bezgrunt

Pina Bausch zmarła 30 czerwca 2009, jej zespół przebywał wtedy we Wrocławiu. Pięć dni wcześniej dowiedziała się, że jest chora na raka, zmarła we wtorek. Tancerze niemieckiej choreografki pojawili się w Polsce w niedzielę, w poniedziałek było planowane spotkanie z Bausch, ale organizatorzy już w sobotę wiedzieli, że do spotkania nie dojdzie, bo tancerka odwołała przyjazd właśnie z powodów zdrowotnych. Tancerze przyjechali do Wrocławia na festiwal ,,Świat miejscem prawdy”, zagrali ,,Nefes”, ostatni spektakl przygotowany wspólnie z Bausch. Na pogrzebie (8 lipca 2009) pojawiła się najbliższa rodzina i członkowie jej zespołu.

Wim Wenders planował przygotować film wspólnie z Bausch, zdjęcia miały się zacząć we wrześniu. Kiedy dowiedział się, że Pina zmarła miał nie wracać do projektu. Wrócił. Powstał film o Bausch bez Bausch. Jej brak – tak myślę – zadecydował o tym, że film stał się jednorodnym hołdem złożonym przez tancerzy. Pina Bausch ponoć nigdy nie wypowiadała się publicznie na temat swojego teatru, ani tańca. Co myśli, można było wnioskować z materiałów filmowych, które dokumentowały jej pracę z tancerzami. Być może dlatego, kiedy w filmie tancerze wypowiadają się o bohaterce filmu, posługują się banałami do tego stopnia, że gdyby nic nie mówili film by na tym nie stracił, przeciwnie – zyskał. A tak ma się wrażenie, że grupa utalentowanych tancerzy, składając werbalnie hołd Bausch, daje się ponieść niezrozumiałej stylistyce rodem z wenezuelskich seriali. Gdybym miał zilustrować gadulstwo tancerzy, to najlepiej oddaje to Sinead O’Connor między 3 minutą utworu Feel so different a 3’11, śpiewając And we spent a long time talking.

Jej gest przy tym oddaje całą niepotrzebną paplaninę w filmie Wendersa. Ale to by było tyle o gadulstwie, bo ostatecznie film w przeważającej części jest złożony z fragmentów jej teatru.

O samym tańcu w filmie Pina w następnej części. Wracam do wczorajszego prezentu :) czyli Mapy i terytorium Michela Houellebecqa
_________________________________________________________________________________________________
ps.
Ale gdyby tak przenicować gadulstwo, zajrzeć pod podszewkę, pod powiekę paplaniny, to co tam właściwie zostaje? Poza przecinkami, pauzami, wielokropkami i znakami zapytania, przemilczeniami? Kiedy stawia się kamerę na przeciw jednej, drugiej twarzy, zapalają się światła i jakiś umowny gest reżysera lub kogoś kto panuje nad scenariuszem i scenami, które mają po sobie nastąpić, daje do zrozumienia, że już, start, trzeba coś z siebie wydusić.

Szczególnie wtedy, kiedy trzeba wydusić z siebie o kimś, kto publicznie nie wypowiadał się i nie obnosił ze swoją wrażliwością, ograniczał się do spraw zasadniczych, koncentrując się na tym, żeby ślinę zużytkować poza tłumem. Poza portalami i dziennikami, newsami, sondami i potrzebą archiwizacji. Uderz w pasterza, mówi starożytne pismo, a owce się rozproszą. Innymi słowy, zabraknie pasterza, owce się rozbeczą. Tego beczenia słucha się nieustannie, Wenders w Pinie miał okazję wykazać się wyjątkową delikatnością. Nie wykazał się, nie zrozumiał, uznał, że język jest po to by go wytykać.

*pornography of pain – tak nazwał rodzaj teatru Bausch jeden z krytyków amerykańskich, po jej debiucie w USA w 1984 roku

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)