Mój przyjaciel bloger, tak jak obiecał, tak zrobił, wpadł do redakcji i przyniósł swój legendarny bigos. W słoiku. Prawdę mówiąc czekałem na ten bigos i od kilku dni czułem lekkie zaniepokojenie, bo chociaż mój przyjaciel bloger na swoim blogu donosił, że i owszem, przybywa. Ale do tej pory przybywał wirtualnie. Tym razem nie – bo jak wiadomo najpierw przyjaźń, potem wspólnota blogerska, a na koniec konsumpcyjna – znaliśmy się z blogów, spotkaliśmy w realu.
Wracając dzisiaj do domu, przypomniałem sobie jak 20 lat temu, Krzysztof podrzucił mi Sowę, córkę piekarza Marka Hłaski. Nie jestem przekonany, czy na pewno to się wydarzyło dokładnie 20 lat temu, czy może plus minus 1
w każdym razie na pewno wydarzyło się to na jakiejś przerwie między jedną nudną lekcją w liceum a drugą nudną lekcją i nie wiem czy Krzysztof ze względu na mój znudzony wyraz twarzy podrzucił mi Hłaskę na przerwie, czy z jakiegoś innego powodu. Faktem jest, że Sowę z przyjemnością pod ławką na lekcjach języka polskiego czytałem.
Puenta jest taka, że po tych dwudziestu plus minus latach, bigosu dzisiaj pod biurkiem nie trzymałem. Oficjalnie na redakcyjnym biurku słoik z bigosem atrakcyjnie się prezentował – znaczy to, że czasy się zmieniły i my, przyjaciele blogerzy, nie podrzucamy sobie już książek, ale słoiki z bigosem. Co oczywiście w ogóle nie ma znaczenia, czy mój przyjaciel bloger podrzuca mi słoik z bigosem czy Sowę, córkę piekarza. Istotne jest, że przez te dwadzieścia lat pamiętaliśmy o tym, żeby od czasu do czasu coś sobie podrzucić.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)