Potrzebny jest też partner, taki włodarz jednostki samorządowej, który będzie zabiegał… Nie wystarczy mieć bardzo dobrych relacji w obrębie tylko i wyłącznie swojej gminy, którą się zarządza, nie tylko z mieszkańcami (w sensie mieć dobre relacje – przyp. mój), nie tylko w najbliższym otoczeniu ze starostą i starostwem, ale także trzeba budować relacje i przekonywać do swoich racji, do potrzeb realizacji swoich inwestycji, znajdujących się na terenie danej gminy – samorząd województwa lubuskiego, administrację rządową w terenie, czy administrację rządową – myślę tu o poszczególnych ministerstwach. I tak do tego doszło de facto. Wszystko zaczęło się od spotkania z burmistrzem, od przedstawienia swoich potrzeb, postulatów, bo też trzeba zarazić decydentów swoją wizją rozwoju.
(Waldemar Sługocki – wtedy senator RP, dzisiaj poseł RP – wypowiedź z października 2019 roku w Tylewicach, gm. Wschowa)
Ten przytoczony wyżej fragment pochodzi z czasów, kiedy w gminie ogłoszono, że sporo pieniędzy Urząd Marszałkowski przeznaczy na nową drogę, chodnik, kanalizację (tutaj chyba gmina ma się wykosztować) i ścieżkę rowerową w Tylewicach. Do Tylewic przyjechał wtedy senator, dyrektor Zarządu Dróg Wojewódzkich i kilka innych osób. Przy ruchliwej drodze, stał samochód senatora, z nadrukiem, przypominającym, że senator ubiega się o mandat posła, wypowiadali się burmistrz, sołtysowie, a nawet włodarz Sławy. Pieniądze, jakie wtedy były przeznaczone na ten remont pierwotnie wynosiły 10 milionów i były zaplanowane od kilku lat. Dzięki – jak mówił senator – przekonywaniu do swoich racji, zarażeniu wizją decydentów, za sprawą aktywności burmistrza Wschowy – stawka się co najmniej podwoiła i uznano, że ostatecznie będzie to remont na miarę współczesności (taki przełom XX/XXI wieku).
Doświadczony senator, a obecnie poseł, tłumaczył wtedy wszystkim, co trzeba zrobić, żeby zdobyć pieniądze. I przedstawił naprawdę szeroką panoramę praktyk, z których radził korzystać – trzeba budować dobre relacje z mieszkańcami gminy, ale to nie wszystko, należy budować dobre relacje ze starostą, ale i to jeszcze nie gwarantuje pełni sukcesu, trzeba starać się o dobre relacje z Urzędem Marszałkowskim, a i to jeszcze mało, należy również dbać o relacje z administracją rządową. I – można by uznać – dopiero cały ten wachlarz otwiera naprawdę szerokie możliwości.
Niewątpliwie burmistrz Wschowy dba o relacje z Urzędem Marszałkowskim. Starosta z kolei często spotyka się z wojewodą. Na tyle często, że dwukrotnie zgarnął największą kwotę dofinansowania w województwie lubuskim z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych. Można by powiedzieć, że starosta wschowski uważnie wsłuchał się 2 lata temu w słowa senatora i zadanie wykonuje wręcz idealnie.
Faktem jednak jest, że senator przedstawił wtedy świat idealny i raczej wątpię, żeby sam w to wierzył, a już na pewno trudno podejrzewać, by taki scenariusz był możliwy do zrealizowania w polskich warunkach. Ta – powiedzmy – wizja senatora, dotyczyła jakby nie patrzeć roli samorządowca. To znaczy, że taki wójt/burmistrz/prezydent według przytoczonych słów, miałby ubiegać się o pieniądze wszędzie, w każdym ośrodku władzy. Być może wtedy, a cała ta wypowiedź została wyartykułowana w 2019 roku w Tylewicach na tydzień przed wyborami do Sejmu – senator chciał między słowami powiedzieć, że jak wybory wygra Koalicja Obywatelska, to przejmie też Urzędy Wojewódzkie i wtedy – przynajmniej w województwie lubuskim – burmistrz Wschowy mógłby przekonywać do swojej wizji rozwoju ludzi z tego samego środowiska politycznego. Można założyć, że i taka informacja kryła się za tą idealną wizją świata pana senatora, a obecnie posła na Sejm RP.
Nie piszę tego jednak, żeby znaleźć kolejną okazję do krytyki środowiska Platformy Obywatelskiej i jej szczerych fanów. Ostatecznie może być tak, że w tym 2023 roku – ktoś z ruchu Szymona Hołowni będzie roztaczał przed mieszkańcami Wschowy podobne miraże, licząc, że weźmie Urząd Marszałkowski i zdobędzie na tyle silną pozycję w Sejmie, że stworzy koalicję rządową. Kto wie – wszystko przed nami. Gdyby tak się stało, zapewne trudniej będzie staroście zdobywać spektakularne środki od wojewody (pod warunkiem, że w starostwie nic się nie zmieni), a obecnemu burmistrzowi (jeżeli trafi mu się reelekcja) trudniej będzie o dobre relacje z nowymi władzami w Zielonej Górze.
Ja jednak o czym innym i jeszcze chwilę to potrwa. Gdyby to uprościć, te wszystkie niby skomplikowane, polityczne tańce i harce, to wyszłoby, że tak naprawdę kryją się za tym podwórkowe metody. Okularnicy trzymają z okularnikami, krzykacze z krzykaczami, silni z silnymi, słabi ze słabymi, kierowcy z kierowcami, a piesi z pieszymi. Okularnik przekona okularnika, ale nie kierowcę, pieszy – pieszego, ale nie krzykacza, krzykacz z kolei – swojego znajomego krzykacza z partii krzykaczy, ale już na pewno nie słabego, bo słaby będzie zrozumiany tylko przez słabych i u silnych nie zyska poklasku. W Polsce to się nazywa demokracją i rządami prawa. W samorządzie… to nawet nie jest demokracja, tylko milcząca głusza na sesjach Rady Powiatu Wschowskiego i ślepa większość w Radzie Miejskiej.
Założyłem sobie, że ten tydzień, będzie tygodniem powiatowym. Od czasu, kiedy ostatni raz pisałem o powiecie, minęło prawie pół roku. W tym czasie miałem problemy ze znalezieniem bieżących sesji powiatowych. Na głównej stronie wschowa.info – znajdziemy zakładkę sesje online, ale kończą się one na XVI sesji Rady Powiatu Wschowskiego, a odbyło się do końca marca 2021 roku – jeszcze dodatkowych siedem. Trzeba jednak wejść na stronę Biuletynu Informacji Publicznej i być tam w miarę uważnym, żeby mieć dostęp do wszystkich.
Nowe Opinie nie powstały, żeby relacjonować wydarzenia, bo od tego w okolicy jest kilka lokalnych miejsc, gdzie na bieżąco podawane są informacje. Ale koniecznie muszę podać jedną dość zaskakującą informację.
Otóż w grudniu 2020 roku na sesji budżetowej, starosta Andrzej Bielawski, omawiał inwestycje na 2021 rok. Wśród nich jest 300 tysięcy na dwa projekty drogowe. Jeden, dotyczy remontu ulicy w Osowej Sieni. Jest to odcinek od Dębowej Łęki do głównego skrzyżowania w Osowej Sieni, skąd droga biegnie w jedną stronę w kierunku Wschowy, a w druga w kierunku Zbarzewa.
Drugi projekt, dotyczy ulicy w Lginiu. To odcinek, biegnący od drogi wojewódzkiej, czyli też od skrzyżowania do parkingu, który jest przy jeziorze. Znając obecne możliwości powiatu, związane z rządzącą partią – bardzo możliwe, że oba projekty do 2023 roku zostaną zrealizowane.
W sprawozdaniu prac Zarządu Powiatu Wschowskiego z 25 marca tego roku, czytamy, że zdecydowano o rozpisaniu zapytań ofertowych na wykonanie projektu (program funkcjonalno-użytkowy) na przebudowę i rozbudowę tych dwóch dróg. Zatem wkrótce będzie wiadomo, jaki będzie koszt tych dwóch remontów.
Kiedy w listopadzie 2020 roku pisałem o aktywności radnych powiatowych, zwracałem uwagę, że wszystkie sesje przebiegają podejrzanie sprawnie. To znaczy – mało kto zabiera głos. Radni nie mają żadnych wątpliwości. Odczytywana jest uchwała, ewentualnie merytoryczny pracownik ją omówi, następnie głosowanie i kolejna uchwała i tak niemal na każdej sesji. Nawet były starosta Marek Boryczka, który do listopada 2020 roku od czasu do czasu wstrzymywał się od głosu przy okazji głosowań nad protokołami z poprzednich posiedzeń – od sesji listopadowej akceptuje już te protokoły. Właściwie od listopada 2020 roku do marca 2021 – wszystkie uchwały bez wyjątku podejmowane są jednomyślnie.
Można by uznać, że właśnie tak powinien wyglądać samorząd. Radni są zgodni, jednomyślni. Nikt się nie spiera, nie kłóci, nie zadaje pytań staroście, powiat pozyskuje środki, remontuje, a wszyscy na tym zyskują. Czy nie o to właśnie chodzi? Na pewno pokolenie rodziców jest zadowolone. Nie ma przy stole niesnasek, wszyscy się uśmiechają, a pieniądze na inwestycje płyną. Jak nie z Funduszu Dróg Samorządowych, to z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych. Zyskują na tym – Szlichtyngowa (RIFL – przebudowa drogi Wyszanów – Szlichtyngowa), Sława (RIFL – budowa ścieżki rowerowej Sława – Łysiny), Wschowa (FDS – przebudowa ulic Polnej i Daszyńskiego i budowa boiska w Liceum).
Jestem jednak zdania, że za tą jednomyślnością stoją bardzo określone cele. Jednym z nich jest Wschowa. Ale o tym w następnym artykule.
Pod koniec 2015 roku do Bukaresztu przyjeżdża niemiecki dokumentalista o rumuńskich korzeniach Aleksander Nanau. Ma wtedy 36 lat. 25 lat temu, jako 11-latek opuścił wraz z rodzicami Rumunię. Kiedy po ćwierćwieczu pojawia się w stolicy tego kraju, na ulicach jest tłoczno. W wielu miastach organizowane są regularne manifestacje. Ludzie wprost wykrzykują, że mają dość socjaldemokratycznego rządu. Zarzucają mu korupcję, brak kontroli nad służbami, które powinny z definicji chronić ludzkie życie. Zdaniem rumuńskiej ulicy – nie chronią ich w żaden sposób. Są przegniłe, martwe, żądne łapówek, nie interesuje ich los zwykłych ludzi. Aleksander Nanau powie kilka lat później w jednym z wywiadów, że widział w tych ulicznych protestach młode pokolenie, które miało dość tego, w jaki sposób pokolenie ich rodziców umeblowało im kraj. Decyduje się zrobić o tym dokument. Jeszcze nie wie, że będzie świadkiem jednego z największych przekrętów w centrum Europy.
2.
Zanim Nanau przyjechał do Bukaresztu, kilka dni wcześniej, w piątkowy wieczór lokalny zespół, grający metalcore – Goodbye to Gravity, świętuje w klubie Colectiv wydanie swojej nowej płyty. Jest dokładnie 30 października 2015 roku. W sali koncertowej jest tego dnia około 400 młodych osób. W którymś momencie koncert przerywa pożar. Klub spełnia wszelkie wymagania przeciwpożarowe. Są wyjścia ewakuacyjne, ale tylko na papierze. Lokal został oddany do użytku, a na dokumentach, widnieją podpisy i pieczątki odpowiednich służb, odpowiedzialnych za wydawanie tego rodzaju pozwoleń. Kiedy w piątkowy wieczór wybucha pożar, okazuje się, że pozwolenia nie mają siły sprawczej, żeby wyczarować dodatkowe drogi ucieczki. Jest tylko jedno, wąskie wyjście. Na miejscu ginie 27 osób. Kolejne 146 ląduje w szpitalu. Victor Ponta, socjaldemokratyczny premier rumuńskiego rządu jest w tym czasie z wizytą w Meksyku. Przerywa pobyt, wraca do kraju i od soboty, 31 października, ogłasza żałobę narodową, która potrwa do poniedziałku. Rumuńskie media nie mają wątpliwości – to jedno z najtragiczniejszych wydarzeń od kilkudziesięciu lat. Społeczeństwo rumuńskie wychodzi na ulice. 4 listopada premier podaje się do dymisji. 6 dni później prezydent Rumunii powołuje na urząd premiera Daciana Ciolosa. Kalendarz wyborczy przewiduje nowe wybory w Rumunii dopiero za rok. Dlatego nowy premier ma za zadanie stworzyć rząd ekspertów. Ich misja zakończy się pod koniec 2016 roku. Wtedy społeczeństwo zdecyduje co dalej. Kto przejmie władze w kraju. W międzyczasie w szpitalach rumuńskich umierają kolejne osoby. Nowy minister zdrowia z eksperckiego rządu zapewnia, że warunki w krajowych szpitalach nie odbiegają od europejskich standardów. Zapewnia, że jakość usług nie różni się od niemieckiej jakości. Za chwilę wyrzucą go z tego rządu. Na jego miejsce przyjdzie ktoś inny.
3.
Przygląda się temu wszystkiemu redaktor naczelny sportowego dziennika ,,Gazeta Sporturilor” – Catalin Tolontan. Niech nikogo nie zwiodą te sportowe konotacje. Gdyby wejść dzisiaj na ich stronę internetową, to niczym się ten serwis nie różni od polskiego odpowiednika ,,Przeglądu Sportowego” lub tego typu wydań internetowych. A jednak Catalin Tolontan, to dziennikarz śledczy, który w ubiegłych latach doprowadził do dymisji co najmniej dwóch ministrów sportu. Przyczynił się również po kilku latach śledztwa do skazania w 2014 roku Gheorge Popescu za pranie pieniędzy i oszustwa podatkowe. Fani piłki nożnej doskonale znają to nazwisko. Grał między innymi w barwach Barcelony, będąc kapitanem tej drużyny.
Już wkrótce Tolontan wraz ze swoją genialną ekipą śledzą, zostanie zaatakowany przez rumuńskie media. W telewizyjnym wywiadzie będą mu zarzucać na oczach całej Rumunii, że nęka rząd rumuński. Spotka się z sugestiami, że przyczynił się do samobójstwa właściciela prywatnej firmy. Usłyszy, że ujawnia dokumenty, które burzą spokój w Rumunii. Odpowie na te zarzuty, jak rasowy dziennikarz: Kiedy prasa kłania się rządowi, rząd uciska obywateli. Tak się dzieje pod każdą szerokością geograficzną.
Catalin Tolontan, redaktor naczelny sportowego dziennika, kłaniać się rządowi nie zamierza.
4.
Za chwilę, gdzieś na początku 2016 roku obaj panowie – niemiecki reżyser o rumuńskich korzeniach i redaktor naczelny sportowego dziennika stworzą wybitny dokument ,,Kolektyw”, który w 2021 będzie nominowany do Oscara w dwóch kategoriach: najlepszy dokument i najlepszy film zagraniczny. 36-letni Nanau stanie za kamerą, będzie kręcił pracę redakcji pod wodzą 47-letniego Catalina Tolontana. Kilka miesięcy później, bo w maju 2016 roku, dołączy do tej ekipy najmłodszy z nich, bo 32-letni – Vlad Voiculescu. To drugi minister zdrowia, który zastąpi skompromitowanego poprzednika w eksperckim rządzie. Minister ma za sobą studia ekonomiczne w Wiedniu. Znany jest z działań na rzecz praw pacjentów. Zgodzi się, żeby niemiecki reżyser uczestniczył z kamerą w jego naradach, próbach naprawy rumuńskiej służby zdrowia, rozmowach, które normalnie pewnie nigdy by nie wyszyły poza ministerialny gabinet. Nie ma na to zbyt dużo czasu, pod koniec roku ogłoszone będą nowe wybory do rumuńskiego parlamentu. Tak będzie powstawał jeden z ciekawszych dokumentów naszych czasów.
5.
Kto to jest sygnalista? Sygnalista, albo demaskator? To osoba, która ujawnia, co dzieje się w jej miejscu pracy, w środowisku, w którym działa, w rodzinie, w której dzieją się niepokojące rzeczy. Najczęściej – tak mówi wikipiedia – jest narażona na mobbing. To znaczy, że nawet jeżeli zdemaskuje się czyjeś działania, to potem jest się szykanowanym, poniżanym i prześladowanym. Kiedy zamieszczałem na stronie Nowe Opinie list byłej urzędniczki do burmistrza o przyczynach jej rezygnacji z pracy, pod postem na facebooku pojawił się komentarz, że to cuchnie (cytat dosłowny), a jedną z osób, która ten komentarz polubiła, była nowa urzędniczka, która startowała z obecnym burmistrzem z tego samego komitetu wyborczego. Pomysł, że to cuchnie polegał na tym, że była już urzędniczka postanowiła tym listem zasygnalizować, że dzieje się coś niedobrego we wschowskim urzędzie, coś, czego nie spotkała tam przez 15 lat swojej pracy. To, co wydarzyło się na facebooku pod linkiem do tego tekstu, najlepiej oddaje rolę sygnalistów i sposób, w jaki są traktowani przez otoczenie. Przypominam tamto zdarzenie, ponieważ w jednym z wywiadów Aleksander Nanau zwraca na to uwagę. Jest zdania, że zdecydowanie więcej sygnalistów jest wśród kobiet. Że im bardziej zależy i że są odważniejsze w ujawnianiu niepokojących wydarzeń lub zachowań. Jest taka scena w ,,Kolektywie”, kiedy okazuje się, że pracownica (pielęgniarka albo lekarz) pokazała dyrektorowi szpitala, filmik, który nagrała na jednym z oddziałów. To szpital, do którego trafiały osoby z ciężkimi poparzeniami. Na filmie po pacjencie chodzą robaki. Nikt go nie przemywa, ani nie odkaża. Dyrektor nie reaguje, każe kobiecie udać się do swojego bezpośredniego przełożonego. Kobieta idzie z tym do redakcji dziennika sportowego. Dziennikarze, zapewniają ją, że nikt się o niej nie dowie, ale jednocześnie pytają, czy się nie boi, bo przecież – mówiąc językiem sygnalistów – jest typową demaskatorką. Można się spodziewać, że gdy prawda wyjdzie na jaw, będzie miała problemy. Gazeta publikuje ten materiał w Internecie. Ministrem zdrowia jest już wtedy wspomniany 32-letni Vlad Voiculescu. Kobieta nie ma do niego zaufania. Jest zdania, że skoro ten szpital cały czas funkcjonuje, to znaczy, że ministrowi kompletnie nie zależy na tym, aby coś z tym zrobić.
Nie wiem, jak to się twórcom tego dokumentu udało, ale kolejne sceny filmu, pokazują spotkanie tej kobiety w gabinecie ministra. Vlad Voiculescu mówi jej, że nie powinna pokazywać tego filmu redakcji, a ona przyznaje, że po tym, jak dyrektor szpitala odesłał ją do diabła, straciła zaufanie do kogokolwiek. Warto dodać, że, oglądając ten film, ma się wrażenie, że za chwilę któryś z głównych bohaterów tego dokumentu, odmówi współpracy reżyserowi. Bo jest to naprawdę misterna konstrukcja. Reżyser najpierw widzi, jak kobieta dociera do redakcji. Nie informuje o tym ministra. Potem nakręca jego reakcję, kiedy ten ogląda w telewizji filmik, opublikowany przez sportową redakcję. Trzeba było nie lada zimnej krwi, żeby w całej tej sytuacji nie stracić panowania nad sobą. Te sceny, kiedy sygnalistka rozmawia z ministrem, kiedy opowiada mu o korupcji w najnowocześniejszym ponoć rumuńskim szpitalu, kiedy on nerwowo wybucha śmiechem, pytając, jak można to naprawić – to coś, czego nie da się wyreżyserować. Fikcja tutaj nie nadąża za faktami. Wydaje się młodszą, biedną siostrą twardych, realnych, przerażających scen, wziętych prosto z życia, z centrum Europy.
6.
Trudno mówić o spoilerach w przypadku dokumentu. Więc co się tam właściwie wydarzyło? Po pożarze w klubie Colectiv, w którym zginęło 27 osób, kolejne 37 umiera w szpitalach. Catalin Tolontan mówi w jednej z pierwszych scen filmu – rząd nas okłamał. Politycy zapewniali wszystkich, że warunki w szpitalach rumuńskich są na wysokim poziomie. Kiedy ekipa Tolontana zaczyna prowadzić śledztwo, okazuje się, że większość rumuńskich placówek zdrowia, zaopatruje się w środki dezynfekujące w jednej i tej samej firmie farmaceutycznej. Problem z nimi jest taki, że nie działają jak trzeba. Są rozcieńczone i mogłyby służyć jako woda, ale nie preparat, który ma odkażać szpitalne akcesoria. Ludzie umierają, bo na oddziałach królują bakterie. Wszyscy zaczynają rozumieć, dlaczego od lat Rumunia ma największy w Europie wskaźnik zgonów, których można było uniknąć. Stanowi on 50%. Kiedy to wychodzi na jaw, właściciel rumuńskiej firmy, sprzedającej fatalnej jakości preparaty, ginie w wypadku samochodowym. Nie wiadomo, czy to samobójstwo, czy ktoś mu w tym pomógł. Za chwilę okaże się, że część dyrektorów szpitali, wiedziała, co kupuje. Firma bogaciła się na tym procederze, mając około 9 tysięcy kontraktów z rumuńskimi szpitalami. W latach 2012-2015 jej przychody wynosiły 29 milionów dolarów. Za chwile się okaże, że część dyrektorów miała wiedzę o tym, co kupuje. Problem okazuje się jeszcze większy, kiedy wiadomo już, że kontrakty dyrektorów publicznych szpitali, są zależne od polityków. To oni ich wybierają. Korupcyjny węzeł gordyjski, łączący politykę, służbę zdrowia i prywatny biznes, gdzie w tle pojawiają się mafijne powiązania, zaczyna być tak związany, że nie wiadomo już, jak to wszystko przeciąć, jak sobie z tym poradzić. Vlad Voiculescu nie żyje w czasach Aleksandra Wielkiego, jest wykształconym na zachodzie urzędnikiem, który wierzy w demokratyczne metody. Nie wszyscy są winni, nie cała służba zdrowia, tylko konkretni ludzie. Nie będzie tutaj polowania na czarownice, ani nie będzie schlebiał rumuńskiemu społeczeństwu, domagającego się krwi. Cóż, w ten sposób, raczej skazuje się na pogardę niż na wyrozumiałość tłumów.
7.
Film sugeruje, że odpowiedzialni za te niewyobrażalne przekręty są politycy socjaldemokracji, którzy po pożarze w klubie zostali odsunięci od władzy. Ale zbliżają się nowe wybory. Właściwie są tuż za rogiem. Nawet jeżeli widzimy na ekranie młodego ministra zdrowia, który robi co może, żeby zreformować tamtejszy system zdrowia, nawet jeżeli mu dopingujemy, nawet jeżeli nam imponuje, to z tyłu głowy mamy cały czas takie natrętne przypomnienie, że to nie jest hollywoodzki film. Że to się dzieje naprawdę. Że tutaj żadne siły nie zostały uśpione. Odwrotnie. Wszystko pęka w szwach aż do dnia wyborów, kiedy okazuje się, że do władzy po raz kolejny doszła socjaldemokracja. Na kilka lat przygoda Vlada Voiculescu z naprawą systemu zostaje zawieszona.
8.
Film już tego nie mówi, ale zaraz po grudniowych wyborach, nowy rząd miesiąc po wygranej proponuje zmiany w prawie karnym. Są to zmiany, które mają ograniczyć ściganie przestępstw korupcyjnych. Obywatele Rumunii znowu wychodzą na ulice. W miastach odbywają się wielotysięczne manifestacje.
W maju tego roku minie 6 lat od momentu, kiedy w 2015 roku wiceburmistrz Miłosz Czopek ogłosił, że budynek po kinie Hel został sprzedany. Co stało się później – wszyscy wiemy. Jak wyglądały poszczególne wydarzenia, które doprowadziły do tego, że budynek został wpisany do rejestru zabytków – pokazałem wraz z dokumentacją we wtorkowym wpisie. Wynika z niego, że na dwa miesiące przed wnioskiem stowarzyszenia Czas Art. powstała niezależna opinia Narodowego Instytutu Dziedzictwa (NID), która mówiła, że budynek powinien zostać wpisany do rejestru zabytków. W połowie stycznia 2016 roku, czyli jeszcze przed wnioskiem stowarzyszenia, Lubuski Wojewódzki Konserwator Zabytków (LWKZ) informował nowego właściciela budynku o opinii NID i na tej podstawie wnosił o rezygnację z rozbiórki budynku. Zanim wszczęto postępowanie w sprawie wpisania budynku do rejestru zabytków (postępowanie to wszczęto 1 marca 2016), LWKZ w piśmie do Lubuskiego Urzędu Wojewódzkiego z 2 lutego 2016 roku, informował, że opinia NID kwalifikuje budynek do wpisania do rejestru zabytków, a to oznacza, przekonywał LWKZ, odmowę udzielenia zgody na rozbiórkę. Zwracam na to uwagę, że zdaniem LWKZ już sama opinia NID, która powstała 1 grudnia 2015 roku, oznaczała odmowę rozbiórki.
Przypominam o tym i pewnie w przyszłości zdarzy mi się to jeszcze nie raz, ale sposób w jaki poprzednia władza rozgrywała tę sprawę, a obecna to kontynuuje, wymaga tego, aby mieszkańcy wyrobili sobie opinię na podstawie dostępnych dokumentów, a nie tego, co mówią lokalni politycy lub co publikuje w tej kadencji lokalny portal i gazeta samorządowa (pisałem o tym – TUTAJ).
Dwie pieczenie na jednym ogniu
Zgodziłbym się z taką opinią, która jakiś czas temu pojawiła się w komentarzu na stronie Nowe Opinie, że warto zastanowić się co dalej. W sensie – jak rozwiązać problem z budynkiem kina Hel. Formalnie to jest obiekt prywatnej osoby. W pewnym sensie to jego problem, chociaż po latach jestem zdania, że nie jest to takie oczywiste. Jestem skłonny założyć, że w całej tej transakcji nie wzięto pod uwagę wszystkich zmiennych. I mogło się wydawać, tak samorządowi, jak i kupcowi, że skoro budynek, jak i teren, idą w prywatne ręce, to nie pojawi się na horyzoncie problem, który wstrzyma tam jakąkolwiek inwestycję. Z daleka wyglądało to tak, że uda się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Samorząd pozbawił się niszczejącego budynku, a inwestor widział w jego nabyciu biznesowy sens. Z emocji, jakie rozlały się na lokalnych portalach po tym, kiedy okazało się, że budynek może być wpisany do rejestru zabytków, zdecydowana większość mieszkańców, była – mówiąc delikatnie – zawiedziona tym faktem (wiem, to mało powiedziane, była wku…na). Czy gdyby Czas Art. nie złożył wniosku o wpisanie budynku do rejestru zabytków, LWKZ wydałby pozytywną opinię, zezwalając na rozbiórkę? Z dostępnej dokumentacji, wynika, że nie wydałby pozytywnej opinii. A sprawa pewnie zakończyłaby się podobnie – odmową.
Mnóstwo wątpliwości
Być może, gdyby nie to, że postanowiono winą za to całe zdarzenie obarczyć stowarzyszenie, dyskusja o tym, co dalej, potoczyłaby się w nieco innym kierunku. A tak, pojawiło się mnóstwo wątpliwości – czy inwestor miał pełną wiedzę, kupując ten obiekt, czy zadziałał tutaj efekt brawury inwestora, czy może była to brawura samorządu. Wyglądało to tak, jakby inwestor był pewien, że rozbiórka tego budynku, to bułka z masłem. Może po prostu uwierzono, że po tylu latach dewastującej się na naszych oczach nieruchomości, każdy uchyli nieba, aby prywatne pieniądze, zostały na tym terenie dobrze zainwestowane. W końcu to nie jest znowu takie powszechne, że znalazł się kupiec na ten obiekt. Bo co dzisiaj mamy z tego wszystkiego? Prywatny teren, który wygląda tak samo, jakby był samorządowy. Nic się tam nie zmienia i nie zapowiada się, żeby coś w tej sprawie drgnęło. Gmina pozbawiła się problemu, inwestor pieniędzy, a efekt żaden. Trudno znaleźć tutaj jakieś przyzwoite proporcje – nikt na tym nie zyskał, a inwestor stracił pieniądze.
Być może znaleziono by rozwiązanie
Myślę, że to wszystko mogło wyglądać inaczej. Gdyby wtedy, po piśmie z 18 stycznia, gdzie LWKZ informował inwestora, że powinien zmienić swoje plany inwestycyjne, gdyby wtedy ówczesny wiceburmistrz spotkał się z radnymi i powiedział im, że jest problem, być może znaleziono by rozwiązanie. Owszem, radni po dwóch latach, czyli w 2018, zdecydowali się większością głosów przyjąć uchwałę, która obligowała ich do zwrotu pieniędzy, ale śmiem twierdzić, że radni nie mieli wtedy pełnego wglądu w całą tę sytuację i raczej byli stawiani pod ścianą. Przekonywano ich, że to za sprawą mieszkańców tego miasta, pierwotna inwestycja jest niemożliwa. A przecież dokumenty tego nie potwierdzają. To znaczy nie potwierdzają tak jednoznacznej opinii. Bo sprawa okazuje się o wiele bardziej złożona i jej akcenty są inaczej rozłożone, niż to próbowano wtedy przedstawić.
Gdybym był burmistrzem
Gdybym był burmistrzem, tak, jak nim nigdy nie będę, spotkałbym się z inwestorem i wysłuchał jego relacji, chociaż dzisiaj być może jest to zdecydowanie trudniejsze, niż jeszcze kilka lat temu. Możliwe, że po takim spotkaniu, a może cyklu spotkań, z radnymi, a na pewno ze wschowskimi przedsiębiorcami, szukałbym rozwiązania. Może nawet na końcu wszyscy by stwierdzili, że jednak należałoby odkupić ten budynek od inwestora, przeznaczając na to pieniądze samorządowe. W żadnej samorządowej historii mnie osobiście nie przekonują argumenty, bazujące jedynie na literze prawa. Wiem, że formalnie, to dzisiaj budynek prywatnej osoby. Realnie jednak nic z tego nie wynika. I nie sądzę, żeby – jakkolwiek tego nie oceniać – wschowski samorząd mógł mieć poczucie, że zrobił wszystko, co miał do zrobienia. Wydaje mi się, że zamiast zabawy w czarny PR, mógł zająć się opracowaniem realnych rozwiązań.
Poniżej przedstawiam najważniejsze daty, związane z budynkiem kina Hel. Od momentu, kiedy inwestor wnioskował do Lubuskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków (LWKZ) o rozbiórkę budynku aż po odmowę rozbiórki. Trwało to od 2 września 2015 roku do 6 lipca 2017. Prawie dwa lata. W tym czasie LWKZ prowadził zgodnie z kodeksem postępowania administracyjnego – dwie sprawy. Od 2 września 2015 – sprawę, związaną z rozbiórką, a od 1 marca 2016 postępowanie w związku z wnioskiem o wpisanie budynku do rejestru zabytków. Dokumenty, ilustrujące te postępowania, znajdują się pod artykułem. Są to dwa pliki. Jeden zawiera dokumentację, obejmującą okres od 7 września 2015 roku do 26 lutego 2016. Drugi plik zawiera dokumentację od 1 marca 2016 do 6 lipca 2017 roku.
Podobnie, jak w części pierwszej – jestem zdania, że opinii publicznej należą się w tej sprawie fakty, a nie mity i propaganda.
10 sierpnia 2015 – gmina podpisuje akt notarialny z inwestorem o sprzedaży budynku po byłym kinie Hel i terenu wokół
02 września 2015 – Pismo inwestora do Lubuskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w sprawie pozwolenia na rozbiórkę kina Hel
07 września 2015 – Pismo LWKZ do burmistrza miasta i gminy Wschowa z pytaniem, czy rozbiórka kina Hel jest zgodna ze zmianami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, uchwalonego 28 maja 2015. Czytamy tam, że budynek jest na terenie, określonym jako U/2. Według ustaleń planu kierunki przekształceń na tym terenie dopuszczają – modernizację, remonty, adaptacje i przebudowę istniejących obiektów. Zatem LWKZ dopytywał o interpretację zapisów planu, ponieważ nie wynika z nich, że dopuszczalna jest rozbiórka budynku.
10 września 2015 – Pismo burmistrza Miasta i Gminy Wschowa do LWKZ. Czytamy w nim, że na podstawie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego nie można wyciągać wniosku o zakazie rozbiórki. Inwestor może dokonać rozbiórki budynku, a decyzja o pozwoleniu na rozbiórkę nie jest uzależniona od miejscowego planu, ponieważ kwestie te reguluje Prawo budowlane.
13 października 2015 – Lubuski Wojewódzki Konserwator Zabytków w ramach postępowania administracyjnego wnioskuje do Narodowego Instytutu Dziedzictwa (NID) o wydanie opinii w związku z wnioskiem od inwestora o rozbiórkę kina Hel
27 października 2015 – LWKZ zawiadamia inwestora, że prowadzi postępowanie w sprawie pozwolenia na rozbiórkę i oczekuje na opinię Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Termin odpowiedzi na pozwolenie na rozbiórkę przedłuża do 4 grudnia 2015.
10 listopada 2015 – NID przeprowadza oględziny budynku.
1 grudnia 2015 – NID wydaje opinię, w której czytamy, że budynek posiada wartości zabytkowe i powinien zostać objęty ochroną konserwatorską
18 stycznia 2016 – pismo LWKZ do inwestora w sprawie udzielenia pozwolenia na rozbiórkę – czytamy tam, że na bazie opinii Narodowego Instytutu Dziedzictwa, LWKZ wnosi o rezygnację rozbiórki kina Hel.
28 stycznia 2016 – Czas ART. wnioskuje do LWKZ o wszczęcie postępowania wpisu kina Hel do rejestru zabytków województwa lubuskiego
2 lutego 2016 – pismo LWKZ do Lubuskiego Urzędu Wojewódzkiego. Czytamy w nim, że opinia NID kwalifikuje budynek kina Hel do wpisania budynku do rejestru zabytków, a to oznacza odmowę udzielenia pozwolenia na rozbiórkę kina Hel. W związku z tym LWKZ wnioskuje o zinterpretowanie zapisów obowiązującego miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Załącza do tego opinię Gminy Wschowa, z której wynika, że rozbiórka jest możliwa.
05 lutego 2016 – LWKZ do Czas ART. zawiadamia w piśmie, że istnieje możliwość udziału w postępowaniu na prawach strony.
09 lutego 2016 – pismo LWKZ do NID z prośbą o sprecyzowanie sformułowania, zawartego w opracowaniu z 1 grudnia 2015, które brzmiało ,,posiada wartości zabytkowe i powinien zostać objęty ochroną konserwatorską”. LWKZ pyta, czy to oznacza, że zdaniem NID budynek kwalifikuje się do wpisu do rejestru zabytków.
10 lutego 2016 – Lubuski Urząd Wojewódzki odpowiada LWKZ, informując (podobnie, jak w piśmie Gminy z 10 września 2015), że gmina nie posiada kompetencji orzekania, co jest, a co nie jest przeznaczone do rozbiórki. W związku z tym – plan zagospodarowania przestrzennego nie zajmuje się tym. Sprawy rozbiórki opisane są w Prawie budowlanym. W związku z tym nie można na podstawie miejscowego planu wyciągać wniosku o zakazie rozbiórki.
13 lutego 2016 – Czas Art. składa wniosek do LWKZ o udział w postępowaniu na prawach strony
1 marca 2016
– pismo NID do LWKZ, w którym czytamy, że NID stoi na stanowisku, że budynek kina Hel kwalifikuje się do wpisu do rejestru zabytków.
– LWKZ postanawia wszcząć z urzędu postępowanie administracyjne w sprawie wpisania budynku kina Hel do rejestru zabytków oraz dopuścić stowarzyszenie Czas Art. na prawach strony do udziału w tym postępowaniu
– LWKZ postanawia oględziny budynku w związku z prowadzonym postępowaniem administracyjnym w sprawie wpisania kina Hel do rejestru zabytków, wyznaczając datę – 16 marca 2016
17 marca 2016 – pismo LWKZ do Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego (PINB) w sprawie banerów wywieszonych na budynku kina, informujących, że budynek grozi zawalenie. LWKZ wnosi o przeprowadzenie kontroli obiektu.
22 marca 2016 – PINB zawiadamia inwestora o oględzinach budynku, wyznaczając termin – 7 kwietnia 2016
11 kwietnia 2016 – PINB odpowiada na pismo LWKZ z 17 marca. W piśmie czytamy, że 7 kwietnia odbyły się oględziny kina Hel, z którego wynika, że budynek jest w nieodpowiednim stanie technicznym i wymaga kapitalnego remontu. Z pisma tego dowiadujemy się, że 11 września 2015 roku do starosty wschowskiego wpłynął wniosek o wydanie pozwolenia na rozbiórkę budynku. Postępowanie w tej sprawie nie zostało zakończone ze względu na brak stanowiska LWKZ.
18 kwietnia 2016 – LWKZ zawiadamia inwestora o oględzinach budynku, wyznaczając datę na 5 maja 2016.
10 maja 2016
– LWKZ postanawia dopuścić do postępowania administracyjnego w sprawie wpisania budynku kina Hel do rejestru zabytków dokumenty z oględzin, pismo PINB, notatkę służbową z 25 kwietnia oraz opinię z NID z dnia 1 grudnia 2015.
– LWKZ zawiadamia, że strony (inwestor oraz Czas ART.) mają możliwość zapoznania się z materiałem dowodowym zebranym w sprawie wpisania budynku do rejestru zabytków, wyznaczając na to dzień 20 maja 2016.
19 lipca 2016 – LWKZ wydaje pozytywną decyzję o wpisaniu budynku do rejestru zabytków
22 sierpnia 2016
– z pisma LWKZ wynika, że 10 sierpnia inwestor odwołał się od decyzji LWKZ o wpisaniu budynku do rejestru zabytków
– LWKZ przesyła odwołanie inwestora do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
25 sierpnia 2016 – LWKZ zawiesza postępowanie w sprawie rozbiórki budynku po kinie Hel
7 lutego 2017 – Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego podtrzymuje decyzję LWKZ o wpisaniu budynku do rejestru zabytków
2 czerwca 2017 – LWKZ podejmuje zawieszone 25 sierpnia postępowanie w sprawie pozwolenia na rozbiórkę budynku po kinie Hel
6 lipca 2017 – LWKZ wydaje negatywną decyzję w sprawie pozwolenia na rozbiórkę budynku kina Hel.
Rzadko się zdarza, zaglądając do recenzji filmowej, że jej lekturę zaczniemy od przeprosin redakcji za fatalny język. W tym konkretnym przypadku, o którym za chwilę, przeprosiny nie dotyczyły całego tekstu – gdyby było inaczej, zapewne zostałby usunięty. Chodziło o jeden akapit, w którym doświadczony krytyk filmowy, twierdził, że rolę głównej bohaterki, mogłaby zagrać bardziej atrakcyjna aktorka. Wypowiedź dotyczyła kreacji kobiety, która pozorując upojenie alkoholem, przyciągała mężczyzn, liczących na to, że w tym stanie, uda im się ją wykorzystać. Redakcja przepraszała za niefortunny dobór słów (niewrażliwość językową), przyznając jednocześnie, że ponad wszelką wątpliwość mamy do czynienia z brawurową aktorską kreacją.
Tę recenzję w styczniu 2020 roku opublikował w ,,Variety” Dennis Harvey. Pisał w niej o filmie ,,Obiecująca Młoda Kobieta”, a Carey Mulligan, była tą aktorką, którą redakcja rok później przeprosiła, chociaż wątpliwy fragment recenzji pozostał na ich stronie w niezmienionej formie. Redakcja ,,Variety” zareagowała po roku, ponieważ dopiero w grudniu 2020 roku Mulligan odniosła się do tego tekstu, pytając, jak to możliwe, że w 2020 roku ktoś może pisać w ten sposób. Jak to się dzieje, że wciąż w poważnych mediach, pojawiają się wsteczne i mizogińskie teksty. Rozpętała się burza, o której nadmieniały również polskie media, ale na tym nie poprzestano. Opinia publiczna, jak również publicyści i krytycy, przyznawali rację Mulligan.
W mediach społecznościowych domagano się wyrzucenia Dennisa Harveya z ,,Variety”. Pisano, że #meToo niczego nie nauczyło mężczyzn i w tym znaczeniu przed wszystkimi jest jeszcze długa droga. Zwracano uwagę, że szowinistyczny męski punkt widzenia wyprał wszystkim mózgi i później tak to wygląda, jak w przypadku recenzji Harveya. Przypominano, że żyjemy w czasach, kiedy należy nie tylko weryfikować i być podejrzliwym wobec cudzych opinii, ale przede wszystkim należałoby to robić wobec własnych przekonań, przesądów, przyzwyczajeń, bo to one, kiedy się ujawniają, wyrządzają krzywdę.
Dennis Harvey się bronił, mówiąc, że nie jest mizoginem, nie ocenia kobiet po wyglądzie, a jego opinia przez 11 miesięcy nie budziła zastrzeżeń, a nawet niektóre jej fragmenty były wykorzystywane przez producenta do kampanii, reklamującej film. Zwracał uwagę, że ten fragment, który wywołał burzę, został naznaczony opinią aktorki, ale w żaden sposób nie dotyczył, jak twierdziła Mulligan, jej wyglądu. Przeciwnie – Harvey twierdził, że bardziej mówił o niejednoznacznych kostiumach, dobranych w tym filmie, które mogły widza prowadzić na manowce.
W mediach zagranicznych tego rodzaju wystąpienia, spory i dosadne kłótnie nie są czymś marginalnym. Kiedy w tamtym roku Akademia Filmowa, odpowiedzialna za przyznawanie Oscarów, wydała specjalny poradnik, jakie standardy muszą spełniać filmy w kontekście rasowym, tożsamości seksualnej, czy płci – w Polsce wydawało się to niektórym krytykom filmowym mało przekonujące. Ale kiedy – w zupełnie innym kontekście – mówi się o Europie dwóch prędkości, to na opisywanym tutaj przykładzie, to stwierdzenie nabiera nowego sensu. My jesteśmy krajem, który nie tylko, że nie jedzie cywilizacyjną autostradą, ale raczej wlecze się dorożką na jakiejś polnej drodze i z tej perspektywy obserwuje ruch na autostradzie, myśląc, że rozumie, co się na niej dzieje.
A dzieje się sporo. Na przykład, kiedy w 2018 roku przeprowadzono w USA badania, okazało się, że zdecydowana większość krytyków filmowych, to biali mężczyźni. Festiwale filmowe, zaczęły robić wszystko, aby relacje z ich wydarzeń, były opisywane przez bardziej różnorodną reprezentację krytyków filmowych. Rewelacyjną inbę zrobiła jeszcze wcześniej Meryl Streep, przeglądając popularny serwis filmowy Rotten Tomatoes przy okazji filmu ,,Sufrażystka”. Udowodniła, że portal udostępnia opinie krytyków, reprezentowanych przez 168 kobiet, ale aż 760 mężczyzn. I jak – grzmiała Streep – można mówić, że łączne oceny recenzentów są obiektywne, skoro taka reprezentacja jednoznacznie przechyla sumę ocen w kierunku męskiego punktu widzenia. Co zrobił Rotten Tomatoes? Wyszukał, a potem dołączył około 600 nowych recenzentów, najczęściej freelancerów, dbając, by reprezentowali oni całe społeczeństwo pod każdym względem, z czego ponad połowa, to były kobiety.
Oczywiście – pojawiały się głosy, że przecież na koniec chodzi o to, żeby recenzje filmów były pisane przez dobrych krytyków. Co komu po tym, że przeczyta 10 słabych tekstów ze świadomością, że ich autorzy są odpowiednią reprezentacją różnorodności USA albo nie są mizoginami? Cóż, trzeba najpierw się przekonać, czy rzeczywiście tylko osoby, które są na pełnych etatach w redakcjach, potrafią pisać w sposób wyjątkowy i rzetelny. Odpowiedź póki co brzmi – nie dają takiej gwarancji.
I na tym wątku trzeba powoli zmierzać ku puencie. Miała to być recenzja ,,Obiecującej Młodej Kobiety”, ale jest tyle ciekawych wątków przy jej okazji, że nie mogłem ich jakoś pominąć. Ma to wszystko dla mnie, co zrelacjonowałem, jeszcze jeden ważny aspekt, dla mnie – mieszkańca małego miasteczka. Pisząc wyżej o dorożce i autostradzie, zastanawiałem się, gdzie w tym kontekście umieścić małe miasteczka, takie, jak Wschowa. Gdybym miał podsumować w tym zakresie moje dotychczasowe publicystyczne teksty, musiałbym przyznać, że nie wyszliśmy jeszcze z jaskini. Owszem, wiem, że dla wielu czytelników fakt, że jeden lub drugi burmistrz dystansuje się wobec kościoła katolickiego, jest czymś tak przełomowym, jak co najmniej kopernikańska rewolucja. Myślę, że jest jednak trochę inaczej. U nas lewo, to są przedsionki prawicy, liberałowie – to przedsionki faszyzmu, a prawica – to fanatyczni, radykalni ekstremiści religijni. Przesadzam? E, tam, mówię Wam – jaskinia, jak nic.
78 lat temu Wielkanoc przypadała na dzień 25 kwietnia. Tego dnia, w 1943 roku, 32-letni Czesław Miłosz, wsiadł do warszawskiego tramwaju, żeby odwiedzić innego pisarza – Jerzego Andrzejewskiego. Tramwaj przejeżdżał przez plac Krasińskich, zrobił się tam jakiś zator i przez dłuższą chwilę Miłosz przyglądał się czynnej karuzeli, zamontowanej na tym placu ponad tydzień temu. Był tam gwar, obok stała katarynka, było słychać śmiech i widać zabawę. Miłosz pewnie nigdy by na tę karuzelę nie zwrócił uwagi, gdyby nie fakt, że sąsiadowała ona z murem największego w Europie żydowskiego getta, gdzie od 6 dni trwało powstanie. Kiedy tę karuzelę, która okazała się nie lada atrakcją w Warszawie, zamontowano, nikt nie spodziewał się, że za chwilę, w sąsiednich murach będą ginąć Żydzi. Nie było ich już wtedy za murami getta zbyt wielu. Kiedy je utworzono, zamknięta tam społeczność liczyła 450 tysięcy. Co najmniej 300 tysięcy z nich wywieziono rok przed powstaniem do obozu zagłady w Treblince.
Najprawdopodobniej w Wielkanoc, a może kilka dni później, Miłosz napisze ,,Campo di Fiori”. Ten tekst nazwano później pierwszym, literackim, polskim świadectwem na istnienie Holokaustu. Ale wiele lat później, w USA, gdzie przez jakiś czas mieszkał Czesław Miłosz – tego wiersza na spotkaniach autorskich nie czytał, ponieważ panowało tam przekonanie, że wszyscy Polacy są antysemitami. Wszyscy bez wyjątku. I zdaniem Miłosza ten i inne wiersze o podobnej tematyce byłyby na spotkaniach autorskich odbierane jednoznacznie. Karuzela, gapie, zabawa, a za murem mordowani Żydzi – takie rzeczy tylko w Polsce. Oczywiście Miłosz nie stawiał w ,,Campo di Fiori” takiej diagnozy, chociaż sam przyznawał, że to wiersz publicystyczny, który wiele spraw upraszcza, a wraz z tym daje możliwość interpretowania go w sposób nie zawsze zgodny z jego intencjami. Poza tym miał Miłosz z tym tekstem problem, bo przez swoje uproszczenie, aż się prosił, żeby skwitować tę jego poezję w jednym zdaniu: jedni umierają, drudzy żyją, a poeta jest zadowolony z siebie bo napisał o tym dobry wiersz.
50 lat od tej tragicznej Wielkanocy, poeta spotkał się z Markiem Edelmanem, Jerzym Turowiczem i Janem Błońskim w bibliotece wydawnictwa Znak. Nagrano wtedy rozmowę, którą opublikowano 12 lat później w ,,Tygodniku Powszechnym”, a więc dopiero w 2005. Miłosz podczas tej rozmowy, opowiadał właśnie, że Amerykanie widzą w Polakach antysemitów, a jego samego zastanawia, dlaczego wciąż w Polsce lat 90-tych zdarzają się antysemickie wypowiedzi i zachowania, pomimo tego, że w tym kraju już nie ma Żydów. Jak możliwy jest antysemityzm bez Żydów – pytał Miłosz i dodawał, że nie może tego zrozumieć.
Nie będzie więc żadnym zaskoczeniem, że podobnie, jak Miłosz w latach 90-tych nie rozumiał w Polsce antysemityzmu bez Żydów, 50 lat wcześniej w chrześcijańską Wielkanoc, mieszkańcy getta, nie rozumieli, jak za ich murami może w najlepsze hulać karuzela, jak może grać katarynka, jak można się śmiać i bawić, kiedy płonęły im domy i kiedy ginęli od niemieckich kul. Oczywiście – przynajmniej tak to relacjonował Marek Edelman, uczestnik tego powstania – Żydzi zdawali sobie sprawę, że zamknięci w getcie, stali się dla wszystkich podludźmi. Na murach, kiedy getto zamykano, widniały napisy: Żydzi, wszy, tyfus plamisty. Kto by się w takich okolicznościach nimi przejmował. Rzecz jasna ta historia nie jest tak oczywista, jak ją tutaj opisuję lub jak ją opisał Miłosz, bo sprawy wyglądały dużo bardziej skomplikowanie. Nie zmienia to jednak faktu, że nazistowska propaganda najpierw zrównała ludzi z wszami i tyfusem i byli oni też tak traktowani, a potem ci sami naziści zaczęli eksterminację na niespotykaną dotąd skalę. I wbrew pozorom – jakkolwiek wymowa Campo di Fiori była publicystyczna, uproszczona i do pewnego stopnia (jak przyznawał sam Miłosz) – niemoralna, kiedy ostatecznie ten wiersz dotarł do Żydów kilka miesięcy później – mieli oni przynajmniej tę pewność, że ktoś o nich pamięta, ktoś ich zauważył, ktoś to opisał.
Dla mnie samego, 78 lat od tamtej Wielkanocy, 4 kwietnia 2021 roku we Wschowie – widzę publicystycznie rzecz jasna, upraszczając, a może nawet dokonując mało moralnej analogii, że nic się nie zmieniło, że nadal można uprawiać tę samą propagandę, dokładając sporo starań, by najpierw jednego z nas oczernić, a potem wyrzucić poza nawias. To w niczym nie przeszkadza, żeby sobie w tym czasie składać świąteczne życzenia na przykład o miłości do drugiego człowieka. To w niczym nie przeszkadza, żeby pisać o nowym, pięknym prezbiterium w pobliskim kościele, żeby pokazywać zdjęcia pięknie przystrojonych domów, smakowitych pieczeni lub wcześniej dużego zająca, który na mieście rozdaje dzieciom cukierki.
Myślę też, że nie jest przypadkiem, że ten wiersz przez długi czas datowany był tylko na 1943 rok. Bez dopisku – Wielkanoc. Dzisiaj, kiedy licealiści biorą podręcznik do języka polskiego, natkną się na Campo di Fiori podpisane – Warszawa – Wielkanoc,1943. Ten zapis obowiązuje od 1984 roku. Zresztą Campo di Fiori, publicystyczny wiersz Czesława Miłosza funkcjonował przez wiele lat w co najmniej dwóch wersjach. Do tego stopnia, że sam autor nie zdawał sobie sprawy, że w wyniku swoich poprawek – czytelnik może trafić na łagodniejszą i radykalniejszą wersję. Do samego końca nie mógł się zdecydować, która z nich powinna obowiązywać, a właściwie które zapisy poszczególnych wersów powinny być tymi właściwymi, kanonicznymi. Raz mówił, że woli tę radykalniejszą formę, ale ostatecznie – powszechnie znana jest ta druga. Prawdę mówiąc w tym przypadku i być może zawsze, kiedy do głosu dochodzą publicystyczne tony – nie ma jednego obowiązującego wariantu. Najlepiej poznać wszystkie możliwe. Samoświadomy autor zawsze będzie się wahał, chociaż odbiorca będzie wymagał uświęconych, kanonicznych tekstów. A takie – mówiąc szczerze – nie istnieją.
W 3 odcinku podcastu Pod Mocną Wschową podejmujemy cztery wątki:
konkurs ofert dla organizacji pozarządowych, umowę medialną UMiG Wschowa z lokalnym portalem, referendum oraz rzekome przywłaszczenie pieniędzy przez radną. Planowaliśmy pięć wątków, łącznie z rebrandingiem, ale uznaliśmy w trakcie rozmowy, że nie starczy nam czasu na wszystko.
Marzec był najlepszym miesiącem pod względem statystyk od czasu, kiedy strona Nowe Opinie funkcjonuje. Był też miesiącem wyjątkowym, bo sporo się działo w gminie – stąd pewnie większe zainteresowanie serwisem. Ponadto udało się w marcu zamieścić kilka tekstów, które wynikały z ogromnego zaufania do mnie, tak to odczytuję i bardzo dziękuję za to zaufanie. Takie teksty, jak list urzędnika do burmistrza, czy wyrok sądu w sprawie niezgodnego z prawem zwolnienia pełnomocnika ds. profilaktyki i młodzieży nie zdarzają się codziennie. Dużą popularnością cieszą się podcasty z cyklu Pod Mocną Wschową, ale równie chętnie słuchaliście Państwo nagrania z komisji, poprzedzającej sesję, na której podjęto decyzję o zwolnieniu radnej. W marcu padł też rekord odsłon jednego tekstu. Do tej pory palmę pierwszeństwa dzierżyła publikacja z lipca 2019 roku – Pani Marto, przykro mi, ale pomyliłem się.
Została wyprzedzona przez wspomniany wyżej List urzędnik do burmistrza o powodach zwolnienia. Poniżej zestawienie pięciu najchętniej czytanych/odsłuchanych tekstów/podcastów w marcu 2021 roku.
1. Pismo urzędnika do burmistrza o powodach rezygnacji z pracy – wywołał dość burzliwą dyskusję na facebooku. Dla mnie samego to ważny dokument, ilustrujący atmosferę w samym urzędzie, którą staram się od czasu do czasu, na bazie dostępnych dokumentów, opisywać. Uprawnia do myślenia, że za zmianami kadrowymi na niespotykaną do tej pory skalę, stoją indywidualne, ludzkie dramaty.
2. Buczek: Nie macie co liczyć, że wam kiedyś podam rękę – pełne emocji nagranie z marcowej komisji. Nie ma zwyczaju nagrywania komisji, w której uczestniczą radni – a szkoda. Sesje z miesiąca na miesiąc stają się coraz bardziej sformalizowane i nastawione na brak dyskusji. Komisje mają zupełnie innych charakter i to konkretne nagranie pokazało, jakie potrafią wywołać emocje nie tylko wśród radnych, ale również wśród osób słuchających tej dyskusji.
3. Oskarżam – napisałem ten tekst zaraz po sesji, na której radni większością głosów wyrazili zgodę na zwolnienie radnej Katarzyny Owoc-Kochańskiej. Spotkałem się z opinią, że jest to artykuł pełen gniewu i wyczuwa się moją niechęć do opisywanych radnych. Możliwe, że pisząc go – właśnie takie emocje mi towarzyszyły.
4. Burmistrz zwolnił niezgodnie z prawem. Znamy wyrok sądu i jego uzasadnienie – to kolejny kamyczek – chociaż nie, to w sumie kamień milowy w dyskusji o tym, jak wygląda wschowski samorząd w kadencji 2018-2023. Dla mnie o tyle ważny, że od samego początku upominałem się o byłego pełnomocnika, pisząc, że jego zwolnienie źle wróży, zapowiada jak najgorsze praktyki.
5. 02. Pod Mocną Wschową – ten podcast cieszy się dużą popularnością. Jest też dowodem na to, że można bez napinania, swobodnie, czasami uciekając w dygresje rozmawiać o bieżących sprawach. O czym wy rozmawiacie właściwie – z takimi uwagami też się spotkałem. Owszem, czasami, nam temat się nieco rozmyje, ale ma to swój urok.
Nowe Opinie można wciąż i do końca świata wspierać finansowo. Zachęcam do tego z całego serca. Jest kilka osób, które systematycznie wspierają ten projekt. Za co bardzo dziękuję. Jeżeli Państwo uznacie, że warto jakkolwiek wspierać Nowe Opinie, to poniżej zamieszczam link do zrzutki:
Znowu będzie płacz i zgrzytanie zębów, bo projekty złożone przez burmistrza Konrada Antkowiaka w konkursie Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych nie zdobyły nawet złotówki. Znowu będzie, że PiS daje swoim, a buntownikowi ze Wschowy pozostaje cieszyć się swoją moralną wyższością nad zepsuciem i moralną zgnilizną tego kraju, w której rządzi Prawo i Sprawiedliwość.
Z drugiej strony – znowu będziemy mówić, że wschowski samorząd potrafi uprzykrzyć życie organizacjom pozarządowym, potrafi doprowadzić do tego, że Rada Miejska głosuje za zwolnieniem z pracy radnej, potrafi nieustannie wymieniać kadrę w urzędzie, zwolnić co najmniej jedną osobę z tego urzędu z naruszeniem prawa, likwidować budżet obywatelski, żeby wprowadzić inicjatywę lokalną, która na poziomie uchwały i jej uzasadnienia woła o pomstę do nieba – wszystko to wschowski samorząd ma opanowane w jednym, małym palcu, ale żeby zdobyć środki na inwestycję z Rządowego Fundusz Inwestycji Lokalnych, to tego już nie potrafi. Na to nie ma pomysłu. Tej sztuki nie opanował. Sława potrafiła w poprzednim rozdaniu, Szlichtyngowa również, nie wspominając powiatu wschowskiego (tutaj wiadomo, PiS rządzi, więc też PiS PiS-owi krzywdy nie zrobi), a Wschowa – nie.
Wychodzi na to, że to musi być spisek. Bo skoro – jak twierdzi przewodnicząca Rady Miejskiej – burmistrzowie są wzywani do Zielonej Góry, bo będą z tego pieniądze, a na razie tych pieniędzy nie widać, to naprawdę jest to spisek nie lada, skoro burmistrzów nie wzywa się do Gorzowa Wlkp., gdzie urzęduje wojewoda lubuski.
Znowu będzie, że Wschowa jest antyrządowa, rebeliancka, jak Poznań, Wrocław i Warszawa (co za szlachetne towarzystwo), bo w wyborach prezydenckich i do Sejmu wygrywał na ziemi wschowskiej… a nie, wróć, we Wschowie przecież wygrywa PiS.
Zatem jesteśmy prawdziwą rebelią na mapie województwa lubuskiego, a jeszcze większą awangardą na mapie Polski. Szkoda tylko, że nikt inny oprócz nas tego nie zauważa.