Studenci Krzysztofa Nawratka zaproponowali 14 koncepcji, sugerujących w jakim kierunku powinna rozwijać się Zielona Góra. Wcześniej, bo w październiku, przebywali przez 10 dni w stolicy woj. lubuskiego i dzisiaj można zapoznać się z kilkunastoma koncepcjami miasta, które stanowią pewien szkic, następny krok ma przynieść szczegółowy plan rozwoju, może nawet rewolucji miejskiej.

Oczywiście Zielona Góra jest daleko. We Wschowie nikt na taki pomysł by nie wpadł. Zaprosić Nawratka i jego studentów, to dla małomiasteczkowej społeczności zbyt wiele. Pomijam oczywiście fakt, że 16-tysięczne miasteczko może nie stanowić żadnej przestrzenno-urbanistycznej atrakcji. Zdaję sobie sprawę, że czym innym jest ratować przestrzeń miejską Zielonej Góry, a czym innym Wschowy. Nawet jeżeli trzeba by się pogodzić, że tutaj, w mieście o dużych ambicjach i doraźnych możliwościach, przyjeżdżają jedynie politycy przed wyborami do sejmu i dla lokalnych władz jest to szczyt niemalże politycznej perwersji, to jednak znając swoje miejsce w szeregu warto chociaż rozglądać się dookoła, udając, że wszystko wiemy i mamy na każdy kryzys miejskie panaceum.

Wciąż we Wschowie panuje przekonanie, że można bazować na własnym potencjale. A muszę przyznać, że kiedy – niestety z opóźnieniem – dowiedziałem się, że Nawratek gościł w Zielonej Górze, to byla to jedna z nielicznych chwil, kiedy byłem dumny z tego, że mieszkam w woj. lubuskim. Bo przyznać, obserwując marazm na rynku zielongórskim, że potrzebujemy pomocy z zewnątrz, to w moim odczuciu po prostu wartość. Przyjazd Nawratka do Zielonej Góry w tym kontekście uznałbym za najważniejsze wydarzenie w woj. lubuskim w 2011 roku. Chociaż zdaję sobie sprawę, że polityczny, lokalny sztafaż, kazałby wskazać inne wydarzenia. Problem z rynkiem w Zielonej Górze, to ostatecznie nie był jedynie problem miasta wojewódzkiego. Wartością jest, że 90 km stąd nie postanowiono zamiatać problemu pod dywan. Problem opustoszałego rynku pojawił się w Lesznie, istnieje we Wschowie. Natomiast jeżeli władze reagują szybko i nie lekceważą przesłanek pustki, to można próbować/testować różne pomysły. W Lesznie powstało stanowisko ds ożywienia leszczyńskiego rynku, do ZG przyjechał Nawratek, we Wschowie – pewnie z racji małomiasteczkowych kompleksów – rozwija się czerwone dywany przed politykami lub utrzymuje się stanowiska dla intelektualnych wydmuszek.

W każdym razie spośród tych 14 koncepcji moją, bo lokalną, wschowską tzw. wrażliwość, przykuła uwagę propozycja integracji studentów, przyjeżdżających do ZG z mieszkańcami ZG. Tutaj oczywiście czytelnik jest w stanie wyobrazić sobie interakcje jakie mogą zachodzić między bracią studencką a autochtonami i przy sensownym pokierowaniu tymi relacjami można sobie również zaprojektować sensowną korzyść tak dla jednych jak i dla drugich.
W przypadku Wschowy to jest oczywiście niemożliwe, bo jak wszystkim wiadomo Wschowa nie jest miastem uniwersyteckim i nigdy nie będzie. Za to co najmniej na weekendy i okresy świąteczne wracają do Wschowy (do gminy) studenci z różnych ośrodków uniwersyteckich. I tutaj wypatruję oczywiście idealistyczną rolę miasta, być może wydziału promocji. Dotarcie do tych studentów, którzy przejawiają zainteresowanie Wschową i wykorzystanie ich naturalnego, idealistycznego pomysłu na miasto.

Takim przykładem niech będzie Michał Suszczewicz czy osoba, która na zw podpisuje się jako archeolożka. W przypadku tego pierwszego mamy jedyny w mieście tekst poświęcony gazowi łupkowemu – bilansowi zysków i strat. W przypadku drugiej osoby mamy do czynienia z sentymentalną, ale niewątpliwie potrzebną historyczną opowieścią, na którą nikogo w tym mieście nie stać. Nie dlatego, że brakuje wiedzy lub wrażliwości. Bo czasami nie brakuje.
Ale, że miasto jest z natury, każde miasto, polityczne, to też ludzie tracą czas na polityczne animozje i dyskredytują w ten sposób swój potencjał. Studenci, z natury idealiści, tego nie czynią.

Tekst Michała na zw był komentowany między innymi w ten sposób, że przecież, no przecież, temat gazu łupkowego jest powszechnie znany. Komentatora-nihilistę nie przejmuje fakt, że sam nic w tym kierunku nie zrobił, ba!, zrobić nie zamierza, żeby swoją wiedzę uporządkować i na tzw. chwałę miasta wykorzystać. Komentatora-nihilistę interesuje jedynie wypowiedź i promocja mało interesującego, własnego, komentarza. To zbyt mało, żeby móc mieć wpływ na miasto. Ale to ostatecznie uwagi na marginesie. Bo istotne jest co innego, żeby już nie pławić się we wschowskim marazmie.

Przykład Michała i archeolożki, sugeruje – moim zdaniem niewątpliwie sugeruje – że wykorzystanie studentów z terenów gminy, którzy swoją wiedzę szlifują w różnych, uniwersyteckich środowiskach, powinno dać Wschowie/gminie świeże spojrzenie na sprawy, które z natury są obce wschowskim urzędnikom, zajmującym się polityczną gehenną. Zamiast – tak sobie dzisiaj myślę – zatrudniać politycznych symulantów, lepiej wydać pieniądze na studentów. Nie mówię, że dla wszystkich, bo to byłaby z mojej strony naiwność. Ale tam gdzie pojawia się, wręcz narzuca, studencka aktywność, warto nie dać jej naturalnie umrzeć. Owszem można udawać, że robiąc sobie zdjęcia z pomnikami natury, można ubić polityczny interes we Wschowie – historia pokazuje, że można – ale to co wartościowe i potencjalnie ożywcze dla miasta/gminy czai się gdzieś na jej marginesie. Mądrością rządzących jest dostrzeżenie tego marginesu. W przeciwnym wypadku będziemy zdani na polityczne konfabulacje, a w czasach tzw. kryzysu szkoda na to czasu.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz