Jest różnica między dobrem wspólnoty a dobrem politycznym – w tym pierwszym przypadku korzystają wszyscy, w drugim – tylko wybrani.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
bezgrunt
Jest różnica między dobrem wspólnoty a dobrem politycznym – w tym pierwszym przypadku korzystają wszyscy, w drugim – tylko wybrani.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
–––––––
To historyczna decyzja – mówi w oświadczeniu Krzysztof Grabka, powołując na urząd II zastępcę burmistrza – Stanisława Kowalczyka. Byłaby to historyczna decyzja, może nawet wiekopomna, gdyby Stanisław Kowalczyk reprezentował aktywne środowisko ludzi, które w ostatnich kilku latach wykonało jakąś społeczną, wymierną pracę w opozycji do tego, co oferuje miasto. Ale, że nic takiego to środowisko w ostatnim czasie nie zrobiło – decyzja traci na wartości historycznej. Jest raczej dowodem porażki burmistrza, któremu nie udało się porozumieć z aktywnymi, opozycyjnymi środowiskami w gminie.
Zresztą trudno tutaj mówić o jakimś środowisku. Bo – jednak – na tak małą gminę środowisk tutaj jak na lekarstwo, ale – pomijając dywagacje środowiskowe – jedno jest pewne – ,,zwyczajni razem” od lat nie reprezentują w gminie żadnej, konkretnej wartości. Rzekome pojednanie jest raczej ożywieniem trupa w szafie, rozbudzeniem jakiejś niesprecyzowanej grupy ludzi, którzy najlepsze lata mają już za sobą. Wybory na burmistrza wyraźnie to pokazały. I pierwsze decyzje burmistrza po wyborach również. Odwołanie dyrektora DK, propozycja dla Miłosza Czopka, rozmowy z tzw. środowiskami, które były i są do dzisiaj krytyczne wobec władzy w ratuszu, to wszystko wynikało ze zrozumienia skąd płynie największe zagrożenie. Tego zagrożenia burmistrzowi nie udało się w efekcie wyeliminować. Aktywne, opozycyjne środowiska w gminie pozostały na swoich miejscach. Trochę – owszem – nadwerężone, ale zapewne się otrząsną i będą dalej wytykać miastu błędy, niedociągnięcia, słabe punkty itd.
To rzekome historyczne pojednanie wygląda tak, jakby do grupy literatów zaprosić grafomanów i obwieszczać wszem i wobec, że od teraz nasza grupa literacka zyskała na sile, wyrazistości i dzięki temu miasto/gmina zyska jeszcze więcej pomysłów, stanie się jeszcze bardziej nowoczesna itd., itp. Jest raczej odwrotnie. Pojednanie legitymizuje słabe ugrupowanie, niezdolne do wystawienia własnej listy w ostatnich wyborach, niezdolne do wystawienia własnego kandydata na burmistrza, niezdolne do żadnej widocznej aktywności.
Mądrość i przenikliwość polityczna wyraziłaby się wtedy, gdyby udało się pozyskać kogoś aktywnego, niepokornego i z tego próbowano by uczynić wartość. Okazało się, że to nie takie proste. I lepiej, łatwiej i bezkonfliktowo dogadać się z grupą osób, która i tak jest uśpiona. To niczego nie zmienia. Bo czas ,,zwyczajnych razem” dawno temu się skończył. Podział w gminie zarysowuje się zupełnie w innym miejscu i jest to podział moim zdaniem pokoleniowy. I tego się nie da już przeskoczyć, skoro nie udało się do tej pory.
Więc historyczne pojednanie jest w rezultacie obciążeniem dla rządzących. Nie jest krokiem w przód, ale zdecydowanym krokiem wstecz. Ratusz musiałby zrozumieć, że dzisiaj wartością jest nieustanne ścieranie się poglądów, a nie spokój. Gmina musi otaczać się ludźmi, którzy jątrzą, burzą, próbują różnych sposobów by ożywić miasto. Decyzja może i historyczna, bo pokazuje, że ratusz się betonuje a to na pewno nie służy gminie.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
W sobotnio-niedzielnej Wyborczej krótki wywiad z prof. Ewą Nawrocką z Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie szefuje Katedrze Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej. Nawrocka zasłynęła w połowie kwietnia podczas konferencji na UG. Rozmawiano wokół ,,Wściekłości i oburzenia. Obrazu rewolty w kulturze współczesnej”. Zabrała głos na temat edukacji, tym razem uniwersyteckiej, po części i przeduniwersyteckiej, krytykując językiem bądź co bądź naukowym, więc wyciszonym, jakość nauczania, miałkość pracowników naukowych, studentów, miałkość systemu, którego funkcjonalność przelicza się na złotówki itd., itp.
Wysłuchałem tego przemówienia, podejrzewając, że temat konferencji zobowiązuje i język pani profesor przekroczy zdroworozsądkowe mury uniwersytetu i jest w stanie rozpalić ogień w słuchaczach. Że jest miałko, byle jak, nieatrakcyjnie, to przecież ja wiem, pan wie i pani też. W scenie z filmu Stone’a The Doors, na plaży w Venice rozmawiano o tym, że musi płynąć ulicami krew a bez wielkich, monumentalnych kopulacji również na ulicach, rewolucji żadnej nie będzie. Innymi słowy – mówiąc potocznie – albo jest coś w powietrzu i czuje się zapowiedź zmian, albo jest się tylko wołającym na puszczy, który być może i mówi rozsądnie i domaga się właściwego, ale ani słuchacze nie są jeszcze gotowi na wysiłek, a i rola wołającego nie ma innego znaczenia jak tylko powtarzać jak mantrę: jest źle, będzie gorzej.
Ale nie o tym ten tekst. Analizują wypowiedź prof. Nawrockiej lepiej ode mnie przygotowani do debaty o polskim szkolnictwie. Jeżeli miałoby coś z tego wyniknąć, to przecież nikt się nie obrazi. Lepiej, żeby coś wynikło, niż żeby pani prof. miała się narazić kilku swoim znajomym za kontrolowane wolnomyślicielstwo. Zresztą niech każdy, czy to w Gdańsku, czy we Wschowie mówi, co chce i robi co chce – jak po drodze komuś uda się wywołać jakąś małą burzę – tym lepiej. Dla nas, dla nich, dla wszystkich.
Oburzenie Nawrockiej jest wyważone, skrojone do wieku i pozycji profesorki. Pewien niemiecki filozof w swojej aforystycznej twórczości twierdził, że nikt tak nie kłamie jak człowiek oburzony. Rozszarpywanie społeczeństwa, siebie, boga, kogokolwiek w takiej formie jest mało przekonujące, prawdę mówiąc zwykłe i w sumie obojętne. Przypominam sobie tę wypowiedź, myśląc również o oburzeniu wschowskim, wynikającym z powołania nowego wiceburmistrza na stanowisko. To dwie różne sprawy, ale oburzenie to samo.
Niemiecki filozof-aforysta radził nasłuchiwać głosu, który i owszem rozszarpuje i człowieka i system i cokolwiek, ale czyni to bez oburzenia i wtedy, kiedy mówi się po prostu o człowieku źle, w sposób nawet niewinny i bez goryczy, tam należałoby skierować uszy i nasłuchiwać. I tam chyba dostrzegłbym zalążki rewolucji, przyszłych zmian. We Wschowie oburzeni kłamią – powiedziałby wspomniany aforysta, a że aforystę lubię, to podpisuję się pod tym.
Natomiast treść aforyzmu rozwikła się na pewno sama.A gdyby nie, to przy następnym wpisie się rozwikła lub rozsupła.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
–––––––
Michał Ogórek w piątkowej Wyborczej przypomina biblijną postać Matuzalema, podejrzewając koalicję rządzącą o szczególna miętę do tej postaci. Ostatecznie Matuzalem według starotestamentowych doniesień żył 969 lat. Niechby koalicja rządząca przeżyła połowę z tego, to i tak wynik budziłby podziw.
Niewątpliwie podobne ambicje przejawia urzędujący burmistrz i jego otoczenie. Rządzić jak najdłużej, zawiązując koalicję z kimś, kto zapewni długowieczność. Nie zrozumieli intencji radni SOS, być może zrozumieją inni. Naukowcy dowodzą, że długowieczność nie jest jedynie zależna od zdrowego trybu życia, ale od odpowiednich wariantów genów. I te nazwano genami Matuzalema. Co ważne, dzięki temu odkryciu wiadomo dzisiaj, że posiadając odpowiednie geny można prowadzić niezdrowy tryb życia a i tak dożyje się setki, a nawet setki +. Naukowcy dowodzą, że istnieje około 150 genetycznych wariantów, które gwarantują 100 lub nawet 150 lat życia.
W polityce jest podobnie. W lokalnej szczególnie. Nie wystarczy być gołębiem, bo to nie daje gwarancji kolejnego zwycięstwa w wyborach samorządowych. W polityce trzeba szukać koalicyjnych możliwości. W nauce jest ich 150, we Wschowie raptem trzy, co nie zmienia faktu, że umiejętny dobór zagwarantuje sukces.
Dlatego myli się Frakcja Wyrzutowa, sądząc, że dwunasta szabelka Przemysława Kuchcickiego zapewni błogi sen burmistrza. Nie tylko na spokoju w radzie zależy ekipie rządzącej, ale również na społecznym poparciu. A jakie społeczne poparcie gwarantuje dzisiaj radny Kuchcicki? Żadne. Nie reprezentuje już dzisiaj ani SOS (przestał publikować w NWS), ani żadnego innego środowiska. Reprezentuje jedynie siebie, a to trochę za mało. Chociaż mechanizm pozyskania radnego i wynikające z tego konsekwencje, to sygnał, że gołąb przeistacza się w jastrzębia (patrz poniedziałkową rozmowę Elki). Nie chciałby się przeistaczać, ale poniekąd nie ma na to wpływu.
Dookoła nikt nie przebiera w środkach, więc ratusz tam gdzie może eliminuje adwersarzy. Z jednej strony wydaje się ten gest małostkowy, z drugiej zdradza i kierunek działania i piętę achillesową rządzących. Jedna szabelka więcej, która nikogo nie reprezentuje to marny wynik, ale ostatecznie urząd II wiceburmistrza lub sekretarza gminy czeka i może skusić kogoś, kto reprezentował będzie dużo większe spektrum. Ale – paradoksalnie – tym stanowiskiem może również grać i tzw. opozycja. Choćby dlatego, że znany jest ewentualny scenariusz działania rządzących. To tak jakby na wojnie, przechwycono strategiczne plany wroga.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
–––––––
Proponowano nam koalicję. Nie chcieliśmy być ani opozycją, ani w koalicji – mówił Zbigniew Kosiński dla Radia Zachód, tuż po konferencji prasowej Miłosza Czopka. Krzysztof Grabka z kolei w dzisiejszych rozmowach Elki szuka koalicjantów: polityka nie znosi próżni, skuteczną i efektywną pracę w samorządzie gwarantuje stabilna większość w radzie. Poza tym Grabka chce mieć wpływ na społeczność lokalną, tzn. chce mieć po swojej stronie i dla swoich decyzji poparcie społeczne. I to nie byle jakie. Zdecydowane. Silne. Niemal bezwarunkowe.
Dla jednych (SOS) i drugich (Razem w przyszłość) sytuacja jest dość trudna, ale trudność każdej z tych grup zasadza się na zgoła odmiennych przesłankach.
Jedni nie mają zdolności koalicyjnych – w rezultacie po kilku błędnych decyzjach i niekonsekwencji stracili możliwość współrządzenia, utracili wewnętrzną dynamikę, chcieliby zjeść ciastko i mieć ciastko i chociaż jest to ponoć możliwe, to jednak wydają się zbyt nieokrzesani politycznie, żeby dokonać niemożliwego. Bo uprawianie polityki, to nie opowieść o herosach, Styksie i sennych marzeniach, tylko umiejętność prowadzenia zakulisowej, ale pragmatycznej gry, której celem w konsekwencji jest wyborca, mieszkaniec gminy Wschowa.
Drudzy za wszelką cenę poszukują koalicji – posiadają większość w radzie, chcą mieć zdecydowaną większość. Można by oczywiście pójść dalej i uznać, że tej grupie nigdy poparcia dość. Możliwe, że poprzestaną dopiero wtedy, kiedy 100 procent radnych, mieszkańców Wschowy, wreszcie cała gmina uzna ich wybory i decyzje za jedyne słuszne. Ale ten sposób myślenia, chociaż może i atrakcyjny i niosący pewne interpretacyjne, ciekawe możliwości, prowadzi na manowce.
Burmistrzowi nie zależy na poparciu wszystkich. Wystarczy mu gwarancja stabilności. Stąd gorączkowe poszukiwanie koalicjanta. Wybór koalicjantów się zawęża. Pozostały jeszcze lub tylko dwa środowiska. Albo Zwyczajni razem, albo Porozumienie dla rozwoju. Tak jedni jak i drudzy wiedzą co w polityce piszczy. Naturszczykami nie są. Więc gdyby któreś z nich wyraziło zgodę, będą w koalicji na śmierć i życie. Inne pokolenie, inne doświadczenie – więcej politycznego pragmatyzmu, mniej mrzonek.
Problem polega na tym, że koalicja ze Zwyczajnymi już raz zakończyła się fiaskiem dla koalicjanta. Dla Zdzisława Mazura tak w I jak i II turze wyborów na burmistrza Zwyczajni okazali się gwoździem do trumny. Koalicja z nimi niesie więc ryzyko. Podjęcie tego ryzyka przez ugrupowanie burmistrza może świadczyć o tym, że niepewność co do stabilności w radzie jest wynikiem pogłębiających się różnic w samym ugrupowaniu. Radni przestają być przewidywalni, kierują się emocjami, nie zgadzają się na rolę maszynek do głosowania. Kilku takich sytuacji byliśmy już świadkami. Jeżeli tak jest, to w przypadku wspólnego frontu ze Zwyczajnymi rozkład w samym środowisku burmistrza i wśród wyborców może się pogłębiać. Polityka nie znosi próżni – wyborcy za to nie przepadają za Zwyczajnymi.
Co mogłoby stanowić alternatywę dla tego aliansu. Paradoksalnie nic. Właśnie dlatego, że polityka lubi aktywność a kiedy jedynym w niej aktywnym graczem wydaje się Krzysztof Grabka, a inni uprawiają polityczną Arkadię lub na drugim biegunie anarchię -karty rozdaje jeden człowiek. Nie dlatego, że gracz wydaje się wyjątkowo silny, po prostu dzisiaj nikomu nie spieszy się do tego, żeby zasiąść do stołu. Bo żeby zasiąść, trzeba by zdecydować się na wysiłek. A komu się chce taki wysiłek podejmować? Pozytywizm jest w pogardzie, chciałoby się szybko i prostymi środkami. Najlepiej na pół roku przed wyborami powstać z martwych i lud za sobą pociągnąć. Jak pokazuje doświadczenie, nieżywi i tak poprowadzą na cmentarz. Szkoda czasu, emocji i rozbudzanych nadziei. Lepiej poczytać o Mironie Białoszewskim.
ps. O innych możliwych aliansach innym razem. O marazmie opozycji też innym razem. O straconym pokoleniu, co to wierzy, że wystarczy podkładać bomby domowej roboty też innym razem. I w ogóle, to następny wpis wokół Mirona Białoszewskiego planuję.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
Kilka postów wstecz napisałem o tym, że przystąpienie do Aglomeracji Zielonogórskiej, a wcześniej aktywność gminy, która w rezultacie przyniosła zainteresowanie OPZL przedsiębiorcami ze wschowskiej gminy/powiatu ma wymiar symboliczny i ani to Wschowie nie pomoże, ani niczego nie utrudni. Myliłem się. Zdecydowanie pomoże. Problem – tak dzisiaj myślę – polega na tym, czy jest pomysł na aktywność w Aglomeracji, czy jedynie oczekiwanie na korzyści płynące z członkostwa.
Aglomeracja wyrosła z idei Lubuskiego Trójmiasta, czyli trzech miast – Zielonej Góry, Nowej Soli i Sulechowa. Wydarzyło się to w 2003 roku. Pomysłodawcą było intelektualne środowisko skupione wokół pisma Puls, które poświęciło potrzebie współpracy miast kilkadziesiąt artykułów, dostrzegając we wspólnej polityce jedyną szansę na odnowę regionu, z którego coraz częściej duże miasta wokół (Poznań, Wrocław, Berlin) przyciągały między innymi potencjał ludzki. Puls do swojej idei przekonał i w rezultacie LT stało się faktem.
Po dziewięciu latach okazało się, że współpraca nie przynosi zamierzonych efektów. Miasta zamiast współpracować, konkurowały. O symboliczne przywództwo walczyli ze sobą Wadim Tyszkiewicz i Janusz Kubicki. Projekt powoli wygasał. I wtedy pojawił się OPZL, któremu udało się na starcie wywołać duże nadzieje na zaistnienie silnego stowarzyszenia, które wspólnie zadba o silny region. Co ważne, komentatorzy, widzą dzisiaj w narodzinach organizacji pierwszy krok, który w konsekwencji ma przynieść powstanie obszaru metropolitalnego (patrz. prace nad ustawą o polityce miejskiej).
Przyglądając się wypowiedziom niektórym włodarzom miast na rtvlubuska.pl przy okazji spotkań, poświęconych powstaniu Aglomeracji, widać wyraźnie, że w południowej części województwa lubuskiego jest co najmniej kilku wytrawnych graczy, którzy do aglomeracji wchodzą między innymi dlatego, że partnerstwo między miastami w obrębie województwa uprawiają od dłuższego czasu, widzą w tym realne korzyści. Stają się naturalnie w samym stowarzyszeniu kluczowymi graczami.
No i właśnie odpowiedź na pytanie jaką rolę chce odegrać Wschowa w Aglomeracji jest moim zdaniem dzisiaj istotna. I temu zagadnieniu postaram się przyjrzeć w następnych wpisach i w kwietniowym wydaniu gazety zw.pl
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
Do Polski przyjechała Elisabeth Roudinesco. Przyjechała z Francji na zaproszenie lacanistów. Że w Polsce są lacaniści, to wiem, ale o Roudinesco już nie. To zresztą nieważne, bo do Polski co chwilę pewnie przyjeżdża ktoś, o kim zdarza mi się pierwszy raz słyszeć i jak każdy zdrowy obywatel tego kraju nie mam z tym żadnego problemu. Znaczy z niewiedzą, bo chociaż im więcej człowiek wie, tym więcej cierpi, to jednak gdyby wiedział wszystko, pewnie rozpadłby się na takie drobne kawałki, które z kolei później ciężko by było posklejać, pozbierać, poskładać. Bo taki kawałek, to mógłby wpaść np. komuś do gardła, gdyby ten ktoś np. ziewał. I potem to wiadomo, że mógłby taki kawałek połknąć i szukaj wiatru w polu jak to mówią ludzie pod każdą szerokością geograficzną. Nawet we Wschowie tak mówią. Dlatego nikt wszystkiego nie wie, bo skutki byłyby opłakane.
Ale to tak na marginesie, bo nie o tym będzie (chociaż o tym też).
Będzie o tym, że Elisabeth Roudinesco nie przyjechała do Wschowy. A mogła przecież przyjechać. To nic, że nie wie, gdzie Wschowa. Nie wie czym mieszkańcy Wschowy na co dzień żyją, o czym rozmawiają, ile przeciętnie zarabiają itp.
Mam o to pretensje do burmistrza, ze Elisabeth nie zaprosił. Do starosty, że nie wystosował odpowiedniego pisma, najpierw do lacanistów, a potem do niej, do Roudinesco. Zły jestem na dyrektora CKiR, że nie wykorzystał znajomości wśród znajomych lacanistów, a jeżeli nie miał do tej pory takich znajomych, to że nie postarał się, żeby tych znajomych zdobyć np na facebooku czy NK (gdzie dyrektorowi wygodniej) i wtedy przez nich, różnymi kanałami do Wschowy ściągnąć. No chyba mozna by, prawda? Przecież facebook dzisiaj czy NK to bułka z masłem.
Cholera mnie bierze jak pomyślę, że radni o Roudinesco milczeli na ostatniej sesji tak rady miejskiej jak i rady powiatowej. Że pisma jakiegoś nie wystosowali, orędzia, oświadczenia. Jakby się wszyscy zmówili. Przeżywali jakąś depresję albo coś gorszego.
Potem tak, bezkresu – milczy. Frakcja – milczy. SOS – milczy. ZW – milczą. Elka, helka, panorama – ani słowa.
No to, kurde, to jest straszne. To jest hańba. Chyba porozmawiam o tym z kimś, bo tak dalej być nie może. Można by ściągnąć do Wschowy Elisabeth Roudinesco, a nikt tego nie zrobił. A można by porozmawiać o sprawach ogólnych i w ogóle, a tak, to dupa, nie ma o czym gadać, pisać nie ma o czym. Można jedynie w depresję popaść. Co za koszmar. Do widzenia (i tutaj słychać jak otwierają się nienaoliwione drzwi i z hukiem zamykają i to jest huk taki donośny, że jakby kto się nie spodziewał, to się nawet wystraszyć może, albo chociaż podskoczy lub wzdrygnie, no chyba, że jest głuchy, ale jak jest głuchy, to niech idzie do laryngologa).
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
Chyba nie ma nic. Taki początek. Emocje, gesty, słowa, kolorowe, różowe wstążki czekają gdzieś w lochach aż im się przydarzy wyjrzeć poza pajęczyny i widok spróchniałych belek, zgniłych ziemniaków oraz złapanych na oślep, rozkładających się szczątek gryzoni.
Od samego początku nie ma nikogo – Żydów, Komunistów, Kapitalistów, Reakcjonistów. Kobiet i mężczyzn. Pogan i wierzących. Białych zębów i ubytków, papierosów i kawy. Jarmuscha i Kieślowskiego.
Przypominam sobie przy okazji anegdotę (?), zasłyszany/przeczytany gdzieś fragment jakiejś dłuższej opowieści (?), którą dobre kilkanaście lat temu opowiadaliśmy sobie w przerwach między lekcją WOS a PO: najpierw przyszli po Żydów, ale nikogo takiego nie znaleźli, potem pytali o katolików, ale nikt taki nie mieszkał z nami, potem domagali się nazistów, ale nikt z nas nie był nazistą, wreszcie przyszli po mnie, ale to nie byłem ja (chociaż równie dobrze mogło brzmieć: nikt z nas nie był mną lub: nikt taki tutaj nie mieszkał)
Pusta, niezapisana, różowa karta. Tak zaczyna się teledysk Gotye. Somebody that I used to know.
Różowy nie umiera. Starzeje się Bóg, Historia, Natura, Człowiek – popełniają albo nieodwracalne błędy, albo przestają być puntkem odniesienia. Co innego z kolorami. Kolory nie starzeją się. Stanowią nawet terapeutyczny środek. Masz skłonności do depresji, pamiętaj o różowej pidżamie lub pościeli. Jesteś zmęczona/y i zestresowany załóż coś różowego. Kolory odpowiadają – tak mówią – za nasze nastroje. Ponoć podświadomie dobieramy kolorystykę naszej garderoby. Więc – skoro zewsząd nie ma oparcia – warto coś różowego na siebie nałożyć.
Prawdopodobnie T. S. Eliot gardził różem, za to różowa okładka polskiej edycji dzienników Virginii Woolf, sugeruje co innego, ale – bo jakżeby inaczej – jest to tylko komercyjny sposób ocieplenia wizerunku pisarki. A skoro jeszcze jesteśmy przy kolorach, to niemieccy naziści wpisali nazwisko autorki Pani Dalloway do czarnej księgi. Kolory nas definiują. Nic innego.
Dlatego teledysk Gotye, polemizuje z preambułą konstytucji Unii Europejskiej, z pierwszymi zapiskami Księgi Rodzaju, z mitologią lub wierzeniami tej czy innej nacji, z filozofią XIX i XX wieku, dowodząc, ze na początku był RÓŻ, dopiero potem człowiek i w rezultacie wszelkie komplikacje, które za sobą przyniósł.
Dlatego, pomimo tego, że bohaterom tego teledysku wydaje się, że przede wszystkim istnieje więź miedzy nimi (zaburzona lub nie, co nie ma znaczenia), definiuje ich tło, czyli pewne bóstwo, doskonałość – RÓŻ (brak depresji, zmęczenia, stresu i co jeszcze).
Kiedy widzę ich wtopionych i nieodróżniających się na doskonałym tle, które wcześniej zostało przecież pokryte jakimiś uzurpatorskimi kreskami i barwami, to nagle – czego jednak nie doceniam w wymowie tego teledysku – doskonałość (róż) sprowadzona do anarchii i (ta doskonałość) w sumie zapomniana, przestaje być punktem odniesienia. Do głosu dochodzi wtórność/plagiat. Ale, ostatecznie, nie ma alternatywy. Takie właśnie Blake’owskie naznaczenie/Blake’owski stygmat – wszystko co robimy, to tęsknota za RÓŻEM/RAJEM/DOSKONAŁOŚCIĄ, której nie da się nigdy osiągnąć. Czyli nie ma doskonałego powiatu, doskonałej gminy, doskonałego burmistrza, nie ma doskonałej miłości ani doskonałego człowieka. Jest tylko tęsknota za nimi.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
Jak tutaj wypromować Wschowę, zastanawiają się wszyscy od portalu Bezkresu przez Frakcję Wyrzutową po Nasze Wschowskie Sprawy, kończąc oczywiście na Ratuszu. Bo chociaż wszyscy się nad tym pochylają, to decydujący głos mają pracownicy Urzędu. Chciałoby się powiedzieć, że wszyscy się zastanawiają, a wygrywają znowu Podróżnicy – taki przeklęty los. Pewnie to wina tego, że Wschowa graniczy z Niemcami.
Otóż, próbując wpisać się w blogowo-portalowo-gazetowo-urzędowe trendy, uznaję, że jest temat. Wypromować Wschowę w świecie, Europie, Polsce, województwie, powiecie, wreszcie – bo tak się składa, że szczególnie tutaj widzę czarne plamy – w samej Wschowie – oto zadanie uszyte na miarę naszych potrzeb. Przynajmniej takie sprawiamy wrażenie. Wszyscy, bo przecież nawet wpisy, które krytycznym okiem łypią na pomysły Ratusza, łypią przecież, bo im na promocji Wschowy zależy, ale z braku laku, nie posiadając alternatywy, drążą dziurę w brzuchu. Gdyby jakaś alternatywa im w oko wpadła, to (a dlaczego by nie?) świat, Europa, Polska itd. zostałaby o tym powiadomiona, chociażby taką pospolitą droga mailową.
Ale, bo przecież nie musimy zaraz się napinać, jestem przekonany, że warto też spuścić z tonu i po prostu zrezygnować z promowania Wschowy. W ogóle nie zawracać sobie tym głowy. Po prostu zostawić to podróżnikom. No ale kto by na to wyraził zgodę? No nikt by nie wyraził. Bo ani urząd, ani szeroko pojęta blogosfera nie mogłaby sobie z takim nic nie robieniem poradzić. Więc trzeba przejść do pierwszej opcji, czyli jednak do promocji. Bo chociaż gdyby zrezygnować, dać sobie spokój i skoncentrować się na budowie czegoś solidnego, lokalnego, ale wyjątkowego, co by ostatecznie być może cieszyło tylko nas i nikogo na zewnątrz, mielibyśmy chociaż satysfakcję, a tak, to jak za setkami miast w Polsce, ciąży na nas jakiś niezrozumiały kompleks pępka świata, Europy, Polski itd. Jesteśmy tym pępkiem – przekonujemy – ale nikt nie chce tego dostrzec.
Więc pozostaje ta nieszczęsna promocja. Taki, cholera, współczesny przymus. Więc, skoro trzeba Wschowę wypromować, to proponuję turystykę seksualną. I nie to, żebym był bezczelny, bo we Wschowie jest tyle przecież miejsc z pogranicza sacrum, że profanum się tutaj za bardzo nie nadaje. Otóż się nadaje, na pewno, chociażby na zasadzie kontrastu. Ale prawdę mówiąc nie o pęknięcia w wyobrażeniu Wschowy mi idzie, ile o film promujący Warszawę, jako gospodarza Euro 2012. Proszę najpierw obejrzeć
W filmie jakiś mężczyzna tak mniej więcej od 25 sekundy (film trwa sekund 180) biegnie za kobietą, omijają różne miejsca w Warszawie, on jej dogonić nie może (bo wiadomo według starego porzekadła nie o to chodzi, żeby złapać króliczka), a kiedy właściwie staje na murawie stadionu i wszystko wskazuje na to, że ją dogonił i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby chociaż wymienili między sobą jakieś uprzejmości, to on (ten mężczyzna) spogląda na zegarek i wybiega ze stadionu. Ona zresztą też. I wtedy okazuje się, że przebrani w biznesowe lub urzędnicze uniformy, spotykają się w holu jakiejś korporacji/firmy lub czegoś w tym rodzaju i dopiero tam, w tych uniformach, podają sobie ręce (to jest w ogóle kluczowa scena, ale nikt jej z komentatorów nie rozumie, ba! nawet nie dostrzega, co jest zresztą zrozumiałe, ale pal licho, bo nie o tym mowa).
Spot jest posądzany o seksistowską wymowę, inni mówią, że zboczeniec goni swoją ofiarę, jeszcze inni (to już wyczytałem w felietonie Agnieszki Wiśniewskiej na stronie KP) meldują, że spot ,,przyciąga ofertą seks turystyki”.
I ja z tymi interpretacjami nie polemizuję. Wydaje mi się tylko, że to jest sposób na wypromowanie Wschowy. Nakręcić film, gdzie mężczyzna biegnie za kobietą, a na koniec podają sobie dłonie w holu np. jakiegoś lokalnego banku. Dzięki czemu mamy wszystko – seks, pieniądze i zdrowy tryb życia (no że biegają tak przez około 120 sekund) – jeżeli ktoś mi powie, że dzisiaj to nie zachwyci świata, Europy, Polski, województwa, powiatu i nawet nas samych, to – proszę mi wierzyć na słowo – nic innego nie chwyci, no chyba, że wspomniani podróżnicy.
Innymi słowy lepiej promować odważnie, a jak przeszarżujemy, wrócić do metod mniej efektownych albo w ogóle nie promować, dać sobie spokój. I to jest mój wkład – zaznaczam – w dyskusję na temat promocji Wschowy. Albo seks/pieniądze/zdrowy tryb życia albo podróżnicy.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
W niedzielę, zaglądając na portal gazety.pl, mignęło mi zdjęcie Whitney Houston. Radio zepsute, telewizor (który czasami służy za radio) obsługiwał kanały, które z informacjami nie mają nic wspólnego a jedyny news, jaki się mógł pojawić, to zapowiedź kolejnego odcinka disneyowskiego dla dzieci – więc zdjęcie Whitney Houston przeszło bokiem. Nie zwróciłem uwagi ani na litery, ani na kolory, na nic.
Ale po godzinie przypomniałem sobie to zdjęcie na portalu i uznałem, że albo Houston nie żyje albo wydarzyło się coś wyjątkowego w jej życiu. Nie śledziłem nigdy jej kariery muzycznej, ale kilka utworów, które zaśpiewała, pamiętam i chociaż do nich nie wracam, ani ich nie szukam, to słysząc je czasem w radiu nie budzą zgrzytania zębów. Uznałem więc, że sprawdzę jeszcze raz wiadomości na portalu.
Co oznaczało pojawienie się fotografii piosenkarki nie tylko na tym portalu, ale pewnie na wszystkich (nie sprawdzałem) każdy wie. Nie zamierzam jednak teraz opisywać swoich muzycznych fascynacji i wrażeń, wynikających z moich prywatnych przesłuchań, bo poza takimi ulotnymi przyjemnościami, nigdy jej twórczość nie odcisnęła jakiegoś większego piętna. Natomiast przeglądając artykuł Roberta Sankowskiego poświęcony Houston, trafiłem na wzmiankę o związku z Bobbym Brownem, który według Sankowskiego miał najbardziej zgubny wpływ na jej karierę i w rezultacie na jej życie prywatne.
Więcej – pisał Sankowski – od tego czasu było o niej w brukowej prasie niż w poważnych muzycznych periodykach.
To mi z kolei przypomniało – i przepraszam fanów Whitney Houston, ale więcej już o niej w tekście nie będzie, na słuchawkach mam jednak nie Whitney, chociaż doceniam jej możliwości wokalne, to jednak w słuchawkach gra mi teraz Noir Desir – o niewątpliwym sukcesie I Festiwalu Podróżników we Wschowie ale też o jego oddźwięku w internecie.
I zanim skupię się na meritum, to muszę jeszcze wytłumaczyć się z tego jak rozumiem pewien mechanizm. Otóż zrozumiałe jest dla mnie, że istnieje bardzo duże napięcie pomiędzy tym co prywatne a tym co publiczne. Innymi słowy od dawna, a może od zawsze istniał w świecie taki dualizm poznawczy, polegający na konfrontacji pomiędzy autokreacją, osobistą autonomią (to co prywatne) a współobywatelstwem (to co publiczne). Ci pierwsi są echem tego, co dokonuje się w świecie za sprawą takich myślicieli jak Nietzsche lub takich pisarzy jak Nabokov, ci drudzy są wytworem tego, co dokonuje się w świecie za sprawą Marksa lub Habermasa. Żeby dobrze opisać te rozbieżności, należałoby poświęcić temu kilka wpisów, ale myślę, że wymienione osoby sa na tyle znane, że czytelnik będzie w stanie złapać sens.
Ci pierwsi nie wierzą w zbiorowy wysiłek, ci drudzy przeciwnie. Więc ich koncentracja na tym, co obserwują – i teraz te moje spostrzeżenia zwulgaryzuję do potrzeb lokalnych – rodzi zupełnie inne wnioski. Kryją się oczywiście za tym sporem setki lat rozważań i tysiące zapisanych kartek. Gdyby – znowu sprawę uproszczę – np. tym kluczem porównywać zw.pl z blogiem Frakcji Wyrzutowej, to zw.pl jest z Marksa, a Frakcja z Nietzschego. Czyli, żeby wrócić do początku, zw.pl bliżej do współobywatelstwa, Frakcji do autokreacji.
Jedna i druga postawa jest ze sobą w sporze od zawsze. Można ją jednak łączyć, ale trzeba zachować równowagę. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy w stanie pomimo tego, że bliżej nam do tego co prywatne, a nie publiczne, znaleźć w sobie tyle odwagi, żeby to co warto zauważyć, nagłośnić, pochwalić nie zagłuszać sprawami pomniejszymi sprawami, które można opisać przy innej okazji. Wbrew pozorom jest to wysiłek i to nie byle jaki, żeby opisać jakieś wydarzenie w sposób pozytywny. Nie ufam z natury takiemu słownikowi, w którym zawarta jest tylko i wyłącznie krytyka, który dysponuje tylko takim zasobem, gdzie nie mieści się już inny obraz świata. Oczywiście ten ogólny rozdźwięk między tym co publiczne a tym co prywatne nie zniknie i dobrze, że jest, bo tak jednej jak i drugiej postawie zawsze coś umyka z racji naturalnych ograniczeń słownikowych. Jeden i drugi może się uzupełniać lub czerpać z cudzych zasobów – to nie jest zabronione.
Jeżeli jednak Festiwal 100droga służyć miałby tylko za punkt wyjścia do krytyki nawet uzasadnionej tego lub innego braku, to szkoda energii. Wtedy lepiej zająć się krytyką, a Festiwal zostawić innym. Nie dlatego, żeby rozpościerać tęczę, ale przede wszystkim, żeby zwrócić uwagę na to, że za sprawą stowarzyszenia i ich przyjaciół zorganizowano wspólnym wysiłkiem coś, czego nie byłem świadkiem w tym mieście od dawna. Jeżeli to nie jest powód, żeby zrobić wokół tego wydarzenia pozytywnej atmosfery, to w takim razie nie ma takiego wydarzenia pod gołym niebem.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)