bezgrunt

W ostatni dzień 2011 roku zostałem znajomym serbskiej wolontariuszki na jednym z portali społecznościowych, co jest jakimś symbolicznym niewątpliwie podsumowaniem tego wszystkiego, co w starym roku wydarzyło się i tu (we mnie), i tam (obok mnie), i w ogóle (poza mną).

Przeczytałem wczoraj kilka rocznych podsumowań, jedno nawet wysłuchałem. Na stronie rp niejaki Krzysztof Masłoń, przekonywał mnie co do swoich wątpliwych literackich gustów, ostrzegając przed pornografią Manueli Gretkowskiej w Transie, gdzie nóż do ostryg, kobieca pochwa, jak się Masłoń wyraża, oraz hostia są nie tylko pierwszoplanowymi bohaterami, ale jednocześnie gwarantują wpisanie publikacji do indeksu książek szkodliwych i zakazanych. Do tego pan Masłoń dorzuca Złote Żniwa Grossa, za to pod niebiosa wynosi najnowszą powieść Wildsteina Czas niedokonany, stawiając ją obok takich, wydanych w 2011 roku książek, jak biografia Czesława Miłosza. No daj Boże w takim razie zdrowia panu Masłoniowi, żeby o literaturze pan Masłoń rozprawiał w 2012 roku jak najmniej, za to więcej spacerował po okolicznych parkach i może kaczki karmił lub łabędzie gdyby już nuda doskwierała nieprzyzwoicie.

No ale to tak na marginesie, bo człowiek w ten ostatni dzień roku to tutaj zajrzy (czyli w siebie), to tam (czyli obok) i w ogóle (czyli poza) i potem dylematów ma sporo i nie wie od czego zacząć.

Ale skoro już rzuciło mnie na literacki wody, to wspomnę w takim razie ostatnią lekturę, bo w ostatni dzien roku czytałem drugi tom wywiadu rzeki ze Stefanem Mellerem, historykiem, dyplomatą, ambasadorem RP we Francji i Rosji, ministrem spraw zagranicznych. Odszedł z rządu Marcinkiewicza po legendarnej rekonstrukcji rządu i wprowadzeniu na salony Leppera. Meller zmarł w 2008 roku po długiej i wyczerpującej chorobie. W książce wspomina sytuację, w której ktoś z bliskich zadaje mu pytanie, czy gdyby miał okazję zacząć życie od nowa, czy do tego życia wziąłby ze sobą chorobę? Meller odpowiedział: Oczywiście, wziąłbym, aby dowiedzieć się znowu wielu rzeczy o sobie. W tym samym tonie myślę o roku 2011. Nie zamieniłbym go na żaden inny, podjąłbym te same decyzje z tych samych powodów, dla których Meller nie zrezygnowałby z choroby w nowej edycji życia.

A co do szczegółów, to przyjdzie jeszcze na to czas. Blog nie zając, poczeka. Na podsumowania, podliczenia, rozliczenia, bilansy, koty wylegujące się w głowie, chomiki po drodze, czy wieczory przy balustradzie.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)