W najbliższą sobotę miną trzy tygodnie od zakończenia 44 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Tak wspominam, ze trzy tygodnie miną w sobotę, żeby jakiś większy sens nadać temu, co tutaj napiszę. Zawsze to jakaś rocznica, której mogę się uchwycić, żeby przed sobą, rodziną, sąsiadami i znajomymi usprawiedliwić fakt, że nic nie robię, a siedzę, a piszę, a marudzę, a tekstów źródłowych szukam, a muszę coś doczytać, dosłuchać, do przemyśleć itd.
Wspominałem już o tym na blogu, że sporo czasu w tym roku poświęciłem temu festiwalowi, jeżeli oczywiście można mówić o kimś, kto między 16 a 21 września nie był w Gdyni, tylko we Wschowie, że sporo czasu poświęcił czemuś, co wydarzyło się kilkaset kilometrów od jego miejsca zamieszkania. To też jakaś wychodzi z tego megalomania, prawda? Że czas poświęciłem. Jakbym tam był co najmniej, a przecież nie byłem, filmów nie widziałem, żadnych zdjęć nie mam, żeby je pokazać na instagramie. Jednym słowem – słabo, słabiutko, naprawdę, mizernie to wygląda na pierwszy rzut oka. Nie ma się czym chwalić.
Mogę za to powiedzieć, że rok temu przypadkiem trafiłem na relacje z gdyńskiego festiwalu nadawane na żywo z konferencji prasowych, w których udział brali twórcy poszczególnych filmów. Tych konferencji było kilka, a może nawet kilkanaście. Ten dostęp na odległość mnie wtedy zaskoczył, że tak można sobie posłuchać, co tam w wielkim świecie polskiego filmu się dzieje, ale człowieka z prowincji wiele nowinek zaskakuje i w tym roku po prostu, wiedząc, że festiwal się zbliża, wiedziałem, że skorzystam, posłucham, poszukam trochę w sieci, może coś więcej znajdę.
Odkryłem na przykład taki paradoks. Agnieszka Holland zrobiła film o brytyjskim dziennikarzu Garetcie Jonesie, który jako jeden z nielicznych, dociera w latach 30-tych XX wieku na teren głodującej Ukrainy i informuje świat, o tym, co tam się dzieje. Świat oczywiście w tamtym czasie, podobnie jak teraz o niczym nie wie i nie chce wiedzieć. A więc, w pewnym sensie, Holland robi film o współczesnym świecie i dziennikarskiej powinności. Kiedy jednak Tomasz Raczek, krytyk filmowy, mówi na swoim kanale (zaraz po obejrzeniu nowego filmu reżyserki, który otwierał festiwal w Gdyni), że film jest poprawny i nic ponadto. okazuje się, że zdaniem Agnieszki Holland, Raczek jest narcyzem, a jego ostatnie recenzje są coraz mniej profesjonalne (wywiad dla Radia Zet).
Owszem, Raczek poszedł dalej w swojej recenzji, twierdząc, że ceni sobie Agnieszkę Holland, ale kiedy kłócą się w niej racje intelektualne i racje artystyczne i na koniec wygrywają te pierwsze, to film na tym traci. I zdaniem Raczka film stracił.
Tomasz Raczek nie uprawia dziennikarstwa spod znaku Garetta Jonesa (Garett Jones, to postać prawdziwa, o której mało kto pamięta, ale jakie to ma znaczenie w czasach, kiedy pamięć zawodzi, gdy człowiek próbuje sobie odtworzyć imiona i nazwiska bohaterów, którzy być może coś ważnego mieli do powiedzenia dwa dni temu, ale po tych dwóch dniach zostali już wyrzuceni ze znajomych na facebooku, a na ich miejsce zaproszono do grona znajomych innych, których za dwa dni znowu się wyrzuci i przyjmie kolejnych), więc Tomasz Raczek to nie jest Garett Jones, ale dla kogoś takiego, jak ja, który do Gdyni na festiwal nie trafił, głos Raczka w sytuacji, kiedy mało kto recenzował na bieżąco filmy z głównego konkursu, staje się głosem, który oddaje, podobnie jak w przypadku Garetta, jakiś obraz tego, co tam się w tej Gdyni działo.
Pomyślałem sobie, że po co właściwie robić film o Jonesie, jak można by zrobić film o powinności krytyka filmowego w Polsce, którego opinia idzie w poprzek tego, co myślą o swoich dziełach twórcy i dlaczego taki krytyk musi być hejterem, człowiekiem, który kiedyś walczył o najwyższe standardy, ale teraz najwyraźniej z nich zrezygnował (wypowiedź producentki filmu ,,Ikar. Legenda Mietka Kosza” w komentarzu pod recenzją filmu na kanale youtube Raczka) oraz coraz mniej profesjonalnym krytykiem, narcyzem, człowiekiem, który odkleił się od rzeczywistości, a na pewno od rzeczywistości filmowej. To też byłby fajny film. Fajnych filmów nigdy za wiele.
Zresztą to wcale nie musi być film o powinności krytyka. To może być film o powinności blogera.
cdn