości. Można nawet powiedzieć, że skoro wyjątkowo niedbale napisana strategia jest dla większości do zaakceptowania, to znaczyłoby, że tutaj nic nie ma znaczenia. Przez to burmistrz może myśleć, że coś się rozmija ze stanem faktycznym, bo opozycja działania burmistrza postrzega krytycznie, a przecież są ludzie, którzy dostrzegają, że w mieście dzieją się też dobre rzeczy. No właśnie w tym problem, że trudno powiedzieć, czy coś dostrzegają, naprawdę. Myślę, że jest odwrotnie. Że działa tutaj prosty mechanizm i widoczny on jest na przykładzie większości w Radzie Miejskiej. Bo skoro białe jest białe (pozytywna opinia RIO), a szare, chwilami szaro-czarne (wyjątkowo niedbała strategia) też jest białe, to trudno uznać, że większość posiadła dar rozróżniania białego od szarego i białego od szaro-czarnego. Czy to jest powód do dumy? Wątpię. Czy w związku z tym większość wie, co robi? Z całym szacunkiem, ale nie bardzo.
Foto wykorzystane w grafice: Karolina Grabowska z Pexels
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Nie mam słów. Idę, krok robię, ty nic na to, a potem chrup, jakby kto orzeszki fistaszkowe mielił w zębach. A może nie, w zębach nie, to raczej jakby kto kołem drewnianym przejechał, taki to jest dźwięk, który wyobrażam, że mógłbym usłyszeć. Trudna sprawa to jest, ślimaku. Nie wiem już, co myśleć, bo tyle was tutaj, podobnych do siebie, że was nie odróżniam, a jak znajdę muszlę, która wpadła pod ludzkie stopy, bo człowiek nie może cały czas patrzeć pod nogi, szczególnie tam, gdzie jest płasko i wystarczy jedno niewinne spojrzenie, by ogarnąć, że droga wolna i śmiało można ją przebyć z podniesioną głową, więc kiedy widzę rozchrupaną nieco muszlę, ślimaku, to zastanawiam się, czy jesteś w stanie ją odbudować, czy to już na amen się stało, bo jeżeli tak, przyznasz, trudna sprawa to jest, niezbyt miła dla wszystkich zainteresowanych. Nie wiem, czy lekarz weterynarii podjąłby się diagnozy, gdyby cię przetransportować, czy co by powiedział? Amen, nie amen? Jest szansa, nie ma szansy? Życie, nie życie? Chodzi mi o to, że nie mam pewności, czy w takiej sytuacji, kiedy muszla przypomina przygniecioną i popękaną w wielu miejscach dziecięcą zabawkę, sam sobie poradzisz, czy trzeba wołać lekarza? Mam w sumie znajomego specjalistę, który być może chciałby się wypowiedzieć w tej konkretnej sprawie. Ale pewności nie mam.
Bo skoro cię tak często widuję, ślimaku, omijam, przeskakuję, z nogi na nogę, to muszę przyznać, że częściej cię ostatnio spotykam niż moich przyjaciół, rodzinę, a nawet wrogów lub zupełnie nieznane mi osoby, o których nie wiem, czy ich mijam po drodze, czy oni mnie i czy w ogóle. Nawet popytałem o ciebie tu i tam i pewnie wiesz, ale masz niezłą rodzinę zamorską, która buduje ze swoich ziomali ślimaczą wieżę Eiffla, a właściwie nie, nie paryską, a tę przekrzywioną we włoskiej Pizie. I naprawdę, nie wiedziałem, że takie rzeczy tam się dzieją, bo że hermafrodyta z ciebie, to i owszem, i masz już na swoim koncie niejeden kryzys wywołany w polskiej edukacji, ale żeby aż tak? Żeby jeden męski osobnik ślimaczy, spotykając na swojej drodze innego męskiego osobnika ślimaczego, zmieniał z tego powodu płeć? I tylko dlatego, że ślimak dotknął drugiego ślimaka? Czy tego aby nie za dużo? A jak z wieży w Pizie, bo nie Eiffla, zbudowanej z twoich pobratymców zniknie żeńska osobniczka, to męski osobnik znowu zmienia płeć, a przy okazji zanikają u niego wszystkie męskie atrybuty, a w ich miejsce wykształcają się żeńskie? Czy to się godzi? Czy wy macie tam jakąś ślimaczą straż, która pilnuje porządku? Czy raczej wasza wielka ślimacza rodzina nic sobie z tego nie robi?
Tym bardziej jest mi nieswojo, kiedy robię krok, a ty nic, nawet się nie ruszysz, a ja muszę slalomy robić, pod nogi patrzeć, zamiast się prostować, twarz w kierunku słońca kierować, nie garbić się i być dobrym obywatelem przy tym. A jak o to wszystko zadbać, kiedy ty swoim istnieniem, prawie, że unieważniasz nudę, wznoszoną metodą zerojedynkową.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Tuntschi, właśnie, czy korzystaliście kiedyś z Tuntschi? W sumie to pytanie do mężczyzn. Mieliście takie fantazje może z Tuntschi? Z lalkami, z którymi zaspokajaliście swoje potrzeby seksualne? Nie takimi z sex shopu, tylko stworzonymi na własne potrzeby, bo potrzeba, jak to mówią jest matką wynalazku. A Tuntschi jest taką sennenpuppe, słomianą lalką, obecną w ,,Empuzjonie” Olgi Tokarczuk, w nieco tylko innej formie. Tworzy ludzką postać, imitującą kobietę, na którą można trafić w górach, porośniętych lasem, niżej już tylko leży Pensjonat dla Panów w Gobersdorfie (obecnie Sokołowisko), a więc w miejscowości, gdzie noblistka umieściła akcję swojej nowej powieści. Tuntshi, czyli kukła z patyków, mchu, twarz z grzybów, porastających drzewa, oczy z szyszek, usta-otwór wycięty w hubie, piersi z kamieni, nogi i ręce w postaci cienkich witek, a między nogami ciemny tunel, do którego zaglądali miejscowi węglarze, by zaspokoić swoje potrzeby. Czyż nie jest to wyjątkowy patent?
Uzasadnieniem jest mężczyzna
Niejaki Willi Opitz, właściciel Pensjonatu dla Panów, wdowiec, miał na to zjawisko bardzo racjonalne wytłumaczenie. Uzasadnieniem jest sam mężczyzna. Jego obecność w świecie. Jakie to proste, prawda? Po lekturze ,,Empuzjonu” i wysłuchaniu Olgi Tokarczuk, kiedy we Wrocławiu, promowała nową powieść (materiał dostępny na YT) przypomniał mi się fragment z ewangelii Mateusza, w którym Jezus mówi, że gdzie dwaj lub trzej spotkają się w jego imię, tam on jest pośród nich. Mówi to w kontekście rozwiązywania problemów kościoła, wspólnoty, zboru lub cerkwi. Nie jest żadną tajemnicą, że w tych sprawach oficjalnie wypowiadają się i spotykają w ,,jego imieniu” mężczyźni. Gdyby Jezus dodał zaraz po kropce, że za każdym razem, będzie jednego z tych, którzy zebrali się w ,,jego imieniu”, żywcem obdzierać ze skóry, być może nie mielibyśmy cywilizacji po Chrystusie, zdominowanej, skolonizowanej i okupowanej przez mężczyzn. A to właśnie przede wszystkim bierze na warsztat Olga Tokarczuk w swojej nowej powieści.
Chrzest gnojowicą
Wróćmy jeszcze na chwilę do Tuntschi. W nauce nazywa się to chyba seksualnym zachowaniem zastępczym. Chociaż nie jestem pewien, przejrzałem pod tym kątem rozmowy Andrzeja Depko (neurologa i specjalisty seksuologa) z dziennikarką Ewą Wanat, zebrane w tomie ,,Chuć, czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie” i wydaje mi się, że tak to zostałoby nazwane. Motyw Tuntschi, obecny w ,,Empuzjonie”, ale proszę się nie obawiać jakiejś pornografii w książce Olgi Tokarczuk, po prostu występuje tam, jako echo pewnego zwyczaju, więc ten motyw najprawdopodobniej wziął się z regionu Alp w postaci legendy, zwanej Sennentuntschi, co należałoby rozumieć, jako połączenie dwóch słów – pastucha i czynności karmienia (tuczenia) w odniesieniu do słomianej lalki z podtekstem seksualnym. Ta legenda z Alp kończy się tragicznie. Sennenpupe ożywa i na końcu, kiedy pasterze mają wrócić do domu, nie pozwala wszystkim odejść. Mści się na jednym z nich. Żywcem zdzierając z niego skórę i wieszając ją u progu chaty. W 1981 roku powstał w Szwajcarii spektakl teatralny na motywach tej legendy, przerobionej wcześniej przez dramaturga Hansjörga Schneidera. Premierę tego spektaklu pokazano w szwajcarskiej telewizji, późnym wieczorem, spotkał się on z poważnymi zarzutami o bluźnierstwo i był w efekcie ocenzurowany. A brało się to stąd, że nie tyle aluzje seksualne, drażniły odbiorców, a religijny motyw chrztu słomianej lalki. Tak, w legendzie ma on znaczenie. Ponieważ to właśnie ten akt sprawia, że Tuntschi ożywa. Pasterze decydują się na chrzest, ponieważ słomiana lalka, która miała im służyć do zaspokajania potrzeb seksualnych, wydawała im się mało ludzka. Chrzest miał to zmienić. Ten moment podczas szwajcarskiej premiery wywołał skandal. Nie wiem, w jaki sposób chrzczono słomianą lalkę w spektaklu, bo w legendzie zamiast święconej wody, której po prostu pasterze nie mogli mieć przy sobie, użyto gnojowicy, czyli odchodów zwierząt, połączonych z wodą.
Znaczenie ,,Czarodziejskiej góry”
W recenzjach ,,Empuzjonu” znajdziecie informacje, że punktem wyjścia dla powieści Olgi Tokarczuk jest ,,Czarodziejska góra” Tomasza Manna. A odpowiednikiem człowieka bez właściwości, młodego inżyniera Hansa Castorpa jest Mieczysław Wojnicz, również student, przyszły inżynier. Mannowskie Davos natomiast zajmuje u Tokarczuk współczesne Sokołowsko, czyli Gobersdorf. Owszem, jest w tym sporo racji, i tam, i tutaj akcja powieści dzieje się przed wybuchem I wojny światowej. Mamy, ale w krzywym zwierciadle, odbicie tego, z czym Mann mierzył się w swojej głośnej powieści. Ale jest to tylko punkt wyjścia. Poza tym tak oczywisty, że aż śmieszny, kiedy się go przywołuje za każdym razem z jakąś nieznośną powagą, jakby co najmniej autorzy tych recenzji/esejów/omówień odkryli mechanikę kwantową. Olga Tokarczuk napisała horror, świetnie się przy tym bawiąc. A pomimo tego, mamy taką gombrowiczowską sytuację, gdzie krytycy/czytelnicy zastanawiają się, czy pierwsza powieść noblistki, po przyznaniu jej tego, jakże niezwykłego wyróżnienia, jest wybitna, czy tylko dobra. Jakby nobel dla Tokarczuk zlasował wszystkim mózgi. A przecież kryje się za tym typowy polski strażnik mickiewiczowsko-kochanowsko-rejowsko-słowacki, który pyta, nie wprost, jak polska autorka (chociaż część z pytających będzie używać formy męskiej, autor, nie autorka), noblistka (chociaż raczej noblista, ,,jak ja nienawidzę tych żeńskich końcówek” – cytat z fb), skarb narodowy (o, to jakoś brzmi, po polsku, bez żeńskich wtrętów) może się taplać w takiej gatunkowej beznadziei, jaką jest horror? What the fuck?
Czego spodziewacie się po noblistce?
Otóż jest to przekorna powieść. Na wierzchu jest to mannowskie uwiedzenie. W takim znaczeniu, i tak to odczytuję, że skoro spodziewacie się po noblistce w tym kraju trudnym i przyciężkawym, czegoś wzniosłego, szytego na miarę dziejów, pokoleń, historii, idei i czego tam jeszcze, to proszę bardzo. Mann was zadowoli. Usiądziecie teraz, będziecie porównywać, szukać analogii, parodii, dialogu itp. Macie to. Wielka noblistka mierzy się z wielkim Mannem. Czy można oczekiwać czegoś bardziej bardziej? Czegoś więcej więcej? Czegoś tak naturalnego, że kobieta, autorka (chociaż wielu powie autor) powiela do pewnego stopnia koncept wielkiego mężczyzny, pisarza, wspaniałego Manna? Nie można wymagać więcej. Tokarczuk spełniła swoje zadanie. I to jest ta najbardziej wierzchnia strona powieści. Ta najbardziej widoczna, ta oczywista, wręcz wciskana siłą czytelniczce i czytelnikowi, ta warstwa cienka, jak przezroczysty plaster sera. To, co najważniejsze u Tokarczuk dzieje się w zupełnie innych rejestrach. I w tym sensie jest to niezwykle współczesny horror, mnie samemu przypominający ,,Wieżę. Jasny dzień” Jagody Szelc, czy ,,Czarownicę. Bajkę ludową z Nowej Anglii” w reżyserii Roberta Eggersa, a może nawet ,,Babadook” Jennifer Kent, australijskiej reżyserki.
Narracyjna nirwana
Swoją drogą, wracając do spotkania autorskiego Olgi Tokarczuk z 2 czerwca tego roku we wrocławskiej Hali Stulecia, jest tam taki moment, kiedy pisarka opowiada o tym, jak krytycy w latach 90. reagowali na powieści polskich autorek, używając określenia kobieca powieść. Posłuchajcie tego, co mówi Olga Tokarczuk. Jak, powodowana wtedy zwykłym strachem, znanym przecież wszystkim w analogicznych sytuacjach, kiedy jesteśmy otoczeni bandą przemądrzałych samców, zadających męsko centryczne pytania, nie zawsze miała odwagę odpowiadać na te pytanie w zgodzie ze sobą. Wróćcie przy okazji do jednego z tegorocznych felietonów Ingi Iwasiów, napisanego dla ,,Gazety Wyborczej”, z którego dowiecie się, że wielcy bogowie jedynej i prawdziwej płci polskiego literaturoznawstwa wciąż zachowują się tak samo, pomimo tego, że mamy początek trzeciej dekady XXI wieku. Otóż ,,Empuzjon” jest pod tym kątem niezwykle świadomą powieścią. I aż korci mnie, żeby zdradzić jej zakończenie, ale kiedy już tam czytelnik dotrze, zrozumie, po pierwsze, co to znaczy w tym kraju być noblistką, po drugie, co to znaczy napisać pierwszą powieść w tym kraju po otrzymaniu literackiego Nobla i po trzecie co to znaczy wyjść z tego klinczu na swoich warunkach. A przecież i to nie rozwiązuje wszystkich warstw ,,Empuzjonu”. Chociażby na poziomie kategorii osoby/osób, która/e snuje/ą tę historię. Jestem wręcz przekonany, że Tokarczuk osiągnęła tutaj stan niemalże narracyjnej Nirwany. A to tylko jeden z wielu elementów ,,Empuzjonu”.
I pomyślcie jeszcze, kiedy już przeczytacie ,,Empuzjon” i wysłuchacie spotkania noblistki we Wrocławiu na YT – a co jeżeli kiedyś się okaże, że mężczyźni wywołują wojny z nudów?
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn