Na zachodzie bez zmian, czyli śladami Giddensa

Kilka miesięcy temu pisałem, że lokalne media mają w swoich rękach narzędzia, które mogą przywrócić standardy demokracji w tzw. lokalnej społeczności. Od tamtego czasu pozornie trochę się zmieniło. W przestrzeni publicznej pojawiło się kilku graczy, którzy – co by nie było – o dusze czytelników walczą jak przystało na młode lwiątka. Freelancerzy, blogerzy, autorzy, piszący dla portali – nawet na sławskiej nocy reggae nie znajdziesz większych tłumów. Lepiej być nie może. Ale – jednocześnie – o elementarny porządek należy zabiegać. Bo wielość wielością, a przecież na wspólny front nikt nie może liczyć.

Wciąż jesteśmy we Wschowie na poziomie elementarza, pierwsze litery i na tym basta – jakby powiedział bohater topornych powieści Sienkiewicza. Dalej iść nie możemy, bośmy Polakami, przaśnymi, ale Polakami. Porwalibyśmy Stanisława Augusta i konfedarację barską uczynilibym nadrzędną wartością. A jeszcze gdyby przyklaskiwał nam taki np. Rymkiewicz, to siódme niebo byłoby na wyciągnięcie ręki.

A że nie każdy w tym grodzie siódme niebo ma w poważaniu, wtedy trzeba szukać trzeciej drogi. Kto nie szuka, ten jest bałwan.

Znowu zbyt długi wstęp i jak zawsze niezrozumiały.

Ale zmierzajmy do puenty. Otóż ZW w ostatnim wydaniu Subiektywnego Przeglądu Prasy przywołało wypowiedź ks. Adama Bonieckiego. Że jest bezceremonialnie krytykowany pod swoimi tekstami, zamieszczanymi na stronie Tygodnika Powszechnego. Rzeczywiście anonimowi komentatorzy nie oszczędzają księdza. Nie ma łatwo. Publiczna przestrzeń jest no pasaran. Czytając tylko Bonieckiego człowiek pochyla się i jest gotów go chronić. Ale gdyby tak było, gdyby to był jedyny głos, gdyby człowiek uznał, że trzeba się poddać tej retoryce, traktując ją jako jedyny przekaz w twoim domu, wtedy należałoby się poddać. Świat stałby się przewidywalny, a jeden głos w przestrzeni publicznej decydowałby o wszystkim. Decydowałby o tobie.

W każdym razie na głos Bonieckiego odpowiedział Wojciech Orliński, tłumacząc, cytuję: Nie warto ograniczać wolności słowa tylko dlatego, że komuś przykro, że obrażają prezydenta albo jego święte dogmaty. Niech po prostu zmieni program w radiu albo się przeniesie na inne forum w internecie – znajduje prostą receptę Orliński.

Ale – bo przecież i jedna i druga strona znajdzie swoich obrońców – nie na tym problem polega przecież, którą opcję wykluczyć, cały kunszt opiera się na tym, żeby zrozumieć, że każda wypowiedź w demokratycznej przestrzeni ma z definicji zapewnioną artykulację. Dojrzałość z jednej strony polega na tym, że mam wybór i tutaj zaglądam, a tam nie, a jednocześnie – prawdopodobnie – dzięki temu rozumiem mniej lub więcej.

Na tym polega sens demokracji (chociaż dzisiaj większość powie, że to liberalizm, a nie demokracja, bo środowiska konserwatywne i lewicowe z natury cenzurują co się da). Każdy się wypowiada. Nie na każdego mam ochotę, mogę coś w związku z tym stracić, mogę zyskać. Decyduję o tym. Nie obrażam się. Jak mnie uczono na kursie asertywności w czasach licealnych – obrażają się tylko świnie.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz