Wolność wyboru jest fundamentem miasta kapitalistycznego pisze Krzysztof Nawratek we wtorkowym wpisie na swoim blogu.
Zaraz potem tłumaczy, że owa wolność wyboru, to pewien sformalizowany kod, powtarzający się, który dokonuje jakby z tego wynikało naturalnej/koniecznej reinterpretacji biorących w nim udział podmiotów, redukując ich konstytucję lub – co może będzie czytelniejsze – status do roli czynności, które wykonują (innymi słowy do statusu jak w komunikatorze gg ,,niewidoczny”).
Jest w tym wpisie jeszcze kilka innych spostrzeżeń/uwag/doniesień.
Mój dyskomfort polega na tym, że muszę sobie najpierw teoretycznie wytłumaczyć sieć połączeń, w której się znajduję i do których się podpiąłem. Jak pisze Nawratek cały ten obrzęd, zwany wolnością wyboru, wpisuje się w jeden z interfejsów, dzięki którym istnieje społeczeństwo. Skazą tego narzędzia, dzięki któremu zresztą powstają interakcje (co oczywiście jest zrozumiałe, bo na interakcji oparte jest społeczeństwo) jest niemożliwość rewolucji oddolnej (jeżeli dobrze rozumiem), za to zawsze istnieje możliwość podpięcia się do tego interfejsu lub rezygnacji z niego.
Gdyby jednak istniał tylko jeden sposób na komunikację, czyli formę społeczeństwa, która z założenia rezygnuje ze swojej podmiotowości, byłoby to skrajnie nihilistyczne. Stąd Nawratek rozciąga na drugim biegunie wolność kreacji, która według autora jest w pewnym sensie (dla miasta/społeczeństwa/interakcji) niebezpieczna i bolesna, bo podejmująca ryzyko zmian. A miasto kapitalistyczne, sieć połączeń, które wytwarza jest zazdrosne o swoje status quo. Chociaż myślę, że na tym polega nierewolucyjność miasta kapitalistycznego – odłączenie się od jednego interfejsu zmusza do podpięcia się w narzędzie o tej samej naturze. No ale o tym to już pisał Marks.
W każdym razie w komentarzu pod wpisem czytam, że autor obudził się rano, miał poczucie, że coś go omija i popełnił wpis, który nie do końca rozumie. Ja też pozwalam sobie na luźne notatki na marginesie, bo przypomniałem sobie dzisiaj, tak już poza tematyką miasta/kapitalizmu/społeczeństwa/interfejsów i innych atrakcji, że najpierw muszę wytłumaczyć sobie w którym punkcie się znajduję, bo ten prosty gest chroni mnie przed warunkowym uprzedmiotowieniem. I chociaż blog nosi nazwę ,,ale sam w to nie wierzę”, to akurat w tym wypadku jest odwrotnie.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)